wtorek, 28 stycznia 2014

Podróż w przeszłość: Silent Hill (1999)

"Podróż w przeszłość" to cykl, w którym z punktu widzenia bardziej osobistego będę prezentował gry, filmy czy książki, które zaszczepiły we mnie pasję do horroru. Chciałbym, żebyście poznali genezę mojej fascynacji gatunkiem i niniejszym przedstawiam Silent Hill.
O filmach powiedziano wszystko, sam popełniłem recenzję drugiej części ze znamiennym podtytułem "Apokalipsa". Pierwszy film był średni, tu i ówdzie można było zobaczyć i nacieszyć oko czy ucho (syrena sygnalizująca tranzycję do Innego Świata, scena z pielęgniarkami), aczkolwiek obraz cierpiał na kompletny brak atmosfery miasteczka, a finał był absolutnie przegięty. "Apokalipsę" można opisać jednym słowem: bajzel. Popcornowa papka, z absurdalnym zakończeniem i jeszcze gorszym motywem walki Heather z jej aler ego. Powodem, dla którego piszę ten wstęp, jest niesamowity hype jaki towarzyszył pierwszemu filmowi. Działo się tak, ponieważ Silent Hill to jedna z najbardziej ukochanych przez fanów serii horrorów, tuż obok Resident Evil, jednocześnie będąc jednymi z najbardziej przerażających gier w historii przemysłu. Dość jednak dygresji, czemu Silent Hill był tak straszny?
Harry Mason wybiera się z córką Cheryl na wakacje do kurortu Silent Hill, znanego ze swojego spokoju. W pewnym momencie podróży Harry widzi wybiegającą na drogę dziewczynkę i próbując ją wyminąć powoduje wypadek, w którym traci przytomność. Po przebudzeniu zauważa, że Cheryl zaginęła, rozpoczyna więc poszukiwania w pokrytym mgłą miasteczku Silent Hill.
Wstęp do fabuły jest dość prosty, jednak to, co dzieje się później, przekracza wszelkie bariery strachu. Poszukując swojej córki, Harry trafia do uliczki, do której miała wbiec (kontury dziewczynki Harry zauważył we mgle). Tam następuje przejście do Innego Świata (Otherworld), którego chodnik składa się z przerdzewiałych krat, ściany pokryte są krwią i rdzą, otoczone drutem kolczastym.
Taki widok to tylko przedsmak koszmaru, który czeka Harry'ego i gracza, który powoli poznaje tajemnicę kryjącą się za porwaniem Cheryl i pobytem jej ojca w Silent Hill.
Gra postawiła poprzeczkę straszenia niebotycznie wysoko (co, swoją drogą, udało się powtórzyć przy okazji sequelu na PS2), przytłaczając gracza atmosferą osaczenia i samotności. Postaci, które napotykamy po drodze są tylko na chwilę i mimo, że od ich losu zależy jedno z sześciu zakończeń gry, nie pomagają nam one w walce, rozwiązywaniu zagadek czy eksploracji terenu. Jesteśmy więc tylko my i cisza, wszechogarniająca cisza przerywana czasami złowrogim ambientem i odgłosami radia, które sygnalizuje nam obecność potworów.
No właśnie, seria wprowadziła charakterystyczne dla siebie elementy, czyli radio i latarkę, nieodłącznych towarzyszy bohaterów poszczególnych gier. Radio sygnalizuje nam, że w pobliżu czają się stwory, a im głośniejsze trzaski, tym bliżej naszego bohatera czaiło się monstrum. Inną cechą charakteryzującą Silent Hill jest jego bardzo bogata symbolika. Żaden z protagonistów nie znajduje się w miasteczku przez przypadek, ponieważ Silent Hill to rodzaj czyśćca, w którym trzeba odbyć karę, żeby odkupić swoje winy. Każdy z potworów jest symbolem, odzwierciedleniem strachów, przeszłych czynów czy wyobrażeń na dany temat. Ikoną serii jest Piramidogłowy, będący w drugiej części sędzią i katem James'a, bohatera gry, który "w akcie łaski" pozbawia życia swoją chorą i cierpiącą żonę. Sama świadomość tego, że potwór, którego napotkamy, może być czyimś strachem (np. pielęgniarki w SH1 będące symbolem strachu Alessy, alter ego Cheryl/Heather, przed nimi), jest wystarczająco przerażający. Przez ciszę i ambient Konami stworzyło niepowtarzalne uczucie osamotnienia i beznadziei. Wreszcie, historia w grze opowiedziana jest w sposób mistrzowski, z punktem kulminacyjnym i finałową walką toczonymi u szczytu emocji.
W ciemnym pokoju ze słuchawkami na uszach (no bo jak inaczej grać w/oglądać horrory) gra jest przerażająca, ale jednocześnie przyciąga do ekranu z każdą mijającą minutą. Zagadki, których w Silent Hill nie brakuje, są przemyślane i niejednokrotnie bardzo trudne, wymagające niekiedy znajomości literatury. Czy potrzeba więc lepszej zachęty do zapoznania się z tytułem? Cóż, gra ma już 15 lat i ciągle nie doczekała się reedycji w HD, co niektórych może razić, zwłaszcza graczy wychowanych w erze gier, które częściej tylko ładnie wyglądają (patrzę na Ciebie, Homecoming). Dziwi to, zwłaszcza że druga i trzecia część ma swoje wydanie HD. Niemniej jednak polecam, jest to kamień milowy w dziedzinie wirtualnego straszenia i doskonała propozycja na zimowe noce, w których czaić się może cokolwiek...

sobota, 11 stycznia 2014

"Nosferatu- Symfonia grozy" ("Nosferatu, eine Symphonie des Grauens"), 1922, reż. F.W.Murnau

Uwielbiam wampiry. Napisałem już to, przy okazji recenzji "Stake Land" (tekst TUTAJ), ciekawego filmu, prezentującego wampiry z dzikiej strony, ukazujące je jako plagę. Istot tych nie stworzono jednak z taką myślą. Od początku ich istnienia w literaturze szły raczej ku romantyzmowi, trapione klątwą nieśmiertelności dusze, spragnione ludzkiej krwi. Z pewnością Bram Stoker, twórca najsłynniejszego wampira w historii, nie mógł przewidzieć, że jego kreacja stanie się tak popularna i trafi w końcu na srebrny ekran. Wszyscy znamy "Drakulę" z 1931 roku z fenomenalnym Belą Lugosim w roli tytułowej. Dystyngowany, tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny wampir doskonale wpisuje się w charakterystykę, jaką stworzył Stoker. 9 lat wcześniej powstał jednak obraz, który śmiało może patrzeć z góry na "Drakulę", "Nosferatu- Symfonia grozy"
Friedrich Wilhelm Murnau niewątpliwie był wizjonerem. Dał początek i wyznaczył ramy eksprezjonizmu niemieckiego, bardzo ważnego kierunku w horrorze, który to będzie inspiracją dla reżyserów przez najbliższe dziesięciolecia. Styl został stworzony dla ludzi, którzy w czasie kryzysu gospodarczego ówczesnych Niemiec szukali uwolnienia od czarnych myśli. Ekspresjonizm niemiecki to mieszanina powykręcanych kształtów, gra cieni, nastrój z pogranicza snu i jawy. Przez kilka lat styl ten dominował w kinie i mocno ukształtował pozycję horroru w kinematografii. Najbardziej zasłużonymi reżyserami owej ery byli Fritz Lang, Robert Wiene i wspomniany Murnau. Sama osoba reżysera jest interesująca, nakręcił ponad 50 filmów, z czego połowa zaginęła lub została zniszczona (jak w przypadku tego filmu, o czym za chwilę), te które się zachowały są znaczącymi obrazami. Osobiście miałem przyjemność obejrzeć "Fausta" z 1926 roku i muszę przyznać, że robi niesamowite wrażenie. Niestety Murnau zmarł w dość młodym wieku 43 lat w wypadku samochodowym, jestem ciekaw, jak mogłyby wyglądać jego filmy dźwiękowe. Dość dygresji, czym jest "Nosferatu- Symfonia grozy"?
Jeśli jest ktoś, kto nie wie, o czym jest film, to jest to adaptacja dzieła Brama Stokera stworzonego pod koniec XIX wieku. Ze względu na brak praw autorskich Murnau musiał na szybko (ponieważ, gdy dotarły do niego wieści o braku zgody Stokera na adaptację, reżyser już zaczął kręcić film) zmienić nazwiska i lokacje w swoim obrazie. I tak Drakula stał się hrabią Orlokiem, Jonathan Harker zmienił się w Huttera, Mina zaś stała się Ellen (lub Niną w zależności od wersji filmu), zmieniono wiktoriański Londyn na uliczki Wismaru i Lubeki. Fabuła jednak pozostała niezmieniona, młody Hutter zostaje wysłany do zamku Orloka w celu dobicia sprzedaży odosobnionego domu w Wisbourgu dla hrabiego. Podczas podróży zauważa niespokojne zachowanie mieszkańców Transylwanii, lecz mimo to ignoruje ich prośby o trzymanie się z daleka od zamku i dociera do celu, sprzedaje dom zauważając nietypowe zachowanie hrabiego. Gdy domyśla się, że Orlok może być wampirem, ten więzi Huttera w zamku i podróżuje do Wisbourga w celu zdobycia żony przedsiębiorcy, Ellen, której zdjęcie zauważył w medalionie Huttera i momentalnie się zakochał, rozpoznając w osobie Ellen swoją dawną miłość.
Nie da się uniknąć porównań z "Drakulą" powstałym 9 lat później. Obaj bohaterowie mają podobną motywację do swoich działań, zakochują się w kobiecie i pragną ją zdobyć. Jednak podczas gdy Lugosi był znacznie bardziej subtelny przez swój wygląd i styl, Max Schreck, aktor grający Orloka, jest na przeciwległym biegunie, jego postać od początku budzi strach (nie bez przyczyny słowo "schreck" tłumaczy się jako "strach", genialny zabieg marketingowy) i muszę przyznać, że to w jaki sposób gra Schreck wyzwala znacznie więcej przerażenia niż kreacja Lugosiego. Dużą zasługę ma w tym sam reżyser, umiejętnie wykorzystując grę cieni i aktora (ciekawostką jest to, że w całym filmie tylko raz widziano jak Schreck mrugnął powiekami... podobno miał też być rzeczywistym wampirem, wzbudzał strach w ekipie filmowej, co pokazano w filmie "Cień Wampira" z Johnem Malkovichem i Williamem Dafoe, obrazie własnie o "Nosferatu- Symfonia Grozy") stworzył ten hipnotycznie przyciągający spektakl. Pomaga również fakt, że żadna scena nie była kręcona w studiu, tylko w rzeczywiście istniejących lokacjach, co pomaga stworzyć wrażenie realizmu.
A jak film trzyma się po tylu latach? Rzecz jasna trzeba wziąć pod uwagę, że ponad 90-letni obraz będzie posiadał wszystkie wady i zalety filmów bez dźwięku. Zestarzał się jednak z godnością, nadal potrafi wywołać mały dreszczyk (szczególnie w słynnej scenie powstawania z trumny podczas podróży statkiem) i jest jednym z tych filmów, które znać trzeba, żeby poznać i zrozumieć historię filmu oraz jakie trendy wyznaczały kierunek jego rozwoju. Mam oczywiście świadomość, że współczesny widz może nie wysiedzieć przez 90 minut obrazu, w którym postaci nie słychać, muzyka jest niekiedy zbyt donośna, a obraz jest czarno-biały, dla mnie jednak jest to znikomy problem, ponieważ mamy do czynienia z klasyczną pozycją kina grozy, produkcją, która na stałe weszła do panteonu najlepszych horrorów w historii, a przede wszystkim filmem, który nadal jest ciekawy i potrafi wciągnąć. Polecam więc zapoznać się z tym dziełem jednego z najlepszych i najbardziej wpływowych reżyserów w historii, żeby zobaczyć jak straszono kiedyś.

niedziela, 29 grudnia 2013

"Naznaczony" ("Insidious"), 2010, reż. James Wan

Głównym powodem, dla którego piszę ten tekst, jest niesamowity hype (zjawisko hype występuje wtedy, kiedy widownia niesamowicie nakręca się na dowolne medium, w tym przypadku film) spowodowany premierą "Naznaczonego 2". Absolutnie każdy, z kim miałem okazję rozmawiać i kto widział trailer tego filmu, ekscytował się tym, że ten horror będzie absolutnym hitem. Natomiast większość osób pytana o to, czy obejrzała część pierwszą, przecząco kiwała głową. Nie oglądałem zwiastuna, ale tylko dlatego, że nie oglądam ich w ogóle, nie lubię ich, stanowczo za dużo obiecują dając zdecydowanie za mało w końcowym rozrachunku. Normalnie nie obejrzałbym również filmu, nie lubię historii o nawiedzeniach i egzorcyzmach (patrzę na Ciebie, "Obecność"), poza tym wydaje mi się, że obecnie mamy ich przesyt i stają się one nudne (normalna oznaka czasów, weźmy lata 80. czy czasy obecne i horror azjatycki). Pozytywne wrażenie wywarł na mnie "Sinister", który jako jeden z niewielu nowych filmów potrafi nastraszyć.
Film opowiada o małżeństwie, Renai i Joshu Lambertach (odpowiednio Rose Byrne i Patrick Wilson), którzy razem z trójką dzieci (Daltonem, Fosterem i malutką Cali) wprowadzają się do nowego domu. Podczas eksploracji strychu Dalton spada z drabiny i uderza się w głowę. Następnego ranka okazuje się, że chłopiec zapadł w śpiączkę, natomiast lekarze nie mają pojęcia co z tym zrobić. Niedługo potem Renai jest świadkiem aktywności paranormalnej w domu (dziwne hałasy, tajemnicze postaci w oknach), czemu Josh nie daje wiary. Ostatecznie małżeństwo zaprasza medium, starą przyjaciółkę matki Josha, aby sprawdziła co się dzieje. To, co odkryje Elise, zmieni życie Lambertów w koszmar...
Więcej trzeba zobaczyć samemu, aczkolwiek nie ma co liczyć na sensacyjny zwrot akcji, fabuła nie odbiega prawie niczym od standardowych rozwiązań historii o nawiedzeniach, nieco nowym jest może to, że Josh odbiega od schematu przestraszonego rodzica zdanego na łaskę mediów, egzorcystów czy kogokolwiek związanego z tematem. I na tym powiewy świeżości się kończą, reszta to już schemat: sielankowy początek, początkowe nawiedzenia, intensyfikacja, medium zewnętrzne, koniec. Niech mi ktokolwiek z ręką na sercu powie, że nigdy czegoś takiego nie widział np. w "Egzorcyście" czy we wspomnianej "Obecności". Nie jest jednak złym korzystanie z utartych schematów, gorzej, jeśli nie potrafi się ich wykorzystać na swoją korzyść. James Wan niewątpliwie posiada talent do pisania historii (scenariusze do "Piły" oraz "Piły 3" doskonale to potwierdzają, ale zarówno "Martwa Cisza" jak i "Naznaczony" pokazują, że za kamerą Wan niespecjalnie wie, co robić. Podręcznik opanował na piątkę, oba te filmy cechuje przywiązanie do schematów konstrukcyjnych dla historii o duchach, jednak, żeby przestraszyć, zwłaszcza dzisiejszego widza, trzeba czegoś więcej.
I to jest główną wadą tej produkcji. Poza tym większość rzeczy jest na prawdę w porządku, można powiedzieć, że jest to podręcznikowo napisany horror, napięcie budowane jest nieźle, postaci da się lubić (choć szkoda, że pozostała dwójka rodzeństwa odgrywa tak znikomą rolę), a i zakończenie z motywem Wędrowca jest zrobione przyzwoicie i to tanim kosztem (budżet całego filmu wyniósł ok. 1,5 mln dolarów). Co do samego zakończenia, to w końcu ktoś ma odwagę, żeby skończyć swój film cliffhangerem, no ale gdy za kamerą zasiada mistrz tego typu końcówek ("Piła", ktokolwiek?), nie ma się co dziwić.

Ogólnie rzecz ujmując, "Naznaczony" z pewnością nie zasługuje na miano hitu, nie potrafi wzbić się ponad wyżyny przeciętności, całość ratuje zakończenie i nadzieja na lepszą kontynuację (co, czytując recenzje w sieci, może się nie wydarzyć). Nie skreślałbym jednak tego filmu, dajcie mu szansę i oceńcie sami. Średniak

sobota, 28 grudnia 2013

"Stitches" (2012), reż. Conor McMahon

Brytyjskie gore miałem okazję gościć przy okazji recenzji "Inbred" (TUTAJ). W tamtym filmie zręcznie zmieszano brutalną przemoc z niesamowitym brytyjskim humorem. Niedawno w moje ręce trafił kolejny obraz z tego nurtu, "Stitches", w którym główną rolę gra brytyjski komik, Ross Noble. Z reguły nie jestem dobrze nastawiony do filmów kręconych przez komików, ponieważ myślą oni, że jeżeli w stand-upie im wychodzi, to przecież nie ma nic prostszego niż przeniesienie tego humoru na taśmę filmową. Cóż, klapy "Rovera Dangerfielda" oraz większości filmów z Robinem Williamsem pokazują, że nie jest to takie proste, jak by mogło się z początku wydawać. Nurkując w czarną komedię z elementami gore Ross Noble postawił poprzeczkę jeszcze wyżej, ponieważ jego zadaniem było rozbawić publiczność pokazując jednocześnie brutalność mordercy, w dodatku przebranego za klauna. I muszę przyznać, udało mu się.
Stitches jest klaunem zarabiającym na alkohol i narkotyki poprzez zabawianie dzieci na przyjęciach urodzinowych. Powiedzieć, że nie lubi swojej pracy, byłoby zbyt delikatne, dlatego właśnie wykonuje swoją pracę na tyle niechlujnie, na ile tylko da radę. Nie podoba się to dzieciom na urodzinach Toma (Tommy Knight), czemu dają wyraz wycinając klaunowi różne psikusy. Jeden z nich kończy się tragicznie, klaun ginie (w okolicznościach niezwykle groteskowych i przezabawnych jednocześnie), przez co Tom panicznie boi się klaunów. Lata później, gdy Tom przełamuje strach i wyprawia urodzinową imprezę, Stitches powraca do życia, żeby mścić się na tych, którzy przyczynili się do jego śmierci...
Gore przybiera różne formy, od początku jego istnienia ten odłam horroru był traktowany jako próba przełamania pewnych tabu panujących w kinie lub jako nowa forma pokazania przemocy, która w kinie, a zwłaszcza w horrorze, była obecna od zawsze. Połączenie tego z komedią ma dwojaki cel: z jednej strony złagodzenie strachu poprzez śmiech, ale warto też zauważyć, że gdy śmiejemy się oglądając przemoc w jakiejkolwiek formie, zaczyna to wywoływać w nas pewien dyskomfort, poczucie, że coś tu jest nie tak. W "Stitches" idziemy pierwszą ścieżką, przyczyna wszelakich zachowań jest absurdalna, klaun powracający do życia, żeby się mścić. W końcu niewielu jest na świecie ludzi, którzy baliby się tych wesołych, wiecznie nas rozbawiających osobników (no, chyba, że przeczytali "To" Kinga), stąd też dziwnie patrzy się na klauna mordującego nastolatków. Jednocześnie film doskonale wpisuje się w formułę slasherów, stereotypowi do bólu nastolatkowie na imprezie, zemsta zza grobu (Piątek Trzynastego, Koszmar z Ulicy Wiązów), seks, alkohol itd. itp. Na szczęście film nie próbuje czarować wymyślnymi środkami artystycznymi, od początku jest śmiesznie, brutalnie, tak po brytyjsku. Sceny morderstw są groteskowe, wystarczy przytoczyć jedną, podczas której Stitches pokazuje wariację sztuczki z wyciąganiem królika z kapelusza zamieniając ów kapelusz na... przełyk jednego z nastolatków. Nie byłoby w tym może nic zabawnego, na szczęście sytuację ratują komentarze klauna, przydaje się tu doświadczenie sceniczne Noble'a ("You must have hair (w wymowie hare- zając) in your throat" jest doskonałym przykładem humoru w filmie).
Nie warto wspominać o oczywistych wadach filmu, najdziwniejszy jest dla mnie cały ten kult klaunów, którzy przechowują dusze (?) swoich towarzyszy w jajkach. Ogółem obraz wygląda nieźle, dialogi są typowe dla slasherów, ale w tego typu filmie to akurat jakoś uchodzi. Polecam "Stitches" każdemu, kto szuka odskoczni od mainstreamowego kina i jednocześnie chce się dobrze bawić, patrząc jak klaun-morderca wyrywa komuś wnętrzności, jakkolwiek by to nie brzmiało.
Polecam

piątek, 27 grudnia 2013

"Mama" (2013), reż. Guillermo del Toro

Guillermo del Toro to moim zdaniem mistrz robienia "baśniowych horrorów". "Labirynt Fauna", "Nie bój się ciemności" czy "Sierociniec" to najlepsze przykłady tego, że można zrobić grozę, dzięki której można sprawić, że dzieci zaczną fascynować się gatunkiem. Wiem, jak brzmi termin "baśniowy horror", ale "Mama" dobitnie pokazuje, że taki nurt istnieje i coraz mocniej zaczyna wyróżniać się w kinematografii.
Film opowiada historię dwóch dziewczynek, Victorii i Lily, które zostawione w lesie na 5 lat, trafiają pod strzechę Annabel i Lucas'a (brata ojca dziewczynek) w celu wprowadzenia do społeczeństwa i znalezienia kochającego domu. Zadanie idzie całkiem dobrze, zwłaszcza w przypadku starszej Victorii, która lepiej asymiluje się z nową sytuacją. Okazuje się jednak, że razem z dziewczynkami do domu przybył jeszcze ktoś. Ktoś, komu nie podoba się to, że siostry mogą pokochać kogoś innego..
Dzieci to trudny materiał, szczególnie te młodsze, które nie bardzo jeszcze wiedzą, co to znaczy aktorstwo. Jeszcze trudniej sprawa wypada w przypadku horrorów, w których w zależności od charakteru granej postaci, należy od małego aktora wymagać różnej palety emocji, zachowań i działań. Weźmy za przykład "Omen", w którym Harvey Stephens grający Damiena wywiązał się ze swej roli znakomicie, uosabiając zachowaniem Antychrysta, wiarygodnie utrwalając sylwetkę dziecka jako złego omenu w kinematografii (co innego, że po Omenie Stephens wystąpił tylko w dwóch filmach w tym, w remake'u Omenu w 2006 roku). Potem jednak, poza kilkoma wyjątkami (najbardziej chlubnym przykładem jest chyba film pt "Dzieci Kukurydzy" i jego liczne kontynuacje) dzieci w horrorze były raczej odsuwane na margines i to nie bez przyczyny. W czasach, w których królował Omen (1976, dwa lata później powstanie "Halloween"), wykształcał się nowy gatunek grozy, więc nie było raczej miejsca dla małoletnich w horrorze. No bo jak zabić dziecko, szczególnie w slasherze? Nie mieściło się to wtedy w głowie, nawet teraz ciężko jest to sobie wyobrazić, mimo wszechobecnego przyzwolenia na łamanie różnego rodzaju tabu.
Ciężko jest też zakwalifikować "Mamę" jako horror, nawet na plakacie promocyjnym widnieje hasło "Niesamowity thriller" (choć wierząc polskim tłumaczom/specom od PR można kiepsko wyjść w końcowym rezultacie) i tak po prawdzie to nawet jako thriller "Mama" raczej się nie sprawdzi. Pierwsza scena, w której brat głównego bohatera po krachu na giełdzie jedzie do opuszczonego domku w lesie, by tam zabić swoje dwie córki i popełnić samobójstwo jest mocna, pokazuje dramat człowieka, który stracił wszystko i nie będzie w stanie zapewnić swojej rodzinie dachu nad głową. Nie udaje mu się zabić dziewczynek, powstrzymuje go Mama, skracając jego męki. Mama, będąc duchem (oczywiście z tragiczną, pokręconą przeszłością), doskonale pasuje do definicji horroru w tym filmie, jednak reszta bardziej przypomina mi dramat rodzinny. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, oprócz kilku straszaków (mniej lub bardziej subtelnych, spełniają one jednak swoją rolę), mamy zmagania Anabel (Lucasa praktycznie do końca filmu eliminuje Mama, więc nie spełnia on żadnej roli, oprócz sprowadzenia Victorii i Lily do domu, nawet w finale jest workiem treningowym) z dziećmi, jej próbami dotarcia do dziewczynek, co kończy się pośrednim sukcesem. Mało w tym jednak horroru, czy też thrillera, wszystko jedno.
Bardzo podobały mi się retrospekcje. Krótkie, lecz zrealizowane w unikalnym stylu scenki świetnie pokazują tragiczną historię Jean Podolski, która nie chcąc nikomu oddać swojej córeczki (jako pacjentka zakładu psychiatrycznego nie mogła jej wychowywać), skacze razem z nią z klifu. Prosty przekaz, dobry środek artystyczny. Sama kreacja Mamy, stworzona przez Javiera Borteta, chorego na syndrom Marfana (jako, że nie będę w stanie tego wytłumaczyć odsyłam Was TUTAJ) jest dla mnie osobistym plusem, ponieważ udowadnia potęgę prawdziwych efektów nad tymi CGI (jedynie włosy Mamy są zrobione komputerowo). Plusy zdecydowanie należą się również za zakończenie, które znowu pomimo dramatycznego akcentu, może się podobać. Jest baśniowe, ale mimo wszystko słodko-gorzkie, ponieważ każdy coś zyskuje, również Mama. Bardzo podobała mi się również scena, w której doktor Dreyfus, badający zachowanie dziewczynek, wchodzi do tego samego opuszczonego domku, w którym rozgrywa się początkowa scena filmu.
Koniec końców, "Mama" to bardzo solidny film. Fabuła, mimo że trąci dramatem rodzinnym, jest dobra, efekty specjalne nienachalne, a samo zakończenie zasługuje wg mnie na uwagę. Polecam raczej do obejrzenia samemu bądź w bardzo wąskim gronie ludzi, którzy nie będą wyśmiewać każdej kolejnej sceny. Warto.