Od razu zaznaczam, nie będę się bawić w chowanie spoilerów, także jeśli ktoś jeszcze nie obejrzał i chciałby sobie tu coś poczytać, to polecam odłożyć materiał, odpalić Netflixa i wrócić za parę godzin.
Na początek trzeba przyznać, że czas nie był łaskawy dla Stranger Things. Pierwsze trzy sezony były przecież wypuszczane praktycznie rok po roku (2016, 2017 i 2019), a potem, dzięki COVIDowi, cała produkcja zaczęła rozciągać się w czasie. I tak czwarty sezon dostaliśmy w 2022 roku, a piąty został wypuszczony dopiero na koniec 2025 r. Tak brak regularności niesie ze sobą dużo zagrożeń, choć największym są sami aktorzy, którzy nie zatrzymują się w czasie, nie przechodzą na płatny urlop. Stają się ludźmi dorosłymi, a wystarczy wejść na profile kilkorga z nich, żeby zobaczyć jak bardzo zajęci byli choćby w okresie 2019-2022 (chciałem tutaj zrobić zestawienie, aczkolwiek obawiam się, że nie zmieściłoby się tu za wiele, dlatego odsyłam Was do IMDB). Do czego piję? Mam wrażenie, że obsada piątego sezonu albo była mocno wyeskploatowana, albo po prostu nie do końca zaangażowana w proces produkcji. Aktorzy, a koniec końców ich postaci ekranowe, byli momentami nieco "płascy", bez emocji pochodzili do dużej części wydarzeń na ekranie, dość wspomnieć o tym, że praktycznie nikt nie przejmował się tym, że przez kilka lat od wydarzeń sezonu czwartego przeprowadzono kilkadziesiąt "zwiadów" na Drugą Stronę i właściwie nic z tego nie wychodziło. Wszelkie porwania, zaginięcia tudzież niedobre wydarzenia również dość szybko były zamiatane pod dywan na rzecz ustalenia nowego, lepszego planu. I ktoś może powiedzieć, ze to przecież dobrze, dojrzale, aczkolwiek nie mamy do czynienia z maszynami, nie ma tam miejsca (oprócz porwania Holly) na żadną refleksję, żadne rozważania typu "co mogliśmy zrobić i co możemy w przyszłości zrobić, żeby temu zapobiec?" (bo późniejsze wydarzenia udowadniają, że nasza ekipa niespecjalnie uczy się na błędach).
No ale dobra, żeby nie było, że znowu coś wyskrobałem i ciągle narzekam, pogadajmy o rzeczach dobrych, pomarudzić jeszcze zdążę.
Częściowo udało się utworzyć i zamknąć dynamikę między postaciami, świetnie też udało się domknąć większość wątków postaci. Trochę jak w rzeczywistym Dungeons and dragons postaci docierają do mety, jakikolwiek los ich tam nie czekał. Obiektywnie najlepiej wychodzi na tym wszystkim Will, z nowymi mocami, z utwierdzonym w swojej głowie światopoglądem na prawdę wychodzi jako ten, który najbardziej dorasta spośród całej paczki. I subiektywnie, to zajebiście mi się podoba to, że Will otrzymał moce, to trochę jak Gohan rozwalający Cella w DBZ, nie dość że wygląda to niezwykle efekciarsko, to jeszcze fabularnie ma sens i to nie raz.
Fajnie jest znowu zobaczyć duet Dustin-Steve, to chyba jedyny duet przyjaciół (no bo chyba nie damy się oszukać temu, że cały ten cyrk stanowi grupę, a nie paczkę kilku par przyjaciół), który nie dość że ma chemię, to jeszcze przeżywa, i przezwycięża, po ludzku i po prostu swoje problemy. Chłopaki "po męsku" rozgrywają swoje wątpliwości wobec siebie, żeby na sam koniec stać się żelaznym trzonem całej ekipy.
Ogólnie jeśli mówimy o synergii postaci, to w swoich grupach (oprócz Willa i Robin, których dialogi, a raczej ich natężenie, szybko staje się nie do zniesienia) jest ona zachowana bardzo poprawnie, oprócz wcześniej wymienionych nikt nie drażni, a niektóre przepychanki są nawet zabawne (może Jonathan i Nancy odstają nieco na minus, ale nie aż tak bardzo).
Na plus warto też zaznaczyć muzykę, może oprócz Kate Bush, która już jest tak przewałkowana, że nawet jej wiernym fanom powinno to wystarczyć na lata. Stranger Things świetnie pokazuje, jaki związek z naszym życiem ma właśnie muzyka i jak ważna potrafi być (zwłaszcza, jeśli chodzi o postać Max, co również pokazuje, że pacjent w śpiączce jest bardziej świadomy niż mogłoby się wydawać) dla każdego, niezależnie od sytuacji. Piąty sezon otwiera się dość ponuro, w końcu wojsko przejmuje kontrolę i całkowicie izoluje całe miasto i właściwie tylko audycja radiowa Robin, oprócz pełnienia funkcji wywiadowczej, razem z puszczanymi tam utworami pomaga uciec od rzeczywistości, w której znaleźli się mieszkańcy Hawkins.
Nie będę się pastwił nad nieścisłościami fabularnymi, nie ma sensu, zrobili to już ludzie dużo bardziej obeznani w tego typu poszukiwaniach, Youtube zapłonął od niezbyt przychylnych recenzji, opinii tudzież analiz. Ze swojej strony wspomnę tylko, że sami Bracia Duffer nie wiedzieli, kręcąc finałowe odcinki, co zrobią w ostatnim odcinku, wspominają o tym w dokumencie, który ukazał się na Netflixie kilka dni po premierze ostatniego odcinka ST. Cierpi na tym scenariusz, cierpi na tym finał, a przede wszystkim cierpią na tym widzowie. Zapoznając się z opiniami fanów nie sposób nie ulec uczuciu rozczarowania. Podczas gdy czekaliśmy na coś epickiego, co zamknie wszelkie klamry, da nam gigantycznych rozmiarów starcie, poświęcenia, trudne momenty, być może śmierć jakiejś istotnej postaci (spokojnie, nikt tu nie umiera, może tam kilku żołnierzy i postać, która została przedstawiona w środku sezonu i zginęła chwilę później po to, żeby stać się deus ex machina dla jednej z teorii spiskowych Mike'a), otrzymaliśmy zakończenie, które jest nie dość że nijakie, to nie bardzo stara się domknąć cokolwiek. Zwłaszcza w sytuacji, gdy docieramy do sceny rozgrywki D&D naszych bohaterów da się zauważyć, że twórcy bali się podjąć ryzyko. Powstaje z tego niezdarny bałagan, w którym teorie spiskowe idą w dwie strony i żadna z nich nie jest decydująca, za to każda z nich powoduje poczucie pewnej pustki.
A, CGI wygląda miejscami koszmarnie i jakoś nie chce mi się wierzyć, że "Upside Down" nagle tak opustoszało.
Kończąc, bo i tak rozpisuję się tu ponad miarę. Finałowy sezon Stranger Things z jednej strony przynosi świadomość, że więcej już nie będzie, że postaci (ignorując ich wygląd) dorosły i wchodzą w przyszłość z podniesioną głową. Praktycznie wszyscy dostali swoje szczęśliwe zakończenie i daje to nieco ciepła. Z drugiej jednak strony sezon rozczarowuje, tracąc prawie całkowicie rozpęd nadany przez pierwsze cztery sezony, co powoduje że oglądamy te odcinki już bez takich emocji jak kiedyś. Śmiem twierdzić, że gdyby nie pandemia, Stranger Things stałoby się tytułem wybitnym. Teraz jednak mam wrażenie, że twórcy trochę zapomnieli, co stało za sukcesem serialu.










