środa, 26 lutego 2014
"Dark Touch" (2013), reż. Marina de Van
Problem w kategoryzowaniu horrorów tkwi w pewnej dowolności jego interpretacji. Weźmy za przykład "Carrie" Briana de Palmy (1976), który, jeśli mu się dokładnie przyjrzeć, z horroru przeradza się w dramat psychologiczny z elementem nadprzyrodzonym w postaci telekinetycznych mocy głównej bohaterki. Gdzie tu problem? Jedną ze składowych horroru (jedną ze składowych jego wielu gałęzi, ale nie wchodźmy w szczegóły, film grozy jest zbyt skomplikowanym gatunkiem na zwykłą recenzję) jest właśnie element nadprzyrodzony, co skutecznie czyni "Carrie" właśnie obrazem grozy. Oczywiście, sposób realizacji filmu skutecznie pomaga, geniusz de Palmy wychodzi tu na każdym kroku, aczkolwiek trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z dramatem samotnej i psychicznie maltretowanej dziewczyny, która w końcu "pęka" na oczach jej oprawców.
Po co ten wstęp? Otóż nie sposób nie odnieść wrażenia, że Niamh, główna bohaterka "Dark Touch", to inne wcielenie Carrie. Jednak subtelność, z jaką Marina de Van wyreżyserowała swój film, wyraźnie odróżnia obie dziewczyny, i to może się podobać. Już na początku pani reżyser serwuje nam jak gdyby kulminację gniewu dziewczynki (chociaż jeszcze ani ona ani widz nie zdają sobie z tego sprawy), gdy rodzice Niamh zostają zamordowani (w dość widowiskowych okolicznościach, trzeba przyznać), a ona sama jest tak wystraszona, że przypadkowo dusi swojego małego braciszka. Potem akcja zwalnia, a my obserwujemy ewolucję Niamh w nowej rodzinie. Nie jest to jednak powtórka z rozrywki, tylko ciąg dalszy jej życia, próba powrotu do normalności, przezwyciężenia tej traumy, której rodzice Niamh byli częścią.
Mam dwa problemy z tym filmem. Po pierwsze, irracjonalne zachowanie terapeutki Niamh, Tanyi, która nie mówi rodzicom zastępczym o tym, że dziewczynka była wykorzystywana przez niemal całe jej dzieciństwo, zasłaniając się tajemnicą lekarską. Moim zdaniem akurat rodzina zastępcza POWINNA o czymś takim wiedzieć, nie jest to nieistotna informacja, którą można spokojnie pominąć. To prowadzi do drugiego zgrzytu, czyli zachowania Nat i Lucasa Galin'ów. Nie zdają sobie sprawy z traumatycznej przeszłości Niamh, przez co kompletnie nie potrafią sobie z nią poradzić (swoją drogą dziwi mnie brak empatii u Nat i Lucasa, zachowują się tak, jak gdyby Niamh upadła i zdarła sobie skórę z kolana, podczas gdy na pierwszy rzut oka widać, że sprawa jest dużo poważniejsza) i co w konsekwencji prowadzi do zdarzeń, które widzimy w ostatnim akcie filmu.
Inną rzeczą jest wspomniane przeze mnie na początku kategoryzowanie horroru i zaszufladkowanie "Dark Touch" jako właśnie obrazu grozy. Nawet plakat promujący film opisany jest hasłem "What does evil look like?", a sama Niamh wygląda jak nawiedzona przez demona, podczas gdy mamy do czynienia z postacią tragiczną, której nikt nie jest w stanie (lub nie chce, ciągle mam wrażenie, że Nat i Lucas powinni przemyśleć swoje postępowania, w ich relacjach z Niamh nie ma miłości, tylko siłowe poszukiwanie rozwiązania) pomóc i która w konsekwencji tworzy w swojej głowie własne poczucie miłości i ochrony najbliższych. Finał jest moim zdaniem najmocniejszym punktem programu, a sam ostatni akt jest zbudowany doskonale, widzimy, że coś w Niamh pękło i nic już nie zatrzyma tragedii, której dziewczynka będzie sprawczynią.
Film trwa około 100 minut, nie jest to jednak czas stracony. "Dark Touch" w zasadzie nie cierpi z powodu dłużyzn, akcja nie jest najszybsza, ale konsekwentna, w związku z czym śledzimy losy Niamh z zainteresowaniem i współczuciem. Koniec końców, obraz Mariny de Van z pewnością nie jest horrorem, myślę, że pani reżyser wcale nie celowała w ten gatunek, znakomicie za to wykorzystała motyw z "Carrie" i przeniosła go na grunt opowieści o dziewczynce z tragiczną przeszłością. Rzadko bowiem zdarza się, że motyw wykorzystywania psychicznego i fizycznego dzieci jest pokazany tak subtelnie. Na koniec pozostaje pytanie: Czy wygrało dobro (w postaci Niamh)? Czy to właśnie dobro zawiodło, nie potrafiąc uratować cierpiącej duszy? Polecam obejrzeć "Dark Touch" i rozwiać te wątpliwości na własną rękę.
wtorek, 28 stycznia 2014
Podróż w przeszłość: Silent Hill (1999)
"Podróż w przeszłość" to cykl, w którym z punktu widzenia bardziej osobistego będę prezentował gry, filmy czy książki, które zaszczepiły we mnie pasję do horroru. Chciałbym, żebyście poznali genezę mojej fascynacji gatunkiem i niniejszym przedstawiam Silent Hill.
O filmach powiedziano wszystko, sam popełniłem recenzję drugiej części ze znamiennym podtytułem "Apokalipsa". Pierwszy film był średni, tu i ówdzie można było zobaczyć i nacieszyć oko czy ucho (syrena sygnalizująca tranzycję do Innego Świata, scena z pielęgniarkami), aczkolwiek obraz cierpiał na kompletny brak atmosfery miasteczka, a finał był absolutnie przegięty. "Apokalipsę" można opisać jednym słowem: bajzel. Popcornowa papka, z absurdalnym zakończeniem i jeszcze gorszym motywem walki Heather z jej aler ego. Powodem, dla którego piszę ten wstęp, jest niesamowity hype jaki towarzyszył pierwszemu filmowi. Działo się tak, ponieważ Silent Hill to jedna z najbardziej ukochanych przez fanów serii horrorów, tuż obok Resident Evil, jednocześnie będąc jednymi z najbardziej przerażających gier w historii przemysłu. Dość jednak dygresji, czemu Silent Hill był tak straszny?
Harry Mason wybiera się z córką Cheryl na wakacje do kurortu Silent Hill, znanego ze swojego spokoju. W pewnym momencie podróży Harry widzi wybiegającą na drogę dziewczynkę i próbując ją wyminąć powoduje wypadek, w którym traci przytomność. Po przebudzeniu zauważa, że Cheryl zaginęła, rozpoczyna więc poszukiwania w pokrytym mgłą miasteczku Silent Hill.
Wstęp do fabuły jest dość prosty, jednak to, co dzieje się później, przekracza wszelkie bariery strachu. Poszukując swojej córki, Harry trafia do uliczki, do której miała wbiec (kontury dziewczynki Harry zauważył we mgle). Tam następuje przejście do Innego Świata (Otherworld), którego chodnik składa się z przerdzewiałych krat, ściany pokryte są krwią i rdzą, otoczone drutem kolczastym.
Taki widok to tylko przedsmak koszmaru, który czeka Harry'ego i gracza, który powoli poznaje tajemnicę kryjącą się za porwaniem Cheryl i pobytem jej ojca w Silent Hill.
Gra postawiła poprzeczkę straszenia niebotycznie wysoko (co, swoją drogą, udało się powtórzyć przy okazji sequelu na PS2), przytłaczając gracza atmosferą osaczenia i samotności. Postaci, które napotykamy po drodze są tylko na chwilę i mimo, że od ich losu zależy jedno z sześciu zakończeń gry, nie pomagają nam one w walce, rozwiązywaniu zagadek czy eksploracji terenu. Jesteśmy więc tylko my i cisza, wszechogarniająca cisza przerywana czasami złowrogim ambientem i odgłosami radia, które sygnalizuje nam obecność potworów.
No właśnie, seria wprowadziła charakterystyczne dla siebie elementy, czyli radio i latarkę, nieodłącznych towarzyszy bohaterów poszczególnych gier. Radio sygnalizuje nam, że w pobliżu czają się stwory, a im głośniejsze trzaski, tym bliżej naszego bohatera czaiło się monstrum. Inną cechą charakteryzującą Silent Hill jest jego bardzo bogata symbolika. Żaden z protagonistów nie znajduje się w miasteczku przez przypadek, ponieważ Silent Hill to rodzaj czyśćca, w którym trzeba odbyć karę, żeby odkupić swoje winy. Każdy z potworów jest symbolem, odzwierciedleniem strachów, przeszłych czynów czy wyobrażeń na dany temat. Ikoną serii jest Piramidogłowy, będący w drugiej części sędzią i katem James'a, bohatera gry, który "w akcie łaski" pozbawia życia swoją chorą i cierpiącą żonę. Sama świadomość tego, że potwór, którego napotkamy, może być czyimś strachem (np. pielęgniarki w SH1 będące symbolem strachu Alessy, alter ego Cheryl/Heather, przed nimi), jest wystarczająco przerażający. Przez ciszę i ambient Konami stworzyło niepowtarzalne uczucie osamotnienia i beznadziei. Wreszcie, historia w grze opowiedziana jest w sposób mistrzowski, z punktem kulminacyjnym i finałową walką toczonymi u szczytu emocji.
W ciemnym pokoju ze słuchawkami na uszach (no bo jak inaczej grać w/oglądać horrory) gra jest przerażająca, ale jednocześnie przyciąga do ekranu z każdą mijającą minutą. Zagadki, których w Silent Hill nie brakuje, są przemyślane i niejednokrotnie bardzo trudne, wymagające niekiedy znajomości literatury. Czy potrzeba więc lepszej zachęty do zapoznania się z tytułem? Cóż, gra ma już 15 lat i ciągle nie doczekała się reedycji w HD, co niektórych może razić, zwłaszcza graczy wychowanych w erze gier, które częściej tylko ładnie wyglądają (patrzę na Ciebie, Homecoming). Dziwi to, zwłaszcza że druga i trzecia część ma swoje wydanie HD. Niemniej jednak polecam, jest to kamień milowy w dziedzinie wirtualnego straszenia i doskonała propozycja na zimowe noce, w których czaić się może cokolwiek...
sobota, 11 stycznia 2014
"Nosferatu- Symfonia grozy" ("Nosferatu, eine Symphonie des Grauens"), 1922, reż. F.W.Murnau
Uwielbiam wampiry. Napisałem już to, przy okazji recenzji "Stake Land" (tekst TUTAJ), ciekawego filmu, prezentującego wampiry z dzikiej strony, ukazujące je jako plagę. Istot tych nie stworzono jednak z taką myślą. Od początku ich istnienia w literaturze szły raczej ku romantyzmowi, trapione klątwą nieśmiertelności dusze, spragnione ludzkiej krwi. Z pewnością Bram Stoker, twórca najsłynniejszego wampira w historii, nie mógł przewidzieć, że jego kreacja stanie się tak popularna i trafi w końcu na srebrny ekran. Wszyscy znamy "Drakulę" z 1931 roku z fenomenalnym Belą Lugosim w roli tytułowej. Dystyngowany, tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny wampir doskonale wpisuje się w charakterystykę, jaką stworzył Stoker. 9 lat wcześniej powstał jednak obraz, który śmiało może patrzeć z góry na "Drakulę", "Nosferatu- Symfonia grozy"
Friedrich Wilhelm Murnau niewątpliwie był wizjonerem. Dał początek i wyznaczył ramy eksprezjonizmu niemieckiego, bardzo ważnego kierunku w horrorze, który to będzie inspiracją dla reżyserów przez najbliższe dziesięciolecia. Styl został stworzony dla ludzi, którzy w czasie kryzysu gospodarczego ówczesnych Niemiec szukali uwolnienia od czarnych myśli. Ekspresjonizm niemiecki to mieszanina powykręcanych kształtów, gra cieni, nastrój z pogranicza snu i jawy. Przez kilka lat styl ten dominował w kinie i mocno ukształtował pozycję horroru w kinematografii. Najbardziej zasłużonymi reżyserami owej ery byli Fritz Lang, Robert Wiene i wspomniany Murnau. Sama osoba reżysera jest interesująca, nakręcił ponad 50 filmów, z czego połowa zaginęła lub została zniszczona (jak w przypadku tego filmu, o czym za chwilę), te które się zachowały są znaczącymi obrazami. Osobiście miałem przyjemność obejrzeć "Fausta" z 1926 roku i muszę przyznać, że robi niesamowite wrażenie. Niestety Murnau zmarł w dość młodym wieku 43 lat w wypadku samochodowym, jestem ciekaw, jak mogłyby wyglądać jego filmy dźwiękowe. Dość dygresji, czym jest "Nosferatu- Symfonia grozy"?
Jeśli jest ktoś, kto nie wie, o czym jest film, to jest to adaptacja dzieła Brama Stokera stworzonego pod koniec XIX wieku. Ze względu na brak praw autorskich Murnau musiał na szybko (ponieważ, gdy dotarły do niego wieści o braku zgody Stokera na adaptację, reżyser już zaczął kręcić film) zmienić nazwiska i lokacje w swoim obrazie. I tak Drakula stał się hrabią Orlokiem, Jonathan Harker zmienił się w Huttera, Mina zaś stała się Ellen (lub Niną w zależności od wersji filmu), zmieniono wiktoriański Londyn na uliczki Wismaru i Lubeki. Fabuła jednak pozostała niezmieniona, młody Hutter zostaje wysłany do zamku Orloka w celu dobicia sprzedaży odosobnionego domu w Wisbourgu dla hrabiego. Podczas podróży zauważa niespokojne zachowanie mieszkańców Transylwanii, lecz mimo to ignoruje ich prośby o trzymanie się z daleka od zamku i dociera do celu, sprzedaje dom zauważając nietypowe zachowanie hrabiego. Gdy domyśla się, że Orlok może być wampirem, ten więzi Huttera w zamku i podróżuje do Wisbourga w celu zdobycia żony przedsiębiorcy, Ellen, której zdjęcie zauważył w medalionie Huttera i momentalnie się zakochał, rozpoznając w osobie Ellen swoją dawną miłość.
Nie da się uniknąć porównań z "Drakulą" powstałym 9 lat później. Obaj bohaterowie mają podobną motywację do swoich działań, zakochują się w kobiecie i pragną ją zdobyć. Jednak podczas gdy Lugosi był znacznie bardziej subtelny przez swój wygląd i styl, Max Schreck, aktor grający Orloka, jest na przeciwległym biegunie, jego postać od początku budzi strach (nie bez przyczyny słowo "schreck" tłumaczy się jako "strach", genialny zabieg marketingowy) i muszę przyznać, że to w jaki sposób gra Schreck wyzwala znacznie więcej przerażenia niż kreacja Lugosiego. Dużą zasługę ma w tym sam reżyser, umiejętnie wykorzystując grę cieni i aktora (ciekawostką jest to, że w całym filmie tylko raz widziano jak Schreck mrugnął powiekami... podobno miał też być rzeczywistym wampirem, wzbudzał strach w ekipie filmowej, co pokazano w filmie "Cień Wampira" z Johnem Malkovichem i Williamem Dafoe, obrazie własnie o "Nosferatu- Symfonia Grozy") stworzył ten hipnotycznie przyciągający spektakl. Pomaga również fakt, że żadna scena nie była kręcona w studiu, tylko w rzeczywiście istniejących lokacjach, co pomaga stworzyć wrażenie realizmu.
A jak film trzyma się po tylu latach? Rzecz jasna trzeba wziąć pod uwagę, że ponad 90-letni obraz będzie posiadał wszystkie wady i zalety filmów bez dźwięku. Zestarzał się jednak z godnością, nadal potrafi wywołać mały dreszczyk (szczególnie w słynnej scenie powstawania z trumny podczas podróży statkiem) i jest jednym z tych filmów, które znać trzeba, żeby poznać i zrozumieć historię filmu oraz jakie trendy wyznaczały kierunek jego rozwoju. Mam oczywiście świadomość, że współczesny widz może nie wysiedzieć przez 90 minut obrazu, w którym postaci nie słychać, muzyka jest niekiedy zbyt donośna, a obraz jest czarno-biały, dla mnie jednak jest to znikomy problem, ponieważ mamy do czynienia z klasyczną pozycją kina grozy, produkcją, która na stałe weszła do panteonu najlepszych horrorów w historii, a przede wszystkim filmem, który nadal jest ciekawy i potrafi wciągnąć. Polecam więc zapoznać się z tym dziełem jednego z najlepszych i najbardziej wpływowych reżyserów w historii, żeby zobaczyć jak straszono kiedyś.
niedziela, 29 grudnia 2013
"Naznaczony" ("Insidious"), 2010, reż. James Wan
Głównym powodem, dla którego piszę ten tekst, jest niesamowity hype (zjawisko hype występuje wtedy, kiedy widownia niesamowicie nakręca się na dowolne medium, w tym przypadku film) spowodowany premierą "Naznaczonego 2". Absolutnie każdy, z kim miałem okazję rozmawiać i kto widział trailer tego filmu, ekscytował się tym, że ten horror będzie absolutnym hitem. Natomiast większość osób pytana o to, czy obejrzała część pierwszą, przecząco kiwała głową. Nie oglądałem zwiastuna, ale tylko dlatego, że nie oglądam ich w ogóle, nie lubię ich, stanowczo za dużo obiecują dając zdecydowanie za mało w końcowym rozrachunku. Normalnie nie obejrzałbym również filmu, nie lubię historii o nawiedzeniach i egzorcyzmach (patrzę na Ciebie, "Obecność"), poza tym wydaje mi się, że obecnie mamy ich przesyt i stają się one nudne (normalna oznaka czasów, weźmy lata 80. czy czasy obecne i horror azjatycki). Pozytywne wrażenie wywarł na mnie "Sinister", który jako jeden z niewielu nowych filmów potrafi nastraszyć.
Film opowiada o małżeństwie, Renai i Joshu Lambertach (odpowiednio Rose Byrne i Patrick Wilson), którzy razem z trójką dzieci (Daltonem, Fosterem i malutką Cali) wprowadzają się do nowego domu. Podczas eksploracji strychu Dalton spada z drabiny i uderza się w głowę. Następnego ranka okazuje się, że chłopiec zapadł w śpiączkę, natomiast lekarze nie mają pojęcia co z tym zrobić. Niedługo potem Renai jest świadkiem aktywności paranormalnej w domu (dziwne hałasy, tajemnicze postaci w oknach), czemu Josh nie daje wiary. Ostatecznie małżeństwo zaprasza medium, starą przyjaciółkę matki Josha, aby sprawdziła co się dzieje. To, co odkryje Elise, zmieni życie Lambertów w koszmar...
Więcej trzeba zobaczyć samemu, aczkolwiek nie ma co liczyć na sensacyjny zwrot akcji, fabuła nie odbiega prawie niczym od standardowych rozwiązań historii o nawiedzeniach, nieco nowym jest może to, że Josh odbiega od schematu przestraszonego rodzica zdanego na łaskę mediów, egzorcystów czy kogokolwiek związanego z tematem. I na tym powiewy świeżości się kończą, reszta to już schemat: sielankowy początek, początkowe nawiedzenia, intensyfikacja, medium zewnętrzne, koniec. Niech mi ktokolwiek z ręką na sercu powie, że nigdy czegoś takiego nie widział np. w "Egzorcyście" czy we wspomnianej "Obecności". Nie jest jednak złym korzystanie z utartych schematów, gorzej, jeśli nie potrafi się ich wykorzystać na swoją korzyść. James Wan niewątpliwie posiada talent do pisania historii (scenariusze do "Piły" oraz "Piły 3" doskonale to potwierdzają, ale zarówno "Martwa Cisza" jak i "Naznaczony" pokazują, że za kamerą Wan niespecjalnie wie, co robić. Podręcznik opanował na piątkę, oba te filmy cechuje przywiązanie do schematów konstrukcyjnych dla historii o duchach, jednak, żeby przestraszyć, zwłaszcza dzisiejszego widza, trzeba czegoś więcej.
I to jest główną wadą tej produkcji. Poza tym większość rzeczy jest na prawdę w porządku, można powiedzieć, że jest to podręcznikowo napisany horror, napięcie budowane jest nieźle, postaci da się lubić (choć szkoda, że pozostała dwójka rodzeństwa odgrywa tak znikomą rolę), a i zakończenie z motywem Wędrowca jest zrobione przyzwoicie i to tanim kosztem (budżet całego filmu wyniósł ok. 1,5 mln dolarów). Co do samego zakończenia, to w końcu ktoś ma odwagę, żeby skończyć swój film cliffhangerem, no ale gdy za kamerą zasiada mistrz tego typu końcówek ("Piła", ktokolwiek?), nie ma się co dziwić.
Ogólnie rzecz ujmując, "Naznaczony" z pewnością nie zasługuje na miano hitu, nie potrafi wzbić się ponad wyżyny przeciętności, całość ratuje zakończenie i nadzieja na lepszą kontynuację (co, czytując recenzje w sieci, może się nie wydarzyć). Nie skreślałbym jednak tego filmu, dajcie mu szansę i oceńcie sami. Średniak
sobota, 28 grudnia 2013
"Stitches" (2012), reż. Conor McMahon
Brytyjskie gore miałem okazję gościć przy okazji recenzji "Inbred" (TUTAJ). W tamtym filmie zręcznie zmieszano brutalną przemoc z niesamowitym brytyjskim humorem. Niedawno w moje ręce trafił kolejny obraz z tego nurtu, "Stitches", w którym główną rolę gra brytyjski komik, Ross Noble. Z reguły nie jestem dobrze nastawiony do filmów kręconych przez komików, ponieważ myślą oni, że jeżeli w stand-upie im wychodzi, to przecież nie ma nic prostszego niż przeniesienie tego humoru na taśmę filmową. Cóż, klapy "Rovera Dangerfielda" oraz większości filmów z Robinem Williamsem pokazują, że nie jest to takie proste, jak by mogło się z początku wydawać. Nurkując w czarną komedię z elementami gore Ross Noble postawił poprzeczkę jeszcze wyżej, ponieważ jego zadaniem było rozbawić publiczność pokazując jednocześnie brutalność mordercy, w dodatku przebranego za klauna. I muszę przyznać, udało mu się.
Stitches jest klaunem zarabiającym na alkohol i narkotyki poprzez zabawianie dzieci na przyjęciach urodzinowych. Powiedzieć, że nie lubi swojej pracy, byłoby zbyt delikatne, dlatego właśnie wykonuje swoją pracę na tyle niechlujnie, na ile tylko da radę. Nie podoba się to dzieciom na urodzinach Toma (Tommy Knight), czemu dają wyraz wycinając klaunowi różne psikusy. Jeden z nich kończy się tragicznie, klaun ginie (w okolicznościach niezwykle groteskowych i przezabawnych jednocześnie), przez co Tom panicznie boi się klaunów. Lata później, gdy Tom przełamuje strach i wyprawia urodzinową imprezę, Stitches powraca do życia, żeby mścić się na tych, którzy przyczynili się do jego śmierci...
Gore przybiera różne formy, od początku jego istnienia ten odłam horroru był traktowany jako próba przełamania pewnych tabu panujących w kinie lub jako nowa forma pokazania przemocy, która w kinie, a zwłaszcza w horrorze, była obecna od zawsze. Połączenie tego z komedią ma dwojaki cel: z jednej strony złagodzenie strachu poprzez śmiech, ale warto też zauważyć, że gdy śmiejemy się oglądając przemoc w jakiejkolwiek formie, zaczyna to wywoływać w nas pewien dyskomfort, poczucie, że coś tu jest nie tak. W "Stitches" idziemy pierwszą ścieżką, przyczyna wszelakich zachowań jest absurdalna, klaun powracający do życia, żeby się mścić. W końcu niewielu jest na świecie ludzi, którzy baliby się tych wesołych, wiecznie nas rozbawiających osobników (no, chyba, że przeczytali "To" Kinga), stąd też dziwnie patrzy się na klauna mordującego nastolatków. Jednocześnie film doskonale wpisuje się w formułę slasherów, stereotypowi do bólu nastolatkowie na imprezie, zemsta zza grobu (Piątek Trzynastego, Koszmar z Ulicy Wiązów), seks, alkohol itd. itp. Na szczęście film nie próbuje czarować wymyślnymi środkami artystycznymi, od początku jest śmiesznie, brutalnie, tak po brytyjsku. Sceny morderstw są groteskowe, wystarczy przytoczyć jedną, podczas której Stitches pokazuje wariację sztuczki z wyciąganiem królika z kapelusza zamieniając ów kapelusz na... przełyk jednego z nastolatków. Nie byłoby w tym może nic zabawnego, na szczęście sytuację ratują komentarze klauna, przydaje się tu doświadczenie sceniczne Noble'a ("You must have hair (w wymowie hare- zając) in your throat" jest doskonałym przykładem humoru w filmie).
Nie warto wspominać o oczywistych wadach filmu, najdziwniejszy jest dla mnie cały ten kult klaunów, którzy przechowują dusze (?) swoich towarzyszy w jajkach. Ogółem obraz wygląda nieźle, dialogi są typowe dla slasherów, ale w tego typu filmie to akurat jakoś uchodzi. Polecam "Stitches" każdemu, kto szuka odskoczni od mainstreamowego kina i jednocześnie chce się dobrze bawić, patrząc jak klaun-morderca wyrywa komuś wnętrzności, jakkolwiek by to nie brzmiało.
Polecam
Subskrybuj:
Posty (Atom)









.jpg)





.jpg)
