Czwarty sezon American Horror Story mógł być dobry. Miał do tego jak najlepsze podstawy, motyw "gabinetu osobliwości" jest wykorzystywany stosunkowo rzadko, a żeby miał on jakieś znaczenie dla kinematografii, to chyba tylko "Freaks" z 1932 roku zaznaczyły mocno obecność tego tematu (choć powiedziałbym, że to bardziej ze względu na czasy, w jakich ukazał się film, społeczeństwo nie było "przystosowane" do człowieka nieidealnego). Nie da się więc nie zobaczyć potencjału jaki konsekwentnie marnuje się nie tylko w tym konkretnym sezonie, ale i w całym serialu. Jednocześnie czwarty sezon jest nieznośny, ponieważ nie pozwala o sobie jakoś specjalnie pamiętać, co czyni moją pracę jeszcze trudniejszą. Ale czy nie da się go w ogóle lubić? Da się, ale od początku. Po tym, jak ich matka zostaje zamordowana, bliźniaczki syjamskie Bette and Dot (Sarah Paulson) trafiają pod opiekę borykającej się z przeróżnymi problemami Elsy Mars (Jessica Lange, dzięki niebiosom), właścicielki cyrku z dziwolągami. Wśród nich Ethel Darling (Kathy Bates), kobieta z wąsem, jej syn, Jimmy Darling (Evan Peters), czyli chłopiec z rękoma homara, Pepper (Naomi Grossman) i inni członkowie grupy. Z czasem przybywają inni (ba, w jednym z ostatnich odcinków pojawia się Neil Patrick Harris, jako brzuchomówca), każdego jednak łączy zarówno pewna deformacja, fizyczna bądź psychiczna. Bliźniaczki szybko stają się główną atrakcją przedstawienia, szybko również przekonują się, jak blisko ze sobą jest cała grupa (jeden za wszystkich, wszyscy za jednego). Później do wszystkiego wmieszają się ambicje Elsy, której marzeniem jest zostanie gwiazdą telewizyjną i wykorzysta każdą nadarzającą się okazję, za wszelką cenę... Poza cyrkiem obserwujemy losy Dandiego (Finn Witrock), rozpieszczonego bogacza, który musi mieć to czego zażąda, inaczej gotów jest na najbardziej zajadłą awanturę. Jego matka, Gloria Mott (Frances Conroy), ze wszystkich sił stara się spełniać zachcianki syna, w końcu kocha go ponad wszystko. W tym wszystkim zdaje się ignorować niestabilność psychiczną chłopaka, co może niedługo się zemścić...
Witaj, klaunie Twisty! Ten pan powyżej jest w moim odczuciu drugą gwiazdą pierwszej części sezonu, cichy morderca, zdecydowanie chory psychicznie, z jedną jedyną misją, zabijać, jednocześnie zabawiając (wiem, jak to brzmi, ale wbrew pozorom ma to sens). Szczerze mówiąc to jego poczynania interesowały mnie bardziej, niż perypetie mieszkańców cyrku. Nie to, żeby nic się nie działo, po prostu nie jest to na tyle interesujące, żebym zachodził w głowę co wydarzy się dalej. Jedyny wyjątek stanowi tutaj Elsa. Jessica Lange znowu dokonała cudu, jej kreacja jest fenomenalna, po raz kolejny ukazująca wachlarz emocji, którym dysponuje aktorka. Raz ciepła, niezwykle troskliwa i murem stająca za swoimi dziećmi, z drugiej strony zimna manipulatorka, która gotowa jest na absolutnie wszystko dla kariery. Zdecydowanie czuje się niedoceniana, co pokazują sceny jej występów. Te momenty, w których serial się zatrzymuje, żeby dać nam czas na oddech, jednocześnie przytłaczając nas surrealistyczną atmosferą, która panuje podczas tych numerów, jest tym za co lubię American Horror Story. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć te właśnie momenty, w których czułem się tak oczarowany, a jednocześnie zaniepokojony. No, przynajmniej do momentu jak Dandy'emu odbija szajba. Nie chcę zdradzać dlaczego i do czego to prowadzi, ale muszę powiedzieć, że Finn Witrock wykonał tu kawał świetnej roboty, portretując absolutnego świra, którego nie powstrzyma nic, który musi mieć, to czego sobie zapragnie, za wszelką cenę. Rewelacyjna robota. Bardzo dobrą robotę wykonują tu scenografowie, co stało się znakiem towarowym AHS. Zarówno cyrk, jego okolice, jak i domostwo rodziny Mottów robią wrażenie, a gdy zaczynamy pojmować, że nie wszystko jest tak sielankowe, jak by się wydawało, gdzieś z tyłu głowy pojawia się taki nieprzyjemny niepokój, który bardzo sobie cenię oglądając cokolwiek związanego z grozą. Eh, jak zawsze, nic nie może wiecznie trwać. Czas ponarzekać, a pierwsze na co zwrócę uwagę, co już zdążyłem nadmienić, jest niezwykle zmarnowany potencjał. Freak Show z samego założenia mógł nie stać się przeciętną operą mydlaną (może z delikatnym wątkiem kryminalnym), jednak druga część sezonu wali się na łeb na szyję. Nie wiem, czemu tak jest, co scenariusz, to wciąga, fascynuje, intryguje, a potem gdzieś się to wszystko sypie. Tak też jest teraz, a pod koniec nawet nie chciało mi się już oglądać, jest słabo, nie zostaje nam odpłacony czas, który poświęciliśmy cyrkowi Elsy Mars. I jakkolwiek znakomita Jessica Lange nie uratowała tego sezonu, choć jej wątek akurat ma ciekawy finał, więc w mojej głowie powstało pytanie: "Czemu nie skupiliśmy się wyłącznie na niej?". Czas pokazuje, że pozostałe postaci nie mają aż takiego wpływu na fabułę. To Elsa jest motorem napędowym, reszta przy niej blednie. Nawet Dandy popada w marazm, kończąc swoją historię w bardzo słaby sposób (rozumiem tutaj niestabilność emocjonalną, no ale proszę...). Ciężko mi polecić czwarty sezon American Horror Story. O ile dla Jessici Lange warto i to zdecydowanie, to nie jestem pewien, czy warto poświęcać się tak dla reszty. Choć w sumie zobaczcie pana Witrocka, który powraca w piątym sezonie, a w czwartym jest drugą wybijającą się postacią. Koniec końców, Freak Show pozostawia poczucie niedosytu, ciekawe fundamenty zostają zwieńczone paskudnym dachem, no ale "Asylum" już nie powtórzymy...czwartek, 14 stycznia 2016
czwartek, 7 stycznia 2016
"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon trzeci: "Sabat" ("Coven")
"Mieszane uczucia". Gdybym miał określić w dwóch słowach każdy sezon American Horror Story, byłyby to właśnie te złowieszcze dla fana filmu słowa. Bo jakże dziwne jest jednoczesne radowanie się zawiłościami scenariusza, kunsztem aktorów czy różnorodnością scenografii oraz szczera nienawiść do postaci (niektórych, o tym za chwilę), łapanie się za głowę przy okazji co raz częstszych wpadek w opowiadanej historii czy spłycaniu niektórych uczestników serialu do roli bezmyślnych monstrów (eh...). Trzeci sezon "AHS" jest chyba jedynym, którego ocenę w skali szkolnej można by scharakteryzować jako "mocne 3, z zadatkami na 4", ni mniej ni więcej. Ale do rzeczy, o czym opowiada Sabat? Zoe (Taissa Farmiga) odkrywa w sobie mroczne moce... hm, jej mroczną mocą jest wywołanie krwotoku mózgu u każdego mężczyzny, z którym uprawia seks... well, shit.. nie zrozumcie mnie źle, pojmuje, że nie każda wiedźma musi mieszać w kotle czy mieć, powiedzmy, moce telekinetyczne, ale do ciężkiej cholery, krwotok w mózgu? Serio? Niby wpisuje to się niejako w figurę sukkuba, ale uwierzcie mi, gdy poznacie Zoe i to jak nijaką jest postacią, można by przysiąść, że moce jej są zupełnie niepotrzebne, tak jak ona sama. Niedawno wspomniałem o szczerej nienawiści i właśnie tutaj ujawnia się ona u mnie najbardziej, nie znoszę gdy na ekranie pałętają mi się postaci, których równie dobrze mogłoby w serialu nie być i nic, absolutnie nic złego by się nie stało. Ale wrócę jeszcze do naszej małej Sabriny po przejściach, spokojnie. Na swojej drodze Zoe spotyka Madison (Emma Roberts), byłą dziecięcą gwiazdę filmową, obecnie narkomankę na odwyku, która posiada zdolności telekinetyczne. Madison prowadzi nasze biedne, przestraszone dziewczę do Akademii Pani Robichaux dla młodych czarownic. Tam też okazuje się, że czarownice te są potomkami kobiet z Salem, które jakoś przetrwały czasy palenia na stosie i teraz w ukryciu rozwijają swoje zdolności... w jakimś celu. Serio, nie załapałem, dlaczego, oprócz oczywiście ochrony spuścizny czarownic z Salem, ta akademia w ogóle istnieje. Na miejscu Zoe spotyka Quinie (Gabourey Sidibe), która jest żywą laleczką voodoo tzn. potrafi skoncentrować się na celu, następnie zadać samej sobie nawet najbardziej poważną ranę (w jednym z odcinków wsadza rękę do kwasu), która przenosi się na dany cel. Poznaje również Nan (Jamie Brewer), która potrafi czytać w myślach. Akademii przewodzi Cordelia Foxx (Sarah Paulson), będąca alchemiczką, jej zaś przełożoną i tzw. Wielebną, tj. szefową wszystkich czarownic jest Fiona Goode (Jessica Lange). Nad bezpieczeństwem Akademii czuwa Rada Czarownic, z Myrtle Snow (Frances Conroy) na czele. Jednakże wrogowie Sabatu czają się tuż za rogiem, gotowi za wszelką cenę położyć kres stowarzyszeniu, płacąc nawet krwią... Dodajmy do tego sam niezwykle ciekawy wątek pani Robicheaux i dostajemy całkiem zmyślną mieszankę, prawda?
Moja miłość do American Horror Story jest bardzo trudna. Na początku jest cudownie, ona jest tajemnicza, pociągająca, owszem ma jedną irytującą wadę, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo chwile, które razem spędzamy są tego warte. Jessica Lange jako Fiona jest wspaniała, po raz pierwszy poczułem, że postać kradnie cały sezon i nie miałem jej tego za złe. Nieznośna, opryskliwa, jednocześnie pragnąca uczucia i mimo wszystko kochająca swoją córkę, te wszystkie właściwości swojej postaci pani Lange przeniosła na ekran perfekcyjnie. Mało która postać potrafi utrzymać formę przez cały sezon, Fiona została pomyślana, napisana i zagrana doskonale. Wygląda na to, że rozpływam się nad odtwórczynią tej roli, ale nie mogę się powstrzymać, gdy widzę co wyprawia ta aktorka, nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu, jest tak dobrze. Relacje Fiony z jej głównym wrogiem, przywódczynią kultu voodoo i jego główną szamanką, Marie Laveau (Angela Bassett) są elektryzujące (co ma sens, rozejm między szamanami a czarownicami od dawna wisi na włosku) i jednocześnie intrygujące, natychmiast chcemy wiedzieć więcej. Tak też polecam oglądać serial, po dwa, nawet trzy odcinki w jednym posiedzeniu, czekanie tydzień na nowy epizod jest nieznośne. Ale do rzeczy, mamy czarownice, voodoo, zagrożenie ze strony łowców czarownic (wątek dość pobieżnie potraktowany w sezonie, całe szczęście)... i w to wszystko znowu miesza się Zoe. Otóz na jednej z imprez studenckich poznaje Kyle'a (Evan Peters), który wydaje się lubić naszą młodą Hermionę. Wszystko bierze w łeb, kiedy Madison w akcie zemsty (nie będzie spoilowaniem, gdy powiem, że Madison została odurzona i wykorzystana seksualnie na tej samej imprezie), zabija autobus drużyny footballowej, w którym znajduje się Kyle. Zrozpaczona dziewczyna w raz z Madison znajduje jednak sposób na ożywienie swojej miłości, bezczelnie zrzynając wątek potwora dr. Frankensteina... i robiąc to na dodatek w sposób, który wywołuje u mnie mdłości. O ile samo ożywienie wygląda dość klasycznie, Kyle powstaje z umarłych jako bezmyślne zombie, jednak pomysłowa Madison postanawia zabawić się uczuciami Zoe zabawiając się z Kylem. Samej Zoe za chwilę poświęcę osobny akapit, jednak zatrzymajmy się na chwilę i uczcijmy minutą ciszy pamięć Evana Petersa, genialnego w pierwszym i świetnego w drugim sezonie, bo tym razem zdecydowanie mu nie wyszło. Nie wiem, czy nie przeczytał scenariusza, czy zobowiązał go do tego kontrakt, ale Kyle Spencer nie jest w moim odczuciu pełnoprawną postacią. Jasne, powolna tresura w końcu przynosi efekt (gdzieś na koniec sezonu), ale odnoszę wrażenie, że zmarnowano tutaj olbrzymi potencjał Evana. Całe szczęście, że w piątym sezonie powrócił w glorii i chwale. Słówko warto także poświęcić Misty Day (Lily Rabe). Z nią tez mam drobny problem, ponieważ wydaje mi się, że jest to postać z doskoku tzn. gdyby jej nie było, to źle by się nie stało, ale fajnie że jest. Łagodna i nieco naiwna, ale w odpowiednich momentach niepokojąco niebezpieczna, niemal idealna do Sabatu. Nie mogę Wam jednak zdradzić, dlaczego uważam to za kolejny przykład marnotrawienia dobrego aktora, ponieważ ma to wpływ na wydarzenia późniejszych epizodów. Zoe Benson, nie znoszę Cię. Pomyślisz sobie pewnie, że jesteś ufna i przez to naiwna, gdy prawda jest taka, że jesteś zwyczajnie głupia, nie potrafisz używać nawet tak niecodziennej mocy, Twój "związek" z Kylem nie jest oparty na NICZYM poza kilkoma spotkaniami, nie jesteś szekspirowską Julią, choć w sumie mogłabyś być, miałbym spokój i może nie musiałbym poświęcać Ci całego akapitu. Twoja postawa nie zna odcieni szarości, jest tylko czarne (złe) i białe (dobre), choć gdyby się zastanowić to Twoja główka przetwarza tylko białe. Gdy prawie się Ciebie pozbyłem, to nagle okazałaś się "przydatna", co jeszcze bardziej mnie wkurzyło (swoją drogą, kaktus w nie-powiem-co scenarzystom za TO posunięcie). Nie ma w Tobie nic, co uczyniłoby Cię postacią chociażby znośną i fakt, że fabuła sezonu trochę kręci się wokół Twoich przygód przyprawia mnie o nerwicę. Uff, wystarczy. A nie, wróć, nie wspomniałem o fabule, choć postaram się nie przedłużać. W pewnym momencie, mam wrażenie, że gdzieś w środku sezonu American HORROR Story zaczęło zamieniać się w operę mydlaną. Spiski, zdrady, relacje rodzinne, miłostki (te świeżo odnalezione czy te, których nie pokona nawet Śmierć).. nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zrezygnowano tu z atmosfery horroru na rzecz dramatu. Czasem mamy jakieś przebudzenie, najczęściej w postaci Fiony Goode, ale potem gdzieś się to ulatnia i zostajemy z kolejną dramą czy, o zgrozo, z Zoe. I tu własnie skończyła się moja miłość do AHS, przynajmniej sezonu trzeciego. Nie jest to co prawda poziom "Freak Show", ale niesmak pozostaje. Swoją drogą, finał sezonu też mi się nie podoba, jest zbyt pozytywny, jak gdyby żadne problemy na świecie już nie istniały. I nie, to nie spoiler, ciągle warto obejrzeć "Sabat", choćby dla Jessici Lange czy Frances Conroy i Lily Rabe. Sarah Paulson również budzi mieszane uczucia, nie sposób jej nie lubić, ale chciałoby się czasami, żeby zakasała rękawy i w końcu wzięła się do roboty. Tak czy inaczej, sporo ponarzekałem tym razem, lecz ciągle uważam, że American Horror Story: Coven jest dobrym sezonem. Nie tak dobrym jak sezon drugi, lecz na tyle wciągającym, żeby trochę zatracić się w świecie czarownic. Dotykają go te same problemy co sezon pierwszy i końcówka drugiego, ale ma w sobie tyle unikatowej zawartości, że pozostawi widza z uczuciem zadowolenia. Polecam.niedziela, 13 grudnia 2015
"American Horror Story" (2011-), reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon drugi, "Asylum"
Całe szczęście, że pierwszy sezon "American Horror Story" okazał się sukcesem. Inaczej nie otrzymalibyśmy "Asylum", czyli bez wątpienia najlepszego sezonu tego uznanego serialu. Z "AHS" jest jednak jak z piwem w puszce, wszystko jest w porządku aż do ostatnich łyków, gdy w gardło wlewa nam się substancja, którą litościwie nazywamy spirytusem. Z tym serialem jest podobnie, pierwsze odcinki przynoszą zachwyt, zainteresowanie, a potem raczą nas kaszaną lotów najniższych. Jak to jest w drugim sezonie? Zapraszam i jednocześnie ostrzegam, iż mimo, że postaram się unikać spoilerów, to nie mogę nic obiecać, dla dobra tekstu i pełnego zrozumienia sprawy.
Pierwsze cztery odcinki tak na prawdę służą wprowadzeniu postaci, zawiązaniu akcji i pokazaniu nam scenerii. Cholernie niepokojącej i zachodzącej za skórę scenerii. Któż bowiem śmie wątpić, że szpital psychiatryczny (rzecz jasna w odpowiednich rękach) to najlepsze miejsce na film/serial grozy? Każdy zakątek to mroczna otchłań, nigdy nie wiadomo co jest prawdziwe, a co jedynie gra w naszej wyobraźni, czy morderca z siekierą w dłoni nie jest tak na prawdę lekarzem z kartą pacjenta w ręku. Jednocześnie każdy pacjent to osobna historia, nie zawsze tak prosta, jak "no wziął i zwariował", czasem jest dużo ciekawej (oczywiście z perspektywy miłośnika grozy). I tak jest tym razem, do szpitala trafiają odpowiednio: młody człowiek, który zostaje uznany za szalonego i winnego morderstwa swojej żony, nikt nie wierzy jego teorii o porwaniu przez obcych (w tej roli znany z poprzedniego sezonu Evan Peters); reporterka, która za wszelką cenę pragnie dotrzeć do odkrycia prawdy na temat młodzieńca (Sarah Paulson); pacjentka podająca się za Annę Frank, która pragnie raz na zawsze zdemaskować doktora Adlera (James Cromwell). A skoro jesteśmy przy pracownikach zakładu, zacznijmy od tej jedynej, bez której ten sezon nie miałby tego pazura, unikatowej siostry Jude (w tej roli znakomita i niezastąpiona Jessica Lange). Demoniczna i bezwzględna, w pewnym momencie jednak zagubiona, bezbronna i skazana na pomoc swoich wrogów, czyli pacjentów. Już teraz napiszę, że Jessica Lange jest wspaniała na każdym z tych biegunów aktorskich. Mało jest postaci filmowych, które można pokochać za bycie tak złymi osobami, jednocześnie których w pewnym momencie robi się nam po prostu szkoda. Genialna kreacja, dorównana może tylko w trzecim sezonie, o którym niedługo. Mamy także księdza Timothy'ego Howarda, który od początku wydaje się być przytłoczony czyimś wpływem i niejedno ma i będzie miał na sumieniu. Jest również wspomniany doktor Arden, lekarz, który na boku prowadzi niezwykle "interesującą" praktykę, której pochodzenie pragnie zdemaskować ww. Anna Frank. Początkowe drugie skrzypce gra w szpitalu siostra Mary Eunice McKee, grana przez Lily Rabe. Jej urocze usposobienie oraz wrodzona skromność i uwielbienie dla siostry Jude zmieniają się w połowie sezonu, gdy odwiedza ją pewien gość.. Dość powiedzieć, że gra aktorska stoi tu na okropnie wysokim poziomie. Myślę nawet, że gdyby zestawić wszystkie seriale grozy sezon po sezonie, to właśnie drugi sezon "AHS" wygrałby pod tym względem. Wszystko tutaj iskrzy, chemia między aktorami działa na korzyść widza, który jak w czarną dziurę wpada w tryby machiny fabularnej. Chapeau bas, proszę państwa Moją ulubioną postacią w całym sezonie jest Shachath, grana przez Frances Conroy. shachath oznacza "niszczyć i rujnować", w "Asylum" jest aniołem śmierci, który odsyła ludzi na tamten świat dając im ostatni pocałunek, śmiertelny pocałunek. Niewątpliwie Shachath jest postacią tragiczną i taki nastrój panuje podczas każdej jej obecności na ekranie. Jednocześnie nie sposób nie znaleźć w niej czegoś urzekającego, mistycznego, czegoś co przyciągnie i pozwoli współczuć. Frances Conroy nie pojawia się w "Asylum" zbyt często, za to każde jej wejście zapiera dech w piersiach. Ciągle tylko chwalę i chwalę, no to zapytacie przekornie, "Gdzie ten spirytus?". Proszę bardzo, fabuła nie trzyma się kupy, a ostatnich trzech odcinków nie da się racjonalnie wyjaśnić w żaden sposób, dodam tylko, że historia z Obcymi okazuje się prawdą. Tak było. Eh.. Tak czy inaczej zaczynają wplatać się wątki dramatyczne, bardzo skutecznie rujnujące cały nastrój, przez co końcówka sezonu zamienia się w niestrawną papkę, której nawet wspaniała obsada nie przełknie. I tak na prawdę to wystarczy, żeby zasmakować goryczy. Sezon jest wspaniały, scenografia, muzyka, gra aktorska, wszystko na absolutnie najwyższym poziomie, gdyby tylko panowie Falchuk i Murphy wykazali trochę więcej konsekwencji, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Czy warto polecić "AHS: Asylum"? Oczywiście, nie stracicie czasu poświęconego na ten 13-odcinkowy sezon pełen atmosfery niepokoju, zaszczucia i zagubienia, pewnej dawki beznadziei jak i przypomnieniu, że Śmierć czeka na nas wszystkich. Cierpliwie. Serdecznie polecam.środa, 18 listopada 2015
"American Horror Story" (2011- ) reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon pierwszy, "Murder House"
Trzeba przyznać, że pojęcie "serial grozy" jest wielu fanom gatunku niemal obce, mniej więcej jak "wybitny found footage". Mało jest bowiem takich produkcji, które wciągały w swój świat od pierwszego do ostatniego odcinka, które klimatem oferowało doznania porównywalne do dobrego filmu pełnometrażowego, i to co tydzień. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tytuły takie jak Miasteczko Twin Peaks, Opowieści z krypty, Z Archiwum X (zdaje się mój ulubiony serial, który oglądałem młodym pacholęciem będąc) oraz nieco młodzieżowa Gęsia Skórka. Oczywiście, ktoś może mi podsunąć jeszcze kilka równie dobrych seriali, lecz wyżej wymienione podałem jako te, które najbardziej zapadają w pamięć i przychodzą do głowy jako pierwsze w rozmowach o serialach grozy. Po latach stagnacji nadszedł XXI wiek, a w raz z nim nowa fala seriali, Supernatural, True Blood, Masters of Horror (które jako zbiór nowelek sprawdza się nieźle, odcinki są robione na prawdę przez najlepszych, jednak ich jakość pozostawia czasem sporo do życzenia, o tym kiedy indziej) czy obecnie The Walking Dead. Mnie najbardziej zaciekawił "American Horror Story", serial twórców, którzy niejednokrotnie mieli okazję ze sobą współpracować. Fakt, niekoniecznie w klimatach grozy, choć gdybym miał wypowiadać się o "Glee" (a raczej trzech odcinkach, które widziałem), to faktycznie poziom tego tworu jest przerażający. AHS to niewątpliwie powiew świeżości, ale również ogromny dla mnie problem. Każdy sezon jest tak oryginalny i różnorodny, jednocześnie tak bardzo do siebie podobny, że nie wiedziałem na początku czy napisać jeden, czy też cztery osobne teksty. Postawiłem na drugą opcję, dlatego też w tym miesiącu postaram się o wszystkim powoli i spokojnie opowiedzieć. Tymczasem...
Jesteśmy świadkami opowieści o rodzinie Hammondów. Ben oraz Vivien próbują naprawić swój związek, którego fundamenty zostały mocno naruszone przez mężczyznę. W raz z ich nastoletnią córką Violet przeprowadzają się do starej, lecz świeżo wyremontowanej posiadłości. Niedługo także poznają sąsiadów oraz byłych właścicieli rezydencji, Langdonsów: Constance oraz Tate'a i Adelaide, dzieci kobiety. Wkrótce dom ukazuje swe mroczne sekrety. Jednym z nich jest obecność duchów zmarłych lub zamordowanych w domu. Duchy jednak nie są duszami, które zbłądziły. Każdy z nich czegoś chce i nie każdy ma dobre zamiary... Jednym ze znaków rozpoznawczych serii jest mieszanie w głowie widza, co udaje się niemal perfekcyjnie. Tu twórcy dorzucą wątek, tu nową postać, tu małą retrospekcję, wszystko bardzo fajnie ze sobą współgra. Absolutnie FENOMENALNA jest tu Jessica Lange, absolutna gwiazda AHS. Choć jej talent doceniłem dopiero w drugim sezonie, nazwanym "Asylum" (w mojej opinii najlepszy sezon serialu), to i tutaj jest niesamowita. Pokazując cały wachlarz emocji potrafi swoją grą opowiedzieć o trudnej przeszłości, jej niełatwych relacjach z córką, a także o synu (cały wątek Tate'a jest niezłym synonimem matczynej miłości), który próbuje odnaleźć własną drogę w życiu. No właśnie, Tate, grany przez Evana Petersa (kolejna gwiazda AHS, absolutne czapki z głów), to młodzieniec o, powiedzmy, dość niestabilnej psychice. Dowiadujemy się nieco później, że to on stał za masakrą w swojej szkole średniej oraz że został zastrzelony we własnym domu przez oddział policji. Co więc robi w domu Violet? Tu też dowiadujemy się o tym, że duchy zamordowane w "Domu Morderstw" nie odchodzą na zawsze, nie idą do nieba lub piekła, lecz zostają tu na zawsze. Jak daleko idzie moje uwielbienie dla dwójki wyżej wspomnianych aktorów? Na razie dość powiedzieć, że są niekwestionowanymi gwiazdami w każdym kolejnym sezonie (przyznać trzeba, że Evan jest w trzecim sezonie trochę na marginesie, a pani Lange nie ma w piątym sezonie), to oni przyciągają największą uwagę nawet gdy scenariusz nieco bierze w łeb. O czym mówię? O niekonsekwencji w prowadzeniu historii przez panów Falchuka i Murphy'ego. W "Murder House" w pewnym momencie pojawia się zbyt dużo duchów, każdy czegoś chce i w zasadzie nie wiadomo potem, kto i po co w domu przebywa, celem niektórych jest zemsta, niektórych miłość, a niektórzy po prostu tam są. I to jest główny zarzut w kierunku AHS:MH, po intrygującym początku, wprowadzeniu zamieszania w mojej głowie, zainteresowaniu mnie poczynaniami postaci, dostaję mało strawne i rozczarowujące zakończenie. Skoro więc tak bardzo narzekam na scenariusz, to dlaczego wychwalam ten serial pod niebiosa? Bo warto. Przede wszystkim sceneria jest uroczo niepokojąca tzn. przyciąga, ale niepokoi, zwłaszcza gdy zaczynamy się dowiadywać, co ma miejsce w tym domu. Scenariusz przez większość sezonu także jest bardzo solidny, dopiero pod koniec szala przechyla się na korzyść dramatu i ten motyw niestety dominuje w konkluzji każdej serii. Niestety dla mnie jako fana horroru, spodziewałem się czegoś innego, widać, że twórcy mocno wyhamowali swoją wyobraźnię. Pochwalić należy muzykę, zarówno utwory jak i zwykły ambient mocno działają na psychikę widza, jednocześnie doskonale wpasowując się w wydarzenia na ekranie. Z całego serca polecam zapoznanie się z pierwszym sezonem American Horror Story. Jest to rewelacyjne świadectwo tego, że można nakręcić dobry i trzymający w napięciu serial grozy. Niepokoi tylko zamiłowanie duetu reżyserskiego do dramatu, o czym przy okazji recenzji drugiego sezonu. Tymczasem cieszcie się sezonem pierwszym, bo warto.















