wtorek, 8 stycznia 2019

"Czarne Lustro" ("Black Mirror"), 2011- , Sezon 2, odcinek 1, "Be right back", reż. Owen Harris


Zdecydowana większość osób, które miały do czynienia z Czarnym Lustrem może powiedzieć, że nie jest to serial łatwy w odbiorze. Nie ze względu na niedoskonałości techniczne czy mieliznę fabularną, a ze względu na tematy poruszane w każdym z odcinków. Pamiętajmy, jak rozpoczął się pierwszy sezon, jak bardzo temat tamtego epizodu wiercił dziurę w brzuchu właśnie nam, użytkownikom mediów społecznościowych, jak drwił z tego, że dziecinnie łatwo jest zmanipulować i podpuścić publikę do ostracyzmu, żeby na koniec przyłożyć nam prosto w twarz tym, że na finiszu zawsze ktoś cierpi. Drugi sezon rozpoczyna odcinek, który tematycznie zdecydowanie odbiega od swoich poprzedników, natomiast pozostawia taki sam bałagan w głowie i to samo niewygodne uczucie, którego nie chcemy na co dzień. O co chodzi? Martha (Hayley Atwell) rozpacza po utracie ukochanego Ash'a (Domhnal Gleeson), który zginął w dniu, gdy para miała wreszcie zamieszkać razem. Na pogrzebie mężczyzny jej przyjaciółka informuje kobietę, że istnieje usługa, dzięki której można komunikować się ze zmarłymi bliskimi osobami. Martha początkowo nie chce o tym słyszeć, ale przychodzi dzień, gdy dostaje wiadomość od ukochanego i mimo, że nie jest zachwycona tym, że została wbrew swojej woli uczestnikiem tego programu, zdaje sobie sprawę, że właśnie tego chciała. Dodatkowo dziecko, które kobieta nosi, zdaje się dobrze reagować na wiadomości swojego ojca, Martha postanawia więc pójść na całość i zamawia syntetycznego klona Ash'a, żeby przenieść komunikację na nowy poziom. Początkowo jest zachwycona, wszystkie życiowe funkcje ukochanego zostały przeniesione do nowego, acz tego samego ciała, kobieta jednak odkrywa, że android nie jest zdolny do najważniejszej ludzkiej cechy, uczuć.

Wydawać by się mogło, że temat pięciu etapów akceptacji śmierci jest już wyczerpany, że zamaskowanie go pod dowolną postacią już nie przynosi efektu, że widz zna te sztuczki i od razu będzie wiedział, jak przebiegnie dalsza akcja. Czarne Lustro podejmuje rękawicę i pokazuje, że nic nie jest takie proste jak nam się wydaje. Cała sztuka tkwi w doskonałym aktorstwie, jakie nam tutaj zaprezentowano. Żeby przekazać emocje, które towarzyszą utracie najbliższej osoby, gniew który rozsadza człowieka, ponieważ jest bezsilny wobec takiego żywiołu, żeby pokazać targowanie się ze Śmiercią w postaci klona, potem niejako przechodzimy ponownie w stan żałoby, a gdy Martha w końcu zdaje sobie sprawę, że nikt i nic nie zastąpi jej ukochanego, w końcu następuje akceptacja.


Bez wątpienia jest to epizod pełen emocji, ale nie są one rozdmuchane, jest to odcinek intymny, bardzo kameralny. I taki środek wyrazu jest wystarczający, żeby widza wciągnąć i zaangażować, a nie ma nic lepszego dla serialu niż publika, która z zapartym tchem śledzi losy bohaterów. Jednocześnie na całej długości epizodu nie ma nic, co mogłoby nas rozpraszać, całą swoją uwagę skupiamy na kobiecie i ogromnie trudnym zadaniu poradzenia sobie ze śmiercią osoby bliskiej. I na końcu, gdy już wytracimy wszystkie siły na zaprzeczanie, gniew, smutek i targowanie, nie pozostaje nic innego, tylko akceptacja. Akceptacja, które nie zawsze przynosi katharsis, akceptacja będąca wyrazem heroicznego wysiłku, gdy wyprani z sił i emocji staramy się podnieść, złapać drugi oddech i ruszyć w drogę. Jaką rolę pełni tu technologia? Właściwie oprócz tworzenia klonów i kilku innych fajnych konceptów, można z całą stanowczością stwierdzić, że drugi sezon Czarnego Lustra zaczyna się dość nieśmiało, skupiając się na psychologicznym aspekcie żałoby. Czy jest to mocniejszy początek od tego w pierwszym "sezonie"? Wydaje mi się, że nie, aczkolwiek konstrukcja epizodów jest zupełnie inna, tematyka w tym odcinku dotyka nas na bardziej osobistym poziomie, gdzie w pierwszym sezonie mieliśmy grubą szpilkę wbitą w społeczeństwo. W każdym razie Be Right Back jest świetnym odcinkiem i warto czasem do niego wrócić.

niedziela, 23 grudnia 2018

"Zaproszenie" ("The Invitation"), 2015, reż. Karyn Kusama


Na film natrafiłem dzięki Netflixowi i o ile rekomendacje z reguły odkładam "na później", tak tutaj zadziałał impuls, bez zastanowienia włączyłem Zaproszenie z założenia thriller psychologiczny obracający się w kręgu kultu i jego wpływu na jednostkę. W praktyce okazał się on filmem z bardzo długim pierwszym aktem, z finałem który nawet po tak długim czasie oczekiwania wydaje się zbyt szybko rozegrany i tak samo szybko urwany. Problemów ma to dzieło bardzo dużo, a prawie nic nie daje w zamian. Samo hasło reklamowe "You won't see a more shocking thriller all year" wzbudza uśmiech politowania. Ale żeby nie było, że będę tylko się złościł, trzeba oddać Karyn Kusamie, że udało się jej stworzyć bardzo gęstą, niemal namacalną atmosferę, która powoduje spięcia między uczestnikami schadzki, którą w pewnym momencie da się ciąć nożem, przede wszystkim klimat ciągłego niepokoju, przez pierwszą część filmu faktycznie mamy wrażenie, że coś tu jest mocno nie tak, że to wszystko jest bardzo sztuczne (Choć nie ukrywam, odgadnięcie fabuły filmu po 15 minutach nie jest najprzyjemniejsze, to trzeba oddać królowi to, co królewskie). 

Jeśli nie wiadomo od czego zacząć, to od początku: Will (Logan Marshall-Green) dostaje zaproszenie na przyjęcie z okazji zjazdu dawnej paczki jego i Eden (Tammy Blanchard), byłej żony Will'a. Nasi bohaterowie rozstali się w dość przykrych okolicznościach, po śmierci ich dziecka. Will nadal przeżywa z tego powodu męczarnie psychiczne, więc jedzie do Eden nie tylko na wspomniany zjazd, ale także nostalgiczną wycieczkę po wspomnieniach. Nie wiem, czy jest sens przypominać kim są pozostali uczestnicy przyjęcia, z ważniejszych postaci mamy tylko David'a, nowego wybranka Eden i Pruitta, tajemniczego przyjaciela pary. Jeśli chodzi o pozostałych, to powiem krótko: para gejów, jakaś kobieta w średnim wieku, jeden samotny facet-śmieszek, azjatka czekająca na swojego wiecznie spóźnionego faceta oraz dwie lub trzy osoby kompletnie nie warte wspomnienia. Tu leży pierwszy problem z filmem, nie potrafi on przedstawić postaci na tyle, żebym (nawet przy wsparciu IMDB) przejął się ich losem, a co dopiero ich imionami. Jasne, te osoby coś mówią, coś tam czasem zrobią, ale nie jest to nic na tyle znaczącego, żeby warto było o tym wspominać.

Wracając jednak do fabuły: Oprócz chęci spotkania ze starymi znajomymi, Eden chce także pokazać swoją przemianę, albowiem porzuciła wszelkie swoje zmartwienia, wkroczyła na drogę oświecenia, radości z życia i pozytywnych myśli. Nie mamy natomiast wątpliwości, że chodzi o kult i zwykłe pranie mózgu, zwłaszcza w momencie gdy Eden i David puszczają film... instruktażowy? Reklamowy? Propagandowy? Sam nie wiem jak to określić, ale jak na reklamówkę kultu jest nieźle. Oczywiście nikogo to nie przekonuje, a gdy widzą na ekranie umierającą kobietę, kierowaną przez guru w ostatnią drogę, to robi się przysłowiowy kwas. Nasze postacie zapominają o tym, gdy zaczyna się przyjęcie właściwe, czyli kolacja na cześć spotkania po latach. Oczywiście jasne i oczywiste jest to, że spotkanie nie jest przypadkowe, a Eden nie jest do końca odmieniona, tylko po prostu zmanipulowana. Wtedy zaczyna się akcja właściwa.


Akcja dość typowa, niezbyt żwawa i jakaś taka pozbawiona napięcia. Może dlatego, że czas na jej rozwinięcie został zmarnowany na niezbyt udane przedstawianie postaci, przeplatane postępującą paranoją i poczuciem osaczenia naszego głównego bohatera. Nie da się zbudować suspensu z niczego, więc siłą rzeczy nie możemy też kibicować postaciom, które mało nas obchodzą. W zasadzie tylko Will jest w jakikolwiek sposób wiarygodny, co jest zasługą aktora grającego tę rolę. Ale jedna osoba nie jest w stanie pociągnąć tematu bez pomocy reszty obsady, ale jak już pewnie zauważyliście, niewiele można na ich temat powiedzieć, widać wyraźnie jak wszyscy napisani są na jedną notę, właściwie nie schodzą z utartej przez scenarzystów ścieżki. 

Nie można powiedzieć, że Zaproszenie jest filmem złym, nie wkurza, nie zdarza się tu również jakieś poważne zamieszanie fabularne. Ale z drugiej strony nie ma tutaj też tych pozytywnych emocji, brak tu adrenaliny, brak energii i przede wszystkim trochę brak pomysłu. I właśnie ten brak wpływu na widza jest chyba moim największym zarzutem dla filmu, który jest przedstawiony w sposób, który nie pobudza do myślenia, nie zwraca na siebie uwagi i znika razem z ostatnim kadrem. Szkoda.

piątek, 21 grudnia 2018

"Circle", 2015, reż. Aaron Hann, Mario Miscione




Pięćdziesiąt obcych sobie osób budzi się nagle w nieznanym środowisku. Budzą się stojąc w dziwnych kręgach rozstawionych na podłodze pomieszczenia. Na środku znajduje się sfera, która reaguje na każdy najmniejszy ruch, zabijając na miejscu tego, który ośmieli się wystąpić ze swojego kółka. Nie ma wątpliwości, że ci ludzie zostali porwani, dodatkowo po wstępnej weryfikacji sytuacji orientują się, że byt, który decyduje o ich losie, nie należy do najbardziej cierpliwych. Co gorsze, porwani uczestniczą w swego rodzaju grze, w której mogą decydować poprzez głosowanie kto będzie następny. Czy uda im się przezwyciężyć wroga, którego nie widać, który ustala grę i nie daje jasnych zasad postępowania, który wydaje się być wszechmocny?

Przyznam się, że pierwsze momenty Circle do złudzenia przypominały mi Cube. Grupa obcych sobie ludzi zamknięta w nieznanej przestrzeni, muszą współpracować, żeby przetrwać. Oczywiście, skala i sposób realizacji wyróżniają dzisiaj omawiany film, ale podobieństwa są dość widoczne. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że w filmie nie ma muzyki, całość wypełniają dialogi. Mimo, że film jest dość statyczny, to rozmowy między bohaterami są prowadzone dość dynamicznie, a jest to niezła sztuka zważywszy na fakt, że postacie praktycznie się nie ruszają. 



Ale, ale, to co tam tak po prawdzie się dzieje? Wydaje mi się, że jest to swego rodzaju rozprawka na temat człowieczeństwa, konkretnie jak zachowamy się w obliczu narastającego zagrożenia. W końcu nie wiadomo, kto za to odpowiada, dlaczego to robi i jakie są zasady.
W niedługim czasie zaczynamy poznawać reguły gry, co około dwie minuty zabijana jest losowa osoba. chyba zaburzą tę losowość poprzez głosowanie. I tu robi się ciekawie, ponieważ można głosować na kogokolwiek, nie trzeba mówić, na kogo się głosuje, nie trzeba skreślać listy wyborców, nikt się nie dowie kto kogo wybrał. Jeśli taka moc wpadłaby w Wasze ręce, to moglibyście uczynić? Oczywiście, jeden głos może nie zadecydować o "wygranej", ponadto głos kogoś innego może przesądzić o naszej śmierci, ale warto pochylić się nad tym tematem. W Circle oczywistym jest pytanie o moralność ludzką, o to czy będziemy kierować się dobrem jednostki czy zaczniemy działania, żeby uratować jak najwięcej osób, mniej lub bardziej nam bliskich. I chociaż początkowy szok i kompletna niewiedza powodują panikę w bohaterach filmu, tak z czasem zaczynają formować się sojusze, o losie niektórych decyduje charyzma jednostki przewodzącej danym stadem, a z czasem tylko zimna krew i brak skrupułów może uratować komuś życie.

A jak wygląda realizacja całkiem ciekawego przecież założenia? Nie sposób w tym całym minimalizmie produkcyjnym znaleźć pewien urok. Cóż, urok to może złe słowo, ale chodzi tu przede wszystkim o to, że sceneria nie rozprasza, na pierwszym i drugim planie stoją wyłącznie postacie, choć z jednej strony jednowymiarowe, tak wydaje mi się, że nie ma tu niepotrzebnych komplikacji. Wszystko ma opierać się na dialogach, na drobnych gestach, zwłaszcza w sytuacji gdy nie można wykonać większych niż pół kroku ruchów. I choć w końcowych scenach prawie żałowałem, że spędziłem czas na oglądaniu Circle, tak nie zakończyło się to kliszowo, za co jestem wdzięczny twórcom, choć mogliby sobie już darować ostatnią scenę poza statkiem.

Niemniej jednak polecam seans, mnie film pozytywnie zaskoczył, widać że budżet nie dopisywał, mimo wszystko udało się tutaj stworzyć całkiem wciągające widowisko. Film nie jest bardzo długi, więc zapraszam do Netflixa, nie pożałujecie.

piątek, 23 listopada 2018

"Czarne Lustro" ("Black Mirror") 2011-. sezon 1 odcinek 3, "The Entire History Of You"


Zakładam, że wielu z Nas chciałoby mieć możliwość zatrzymania na zawsze niektórych wspomnień czy wydarzeń. Gdybyśmy mogli je wryć w swoją pamięć, tak jakby nagrać te chwile w swoim mózgu, czy chcielibyśmy mieć taką możliwość? Trzeci odcinek pierwszego sezonu Czarnego Lustra przedstawia nam taki scenariusz. Oto bowiem znajdujemy się w świecie, w którym za pomocą specjalnego implantu umieszczonego w mózgu możemy dosłownie nagrywać wspomnienia, przechowywać je i odtwarzać w dowolnym momencie. Czy ze stuprocentową pewnością stwierdzilibyśmy, że to fantastyczna sprawa? Czy nie doprowadziłoby to do obsesji i czy krok po kroku nie wpędzałoby to nas w paszczę szaleństwa? Liam, bohater tego epizodu, boryka się właśnie z tego typu problemem, wiedzie dość szczęśliwe życie, dopóki razem z żoną nie spotykają Jonasa, o którego Liam jest chorobliwie zazdrosny. Do tego stopnia, że przy pomocy wspomnianej wcześniej technologii analizuje każdy, nawet najbardziej ulotny, fragment wspomnień, widzianych oczywiście ze swojej perspektywy. Jego postępująca paranoja doprowadza do utraty kontroli nad swoimi czynami, co obserwujemy w akcie trzecim odcinka.



Ze wszystkich trzech odcinków pierwszego sezonu Czarnego Lustra ten jest chyba najbardziej stonowany, przynajmniej w moim odczuciu. Pytania stawiane w tym epizodzie są nieco mniej refleksyjne, ale ciągle niepokojące. Wydaje mi się, że największa zasługa przy kreowaniu tych dylematów leży w otoczeniu i scenografii serialu, ponieważ to co widzimy na ekranie, dzieje się w miejscach, które nie zostały dotknięte przez twórców, tak jak byśmy mieli ciągle 2018 rok, tylko w nieco alternatywnej rzeczywistości, gdzie ludzkość znacznie szybciej doszła do poziomu technologicznego, który widzimy. Ale dość dygresji, to co nam zaserwowano? Nie da się ukryć, jest to kolejna dyskusja na temat ludzkiej moralności i wykorzystania możliwości drzemiących w manipulowaniu wspomnieniami. Oczywiście można tutaj poruszyć kwestię tego, czy możliwość rejestracji wspomnień do ich późniejszego odtworzenia nie spowodowałaby zepsucia wzajemnych relacji, nawet tych najbardziej intymnych? Przecież brak zaufania wobec drugiej osoby mógłby skutkować brakiem zaufania dla każdego napotkanego w życiu człowieka, nieufność powoduje osamotnienie, z którym nie wszyscy sobie radzą. Z drugiej strony można powiedzieć, że mimo technologii nie będziemy jej wykorzystywać bardziej niż jest to rzeczywiście koniecznie. Szkoda, że odcinek nie próbuje również zmierzyć się z kwestią odpowiedzialności w sensie takim, czy każdy powinien mieć do takiej technologii dostęp, czy każdy z nas jest gotów na takie udogodnienia. Drugi odcinek tego sezonu zmierzył się z tym o niebo lepiej, choć może zbyt dosłownie, niemniej jednak The entire history of you w charakterystyczny dla całego serialu sposób pokazuje, jak można nadużyć nawet tych najbardziej rozwojowych technologii. W duchu Czarnego Lustra prezentowany jest nam tej najczarniejszy scenariusz, natomiast do naszej wyobraźni pozostaje kwestia tego, w jak fantastyczny sposób można by tego użyć. I z tym Was pozostawię.

piątek, 16 listopada 2018

"South Park The Fractured But Whole"


South Park jest tytułem ukochanym nie tylko przeze mnie. Rzesze fanów na całym świecie doceniają absurdalny humor tej produkcji, chamskie żarty, ale takie które punktują na swój sposób niedorzeczności wydarzeń na świecie, choć często skupiają się na własnym podwórku. Czy Saddam Hussein może być gejowskim kochankiem Szatana w piekle? Oczywiście! Czy każdego roku podczas świąt słodkie leśne zwierzątka odbywają dzikie orgie i rytuały poświęcenia dla Pana i Władcy Piekła? Jasne! W tym serialu nie ma granic, jest to bodaj pierwsza tego typu produkcja, dla której nie ma czegoś takiego jak znak stopu, a jest tylko łamanie kolejnych barier. Oczywiście w tych pokręconych czasach różnie się przyjmuje te żarty, bóldupizm wszakże szerzy się szybciej niż odra, nie zmienia to jednak faktu, że dla oddanych fanów twórcy South Parku mają w zanadrzu nie lada ucztę, ja sam co jakiś czas robię sobie maraton wszystkich sezonów serialu, no bo czemu nie? South Park: The Stick Of Truth szybko stał się tytułem, który podbił moje serce. Idealnie pokazano tam humor typowy dla serialu, wydarzenia fabularne idealnie pokrywały się z postaciami, z którymi mieliśmy na danym etapie do czynienia, a wisienką na torcie była dla mnie potyczka z jednym z bossów w klinice aborcyjnej. Boss był gigantycznym nazistowskim płodem zombie i to było po prostu genialne, kwintesencja tego, czym South Park w tym czasie był. Samo wyważenie gry było nierówne, ale nie było sytuacji, w której granie męczyło na tyle, że aż odpychało, poza tym produkcja była dość krótka, około 10-12 godzin. Gdy gruchnęła wieść o nowych przygodach Cartmana i spółki, tym razem osadzonej w uniwersum superbohaterów, ucieszyłem się na myśl o nowych mocach, nowych przygodach, no i przede wszystkim o nowych żartach, to zdecydowanie pobudzało wyobraźnię. Jak wyszło?



Prawie we wszystkich aspektach jest pozytywnie. Sama fabuła jest typowa dla franczyzy, jest również bardzo podobna do tej z pierwszej gry. Jedna frakcja pragnie mieć swoją linią filmową (Marvel), druga również do tego dąży chcąc jednocześnie zniszczyć rywali (DC). My jako Nowy jesteśmy rzuceni w wir tych wydarzeń i w tym punkcie zaczynami. Na początku prowadzi nas Cartman, który tworzy tło naszej postaci, czyli jak doszło do uzyskania przez nas supermocy. Sam proces podzielony jest na etapy, w ramach progresji fabularnej, i jest podzielony na trzy części, podczas których tok wydarzeń jest coraz bardziej dramatyczny, a my w ten sposób uczymy się naszych nowych mocy. W międzyczasie oczywiście działamy na korzyść jednej frakcji, przeszkadzamy drugiej, czasem współpracujemy z "wrogiem" dla wyższego dobra, generalnie kupa zabawy. Sposób ulepszenia naszego herosa też jest całkiem fajny, choć szczerze mówiąc łatki ulepszające ekwipunek w części pierwszej były dla mnie ciekawsze, tutaj nie mam takiego poczucia, że zmiany których dokonuję, wpływają na przebieg bitwy,  w SPTFBW wygląda to trochę jak bym miał wpływ tylko i wyłącznie na cyferki. Ale żeby nie było, sam system walki piekielnie mi się podoba. Samo to, że postacie mogą spacerować po polu bitwy, że ich ataki mogą odpychać przeciwników (na dodatek jeśli pole za przeciwnikiem zajmuje postać przyjazna, zostanie wykonany atak łańcuchowy zadający dodatkowe obrażenia), doszły nowe statusy, które potrafią uatrakcyjnić walkę, wreszcie są ataki specjalne, coś na wzór Limit Break'ów z Final Fantasy, po naładowaniu można wykonać super-atak, który ma różne efekty, od leczenia poprzez masywne obrażenie i zasypywanie wroga statusami. Mechanika walki jest zajebista, do tego dochodzą walki specjalne, gdzie celem nie zawsze jest pokonanie bossa, tylko np. ucieczka z klubu striptizowego. 


Są też smaczki w samej historii, dla której warto zapoznać się z grą. Wątek romantyczny Tweeka i Craiga jest bardzo zabawny, Cartman jest postacią która chyba nigdy nie będzie nieśmieszna, reszta obsady trzyma swój wysoki poziom, a ich cechy ujawniają się podczas przyzwania, szczególnie dla postaci z reguły drugoplanowych. Humor dopisuje w zasadzie przez większość czasu spędzonego w świecie gry. Czemu nie ciągle? The Fractured But Whole zaczyna w pewnym momencie nużyć, jest to między innymi spowodowane tym, że mapa jest taka sama jak u poprzednika, z tą różnicą, że zdarzają się inne miejscówki do zwiedzenia. Natomiast nie ma tu takiego elementu, dzięki któremu nawet po kilkunastu godzinach chciałoby się wracać. W pewnym momencie nienawidzi nas tyle frakcji, że czasem ciężko nadążyć, na szczęście dość łatwo da się uciec od "losowych" starć. Fajnie, że jest crafting, natomiast on też dość szybko się nudzi, nie miałem jakiejś większej potrzeby tworzyć sobie nie wiadomo ilu przedmiotów leczniczych, średnio też wygląda tworzenie kostiumów, samo ulepszanie postaci też wygląda na czysto kosmetyczne, wynika to pewnie z tego, że możemy sobie dobrać trzy klasy postaci i modyfikować ataki tak, żeby pasowały do profilu naszej gry. W pewnym momencie jednak przestaje to bawić, a dzieje się coś, czego boję się biorąc na warsztat dłuższe produkcje: nie chce mi się do tego uniwersum wracać. Nie wszystkie wątki mam ukończone, fabuły w całości też nie zjadłem, ale nie odczuwam takiej potrzeby, bo po prostu zjadłem już za dużo. Co by jednak nie powiedzieć, warto zagrać w The Fractured But Whole dla postaci, dla uniwersum, dla humoru, dla Morgana Freemana i dla całej otoczki. Warto jednak pospieszyć się z odkrywaniem historii, gdyż szybko może dojść do zmęczenia materiału.