poniedziałek, 26 stycznia 2026

"Stranger Things", sezon 5 (2025), bracia Duffer

 


Od razu zaznaczam, nie będę się bawić w chowanie spoilerów, także jeśli ktoś jeszcze nie obejrzał i chciałby sobie tu coś poczytać, to polecam odłożyć materiał, odpalić Netflixa i wrócić za parę godzin.

Niemal 10 lat, 42 odcinki, niezliczone godziny, emocje, wzruszenia, epickie momenty. Stranger Things zakończyło swój ekranowy żywot na koniec 2025 roku, jak by mało było ludziom fajerwerków. Sezon 5, zapowiadany jako ten "megafinał", odcinki rozplanowane zgodnie z, moim zdaniem, przedziwnym harmonogramem, ale takim, który miał w oczach twórców jakąś wizję (choć osobiście uważam, że jeśli robimy coś w klimatach lat 80-90, old-school, etc. to możnaby rozważyć np. wypuszczanie odcinków co tydzień, jak kiedyś w TV), hype wśród fanów był odpowiednio rozbudzony. Pozostaje więc zadać sobie pytanie: Czy bracia Duffer dowieźli?

Na początek trzeba przyznać, że czas nie był łaskawy dla Stranger Things. Pierwsze trzy sezony były przecież wypuszczane praktycznie rok po roku (2016, 2017 i 2019), a potem, dzięki COVIDowi, cała produkcja zaczęła rozciągać się w czasie. I tak czwarty sezon dostaliśmy w 2022 roku, a piąty został wypuszczony dopiero na koniec 2025 r. Tak brak regularności niesie ze sobą dużo zagrożeń, choć największym są sami aktorzy, którzy nie zatrzymują się w czasie, nie przechodzą na płatny urlop. Stają się ludźmi dorosłymi, a wystarczy wejść na profile kilkorga z nich, żeby zobaczyć jak bardzo zajęci byli choćby w okresie 2019-2022 (chciałem tutaj zrobić zestawienie, aczkolwiek obawiam się, że nie zmieściłoby się tu za wiele, dlatego odsyłam Was do IMDB). Do czego piję? Mam wrażenie, że obsada piątego sezonu albo była mocno wyeskploatowana, albo po prostu nie do końca zaangażowana w proces produkcji. Aktorzy, a koniec końców ich postaci ekranowe, byli momentami nieco "płascy", bez emocji pochodzili do dużej części wydarzeń na ekranie, dość wspomnieć o tym, że praktycznie nikt nie przejmował się tym, że przez kilka lat od wydarzeń sezonu czwartego przeprowadzono kilkadziesiąt "zwiadów" na Drugą Stronę i właściwie nic z tego nie wychodziło. Wszelkie porwania, zaginięcia tudzież niedobre wydarzenia również dość szybko były zamiatane pod dywan na rzecz ustalenia nowego, lepszego planu. I ktoś może powiedzieć, ze to przecież dobrze, dojrzale, aczkolwiek nie mamy do czynienia z maszynami, nie ma tam miejsca (oprócz porwania Holly) na żadną refleksję, żadne rozważania typu "co mogliśmy zrobić i co możemy w przyszłości zrobić, żeby temu zapobiec?" (bo późniejsze wydarzenia udowadniają, że nasza ekipa niespecjalnie uczy się na błędach).

No ale dobra, żeby nie było, że znowu coś wyskrobałem i ciągle narzekam, pogadajmy o rzeczach dobrych, pomarudzić jeszcze zdążę.


Częściowo udało się utworzyć i zamknąć dynamikę między postaciami, świetnie też udało się domknąć większość wątków postaci. Trochę jak w rzeczywistym Dungeons and dragons postaci docierają do mety, jakikolwiek los ich tam nie czekał. Obiektywnie najlepiej wychodzi na tym wszystkim Will, z nowymi mocami, z utwierdzonym w swojej głowie światopoglądem na prawdę wychodzi jako ten, który najbardziej dorasta spośród całej paczki. I subiektywnie, to zajebiście mi się podoba to, że Will otrzymał moce, to trochę jak Gohan rozwalający Cella w DBZ, nie dość że wygląda to niezwykle efekciarsko, to jeszcze fabularnie ma sens i to nie raz.
Fajnie jest znowu zobaczyć duet Dustin-Steve, to chyba jedyny duet przyjaciół (no bo chyba nie damy się oszukać temu, że cały ten cyrk stanowi grupę, a nie paczkę kilku par przyjaciół), który nie dość że ma chemię, to jeszcze przeżywa, i przezwycięża, po ludzku i po prostu swoje problemy. Chłopaki "po męsku" rozgrywają swoje wątpliwości wobec siebie, żeby na sam koniec stać się żelaznym trzonem całej ekipy.
Ogólnie jeśli mówimy o synergii postaci, to w swoich grupach (oprócz Willa i Robin, których dialogi, a raczej ich natężenie, szybko staje się nie do zniesienia) jest ona zachowana bardzo poprawnie, oprócz wcześniej wymienionych nikt nie drażni, a niektóre przepychanki są nawet zabawne (może Jonathan i Nancy odstają nieco na minus, ale nie aż tak bardzo).
Na plus warto też zaznaczyć muzykę, może oprócz Kate Bush, która już jest tak przewałkowana, że nawet jej wiernym fanom powinno to wystarczyć na lata. Stranger Things świetnie pokazuje, jaki związek z naszym życiem ma właśnie muzyka i jak ważna potrafi być (zwłaszcza, jeśli chodzi o postać Max, co również pokazuje, że pacjent w śpiączce jest bardziej świadomy niż mogłoby się wydawać) dla każdego, niezależnie od sytuacji. Piąty sezon otwiera się dość ponuro, w końcu wojsko przejmuje kontrolę i całkowicie izoluje całe miasto i właściwie tylko audycja radiowa Robin, oprócz pełnienia funkcji wywiadowczej, razem z puszczanymi tam utworami pomaga uciec od rzeczywistości, w której znaleźli się mieszkańcy Hawkins.


Finałowy sezon Stranger Things mocno cierpi przez czas. Aktorzy, których postaci mają kończyć właśnie szkołę średnią, w zdecydowanej większości są grubo po dwudziestym roku życia i niestety widać to na ekranie. Ktoś mógłby się przyczepić, że "przecież nie upierdzielą im nóg" etc., natomiast nawet nie o to mi chodzi. Kino od zarania dziejów pokazywało, że dopasowanie wieku aktora do granej przez niego postaci nie zawsze może się udać i trzeba rzeźbić z tego co materiał daje. Tutaj czepiam się energii na ekranie. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że nie wszyscy aktorzy "weszli" z powrotem w swoje role. Mike jest nijaki, 11-ka jest kompletnie wycofana i nieskora do przejęcia pałeczki głównej postaci, Nancy wcieliła się w Sarę Connor z Terminatora tylko zapomniała wyjść z tej roli, Lucas, jako kolejna postać, też usunął się w cień, służąc jako tło wątku Max, Jonathan jako postać wkurzał mnie od początku, wiecznie zbity szczeniaczek, który nie zmienia się od początku istnienia w serialu. Jim i Joyce też zostali jakby wyprani ze swojej charyzmy, na rzecz wątku pozwalania własnym dzieciom dorastać i być samodzielnymi. Robin gada ZDECYDOWANIE za dużo, i tak po prawdzie jedynymi postaciami z jakimś satysfakcjonującym przebiegiem w trakcie trwania sezonu są Dustin (który i tak znika na długo w serialu) i Steve. Podczas seansu odnosi się wrażenie, że zarówno my, widzowie, jak i postacie ekranowe, nieco się wypaliliśmy oczekiwaniem. A, no i prawie zapomniałem, zrobienie z Vecny takiej wycieraczki do podłogi (biorąc pod uwagę jego obecność w D&D), fakt, że Łupieżca Umysłów wygląda jak mini-boss pająk z lokacji pustynnych w Diablo i sama scena gdy Joyce, kurde JOYCE, zadaje Vecnie ostateczny cios (no dobra, 11 go unieruchomiła, niemniej wygląda to idiotycznie) nie bardzo mi się klei, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pozostali obecni w moim odczuciu mieli dużo większe motywacje niż wściekła mamuśka.

Nie będę się pastwił nad nieścisłościami fabularnymi, nie ma sensu, zrobili to już ludzie dużo bardziej obeznani w tego typu poszukiwaniach, Youtube zapłonął od niezbyt przychylnych recenzji, opinii tudzież analiz. Ze swojej strony wspomnę tylko, że sami Bracia Duffer nie wiedzieli, kręcąc finałowe odcinki, co zrobią w ostatnim odcinku, wspominają o tym w dokumencie, który ukazał się na Netflixie kilka dni po premierze ostatniego odcinka ST. Cierpi na tym scenariusz, cierpi na tym finał, a przede wszystkim cierpią na tym widzowie. Zapoznając się z opiniami fanów nie sposób nie ulec uczuciu rozczarowania. Podczas gdy czekaliśmy na coś epickiego, co zamknie wszelkie klamry, da nam gigantycznych rozmiarów starcie, poświęcenia, trudne momenty, być może śmierć jakiejś istotnej postaci (spokojnie, nikt tu nie umiera, może tam kilku żołnierzy i postać, która została przedstawiona w środku sezonu i zginęła chwilę później po to, żeby stać się deus ex machina dla jednej z teorii spiskowych Mike'a), otrzymaliśmy zakończenie, które jest nie dość że nijakie, to nie bardzo stara się domknąć cokolwiek. Zwłaszcza w sytuacji, gdy docieramy do sceny rozgrywki D&D naszych bohaterów da się zauważyć, że twórcy bali się podjąć ryzyko. Powstaje z tego niezdarny bałagan, w którym teorie spiskowe idą w dwie strony i żadna z nich nie jest decydująca, za to każda z nich powoduje poczucie pewnej pustki.

A, CGI wygląda miejscami koszmarnie i jakoś nie chce mi się wierzyć, że "Upside Down" nagle tak opustoszało.

Kończąc, bo i tak rozpisuję się tu ponad miarę. Finałowy sezon Stranger Things z jednej strony przynosi świadomość, że więcej już nie będzie, że postaci (ignorując ich wygląd) dorosły i wchodzą w przyszłość z podniesioną głową. Praktycznie wszyscy dostali swoje szczęśliwe zakończenie i daje to nieco ciepła. Z drugiej jednak strony sezon rozczarowuje, tracąc prawie całkowicie rozpęd nadany przez pierwsze cztery sezony, co powoduje że oglądamy te odcinki już bez takich emocji jak kiedyś. Śmiem twierdzić, że gdyby nie pandemia, Stranger Things  stałoby się tytułem wybitnym. Teraz jednak mam wrażenie, że twórcy trochę zapomnieli, co stało za sukcesem serialu.

poniedziałek, 14 października 2019

"Bohemian Rhapsody" (2018), reż. Bryan Singer


Nie samymi horrorami człowiek żyje, czasem obejrzę coś z innej teczki, zwłaszcza jeżeli film dotyczy jednej z najbardziej interesujących postaci sceny muzycznej. Freddie Mercury, wokalista Queen, człowiek o unikalnym zasięgu, jeśli chodzi o głos, ale również postać o wielkim sercu, z ogromną pasją i energią do sztuki. Czy przez 134 minuty czasu ekranowego da się opisać życie, charakter oraz psychikę tej postaci?

Każdy, kto zna Queen i lidera tego zespołu, powinien wiedzieć, kim był Freddie, więc nie będę tu wklejał jego biografii, jako że można po prostu usiąść przed ekranem i to zobaczyć. W dwugodzinnej pigułce Bryan Singer oddaje hołd tej postaci i robi to w sposób bardzo sympatyczny. Gdybym miał określić moje odczucia po seansie, określenie sympatyczny byłoby chyba najbardziej adekwatnym. I całe szczęście, obawiałem się bowiem, że w czasach przesadnej poprawności politycznej czy poprawności wobec dowolnie wybranej mniejszości, będzie to film który będzie chciał wepchnąć swoją propagandę głęboko w gardła widzów. Jest to zdecydowanie film ciepły, przyjemny w odbiorze i całe szczęście, nie idzie w nutę melodramatyczną, pokazując, że Freddie do samego końca kochał to co robił i kochał ludzi, z którymi to robił.

Nie ma chyba sensu rozprawiać o fabule filmu biograficznego, nazwanie obrazu po najbardziej monumentalnym utworze Queen wydaje mi się strzałem w dziesiątkę i tak jak Bohemian Rhapsody wstrząsnęło swego czasu stacjami radiowymi i telewizyjnymi, tak i my, widzowie, możemy w tym uczestniczyć. Moją ulubioną sceną jest oczywiście koncert Live Aid, gdzie obraz i dźwięk osiągają apogeum, a mnie autentycznie przechodziły ciary.


Najważniejsze pytanie, które wielu fanów Queen sobie zadawało, to czy Rami Malek osadzony w roli Freddiego, to na pewno dobry wybór? I nawet nie wiecie, jak dobrze czuję się mogąc donieść, że Rami jest rewelacyjny. Abstrahując od Oscara (którą to nagrodzą serdecznie gardzę), to jest po prostu świetny performance, taki który pozostaje w pamięci do czasu, w którym ktoś ponownie nie będzie chciał naświetlić życia i kariery Mercury'ego. Malek świetnie sprzedaje swoją postać, podobały mi się wszystkie te małe manieryzmy i smaczki, a jego zachowanie podczas scen koncertowych czy muzycznych było niemal takie jak u pierwowzoru.

Ciężko ocenić ten film. Udało się najważniejsze, oddać hołd genialnemu artyście, człowiekowi, który w obliczu sławy najpierw się nią zachłysnął i zakrztusił, a potem zrozumiał, że w tym wszystkim bardzo ważna jest również skromność (choć na scenie był Divą, ale o to właśnie chodziło). Oczywiście znajdą się tacy, którzy wystawią ocenę, natomiast nie bierzmy tej całej krytyki aż tak serio, film jest ładny, dźwiękowo pieści uszy i ogólnie jest, jak już wspomniałem, sympatyczny. Idealny do obejrzenia zarówno w samotności jak i w większym gronie, które będzie się cieszyć, śpiewać i tańczyć, tak jak robił to Freddy. Polecam.

czwartek, 27 czerwca 2019

"Paradoks Cloverfield" (2018), "The Cloverfield Paradox", reż. Julius Onah


No i docieramy do końca, trzecia część trylogii Cloverfield. Nadal, chcę Was przekonać do tego, że mamy do czynienia z całkiem sprawnie przemyślaną trylogią, zakończoną właśnie w tym miejscu, w kosmosie, w poszukiwaniu nowego, lepszego dla nas życia. Na Ziemi toczy się wojna, brakuje zasobów, zwłaszcza tych energetycznych, bez których ludzkość nie przetrwa. Dzielna załoga statku kosmicznego, który ma dać nadzieję, testuje cząsteczkę Sheparda (ciekawym będzie tu skojarzenie z Mass Effect i jeśli chodzi o fatalizm sytuacji, bohaterowie znajdują się w podobnym położeniu, chociaż skala wydaje się dużo mniejsza), która może pozwolić na uratowanie ludzkości w czasie trwającego na Ziemi kryzysu energetycznego. Eksperyment prowadzony przez naszą załogę udaje się, poniekąd. W każdym razie postacie dostają się do alternatywnej wersji naszego wszechświata i naszej planety (wszechświat równoległy), znajdują również kobietę, która brała udział w bliźniaczej misji w alternatywnym wymiarze. Ekipa musi wrócić więc na "swoją" Ziemię, nie będzie jednak to tak łatwe, jak przypuszczali, nie tylko ze względów technologicznych.

Otóż, alternatywny wszechświat to także alternatywne wersje życia naszych bohaterów, takie w których do pewnych tragicznych wydarzeń po prostu nie doszło, w których życie ułożyło się zupełnie inaczej niż "w domu". Zaprezentowany został tu bardzo ciekawy i w moim odczuciu nieco pomijany wątek podróży między wymiarami. Psychologiczny aspekt ekranowych wydarzeń jest dość istotnym motorem napędowym całej fabuły. No właśnie, tylko wszystko idzie tu dość przewidywalnym torem, oczywistym bowiem jest, że przynajmniej jedna osoba z grupy będzie chciała zostać w tej alternatywnej rzeczywistości, nie może bowiem pogodzić się ze śmiercią swoich najbliższych w wyniku własnych błędów. Cała konstrukcja filmu momentami nawet prezentuje się jako taki standardowy slasher, no bo szóstka bohaterów na zamkniętej przestrzeni ma za zadanie przetrwać, brzmi jak Jason X :P No ale nie wybiegajmy już z tymi teoriami, choć powiązanie z całą trylogią Cloverfield wydaje się dość oczywiste i pozostawia wyobraźni wolne pole do hulanek i swawoli. Można to robić nawet w trakcie oglądania, ponieważ sam film nie jest już aż taki ciekawy. 


Przede wszystkim film trochę się ciągnie, nie dzieje się aż tak wiele interesujących rzeczy, przynajmniej nie na tyle, żeby widza konkretnie wciągnąć w świat przedstawiony nam na ekranie. Po drugie, mało w tym wszystkim klimatu Cloverfield, a przede wszystkim 10 Cloverfield Lane. Sam ostatni kadr filmu, a także zjawiska paranormalne, których doświadcza załoga statku, nie są w stanie zrekompensować faktu, iż mamy do czynienia z dość przeciętnym horrorem sci-fi, w którym wyróżniającą się postacią jest comedy relief. Same momenty komediowe wydają się momentami wymuszone, choć nie ukrywam, że nawiązanie do Rączki z Rodziny Addamsów wywołało uśmiech na mojej twarzy, Ash z Martwego Zła również by się uśmiał (no, on może akurat niekoniecznie). Jest to po prostu kolejny film wyprodukowany przez Netflixa w momencie, gdy jeszcze nie bardzo wiedzą, jak się zabierać za to rzemiosło. I choć nie brakuje utalentowanych ludzi w obsadzie, tak mam poczucie niespełnionego obowiązku i deadline'u czyhającego na ekipę produkcyjną. Jedno za to się udało: dzięki Cloverfiled Paradox bardzo chciałbym obejrzeć film, którzy poszerzy to arcyciekawe uniwersum, 10 Cloverfield Lane, choć nie pozbawiony wad, pokazał że da się zrobić fajny thriller psychologiczny i połączyć go z kaiju movies. Well, here's to hoping, I guess.

Warto obejrzeć Cloverfield Paradox, ale nie obiecujcie sobie za wiele, a nie będziecie zaskoczeni.



niedziela, 23 czerwca 2019

The Umbrella Academy (2019-), reż. Jeremy Slater


Z Netflixem nigdy nie można narzekać na nudę. Bo jak raz wypuszczą coś fantastycznego ("Stranger Things"), tak później wyrzucą coś.. cóż.. co najwyżej intrygującego, tak jak w tym przypadku. Ktoś może wyjechać tu z komentarzem "A przecież oceny w Internetach są tak wysokie, Ty zawsze musisz narzekać", aczkolwiek chcę udowodnić, że czytanie opinii internetowych krytyków jest równie pożyteczne jak koszenie trawy lupą w deszczowy dzień. Swoją drogą, nie lepiej samemu sprawdzić, zanim wydamy ostateczny osąd? Gdybym swoje oceny bazował na internetowych komentarzach, to karierę zrobiłbym co najwyżej na Filmwebie. Ale, ale, żebym nie zszedł na boczny tor za bardzo, to porozmawiajmy chwilę o serialu. Nie będę wchodził w szczegóły każdego odcinka, jeśli chcecie, to znajdziecie wielu wariatów, którzy tego zadania z chęcią się podejmą, i nie chodzi nawet o to, że mi się nie chce czy jestem nierzetelny. "The umbrella academy" jest po prostu nudny (sidenote: nie opowiada również o korporacji Umbrella, a szkoda), choć być może za szybko włączyłem jakąś serię tuż po obejrzeniu drugiego sezonu "Stranger Things" i moje oczekiwania były zbyt wysokie. Ale do rzeczy...

W październiku 1989 roku 43 kobiety urodziły dziecko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że kobiety w ogóle nie były w ciąży, nastąpił (że też pozwolę sobie tak to ująć) spontaniczny zapłon i poród po prostu się zaczął. Siedmoro z tych dzieci zostaje adoptowanych przez ekscentrycznego sir Reginalda Hargreeves'a, który postawił sobie zadanie stworzenie drużyny superbohaterów chroniących ludzkość przed złem i, ostatecznie, nadchodzącą apokalipsą.

Brzmi nieźle, mało, brzmi całkiem fajnie, sam zamysł tego, że superbohaterowie w tym serialu nie są nieskazitelni, ba, jest im do tego ideału tak daleko jak to tylko możliwe, jest świetny i nic, tylko czekać aż to wszystko albo się rozwinie albo po prostu jebnie. Postaci są przedstawiane dość sprawnie, wiemy dlaczego spotykają się po latach (w pierwszym odcinku otrzymujemy informacje, że sir Reginald zmarł) ciągnąc za sobą swoją przeszłość i wszystkie związane z nią blizny. Stosunki między nimi też nie są stereotypowo rodzinne, przez lata w drużynie stworzyły się rysy, niezażegnane konflikty wracają z pełną mocą i nie pomaga w tym fakt, że za siedem dni nastąpi koniec świata. Ponadto każda z tych osób ma jakąś prywatną ranę z przeszłości, z którą nie potrafią sobie poradzić, więc w teorii mamy dość prosty i niemal gotowy przepis na dobry serial z naciskiem na psychologiczny rozwój ekipy w prawdziwą drużynę, jaką byli za młodu.


No właśnie, i tu gdzie powinniśmy otrzymać dobrą serię z naciskiem na psychologię postaci, dostaliśmy taką w sumie telenowelę, która nieprawdopodobnie się dłuży. Jeremy Slater koniecznie chciał stworzyć 10-odcinkowy serial, tylko nie za bardzo w moim odczuciu wiedział, jak rozpisać wątki na tak długi czas. Gdyby zastanowił się bardziej nad formatem ośmiu odcinków, wyszło by mu to na korzyść, doprawdy bowiem obserwujemy dorosłe postacie bawiące się w teen drama, z pobocznym wątkiem w postaci końca świata. I nie miałbym nic przeciwko, bo faktycznie samo zatrzymanie nieuniknionego może być fabularnie tylko tłem, aczkolwiek musi się to opierać na solidnych fundamentach. Tymczasem nikt nie ewoluuje, do samego końca obserwujemy praktycznie te same konflikty, zażegnane na ostatnie 20 minut, kiedy jest już praktycznie za późno, postaci nie dojrzewają (właściwie jedynie Klaus, który wychodzi z nałogów, bo tylko oczyszczenie ciała i umysłu może na sto procent przebudzić jego moce) i pierwszy sezon kończy się nie tyle happy endem, co właściwie kończy się niczym.

Druga bardzo przykra rzecz, to jak bardzo przewidywalny i przez to rozczarowujący jest "The Umbrella Academy". Samo przewidzenie tego, co się będzie działo w trakcie trwania seansu filmu czy sezonu serialu nie jest niczym złym, jeśli reżyser potrafi swoje dzieło zbudować tak, aby nadal zaskoczyć widza. Tutaj od początku wiemy, kto będzie pełnił jaką rolę w grupie, wiemy kto będzie głównym manipulantem serialu, jak poprowadzi swoją oś fabularną i niemal krok po kroku można rozpisać plan wydarzeń, nie oglądając nawet drugiej połowy sezonu. Zazwyczaj lubię zgadywać, co się wydarzy, gdy z Adą oglądamy film czy serial, sprawia nam to podwójną przyjemność zwłaszcza, gdy jesteśmy raczeni sprawnie napisanym scenariuszem. Szkoda, że tym razem musiałem wymusić na sobie oglądanie 6 ostatnich odcinków (z 10 w pierwszym sezonie), bo o ile pomysł jest znakomity, tak wykonanie leży na całej linii, cała zabawa przewidywalnością nie była w smak twórcom serialu.


Ale żeby nie było, bo jako całość oceniłbym pierwszy sezon na jakieś 4/10, to coś tam jednak mi się podobało. Bardzo fajna jest estetyka "The Umbrella Academy", wizualnie (oprócz niektórych efektów specjalnych) może się to podobać, zwłaszcza nawiązania do lat 50. XX wieku w Stanach, bar z kawą i pączkami, cała Komisja (wokół której toczy się całkiem ciekawy wątek podróży w czasie) wygląda świetnie, tanie motele, a nawet takie drobiazgi jak przesyłanie poczty w czasie i przestrzeni dzięki ogromnej sieci tub, maszyny do pisania i śmiały krok, żeby mimo wszystko postawić na brak technologii (akcja serialu wg moich wyliczeń toczy się w drugiej dekadzie XXI wieku), to wszystko sprawia, że może się to wszystko podobać. Postać Klausa, mimo że sztampowa niemal do bólu, dzięki kreacji aktorskiej potrafi wzbudzić na twarzy uśmiech. W dodatku pojedyncze sceny np. załamanie Luthera po odkryciu, że jego pobyt na Księżycu nie był tak istotny, jak było mu wmawiane, czy choćby absolutnie surrealistyczna scena tańca Luthera i Allison, a także większość momentów z Klausem, potrafią wzbudzić nadzieję. Jednak są to tylko chwile, które ulatniają się gdy obejrzymy cały odcinek czy sezon i dojdziemy do wniosku, że oczekiwanie na drugi sezon nie wzbudza w nas żadnych emocji. I oczywiście, jest to rzecz gustu, natomiast nie zmienia to faktu, że gdzieś popełniono błąd, a motyw superbohaterów-wyrzutków nie jest wykorzystani ani humorystycznie, ani bardziej poważnie. Szkoda.

"Czarne lustro" ("Black Mirror"), 2011- , sezon 2 odcinek 2, "White Bear"


Oglądając Czarne Lustro i żyjąc w czasach obecnych nie sposób nie ulec wrażeniu, że serial ten bardzo często albo znalazł albo zaczyna znajdować odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czy triumf technologii nad humanitarnością czy też całkowite oddanie się bożkowi Internetu. Ba, samemu zdarza mi się czas wolny spędzić na Youtube, gdy jestem w domu i niespecjalnie chce mi się cokolwiek robić. Podczas pisania tekstów związanych z Czarnym Lustrem zawsze staram się zwrócić uwagę na to, w jaki sposób tematyka danego odcinka może nas dotknąć i jak moglibyśmy się w takiej sytuacji zachować. Sukces serialu polega m.in. na tym, że pobudza on w dość prowokacyjny sposób nasze mózgi do działania, do przewartościowania pewnych spraw, co prowadzi do swego rodzaju rachunku sumienia. W tym epizodzie cały aspekt technologiczny jest przesunięty nieco na drugi plan, prawie nie ma rzeczy, które skojarzyłyby nam się natychmiast z science-fiction, a sceneria która wygląda nieco na post-apokaliptyczną jest tylko teatrem, a my jako publiczność zmuszeni jesteśmy do refleksji.

Bowiem jak często jest tak, że tylko pasywnie, z kamerą naszego smartfona w ręku, uczestniczymy w danym wydarzeniu (niezależnie od wydźwięku)? Bardzo często widzimy ludzi, którzy biernie przyglądają się tylko zamiast działać, czekając na bohatera aby móc taką chwilę uwiecznić. W sytuacjach gdy nas spotyka jakaś krzywda, nie chcemy żeby ktoś nas filmował, raczej oczekujemy w takich sytuacjach pomocy. Victoria Skillane, bohaterka tego odcinka, budzi się w nieznanym sobie domu, z bólem głowy, zabandażowanym rękami i rozsypanymi na podłodze pigułkami. Na telewizorze, który ma przed sobą, wyświetla się jedynie jakiś dziwny symbol, kobieta nie pamięta co się wydarzyło przed wybudzeniem. Wychodząc na zewnątrz spotyka Jem, która wyjaśnia Victorii, że sygnał emitowany jest z nadajnika "White Bear". Tenże sygnał zamienił innych ludzi w widzów, którzy w żaden sposób nie komunikują się z kobietą, jedynie obserwują i nagrywają. W międzyczasie na kobiety poluje grupa łowców, którzy mają za zadanie zabić tych, których sygnał nie zmienił. Victoria musi dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, a przede wszystkim przetrwać.


Do pewnego momentu odcinka Victoria pozostaje bezimienna, nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i co uczyniono, aby kobieta znalazła się w tej sytuacji. Dość interesujący zabieg, ponieważ jeśli nie znamy historii osoby, łatwiej jest nam się z nią utożsamić, koncept czystej karty, "tabula rasa", działa tutaj tak, że bardziej empatycznie patrzymy na naszą bohaterkę. Zarówno z powodu sympatii do Victorii, jak i z czystej ciekawości tego kto za tym wszystkim stoi, chcemy aby wszystko się powiodło, nie kibicujemy ekipie, która stara się zabić ku uciesze widowni. Zamknięte drzwi często jednak kryją niewygodną prawdę, i nie inaczej jest tutaj, w interesującym twiście okazuje się, że.. Zresztą jeśli widzieliście którykolwiek odcinek Czarnego Lustra to wiecie, że wszyscy skrywamy jakieś tajemnice i boimy się ich odkrycia (jest jeden genialny odcinek w trzecim sezonie, ale o tym jeszcze porozmawiamy).

Drugi odcinek drugiego sezonu serialu trzyma poziom, może nie jest on tak dosłowny i wciskający w fotel, jak niektóre z uprzednio prezentowanych, ale wymusza na widzach pewną refleksję dotyczącą nas samych. Jak zawsze wbijana jest nam mała szpileczka, bo czy po trochu nie zamieniamy się w takich bezwolnych obserwatorów?  Ba, widzów...