Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2011. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon trzeci: "Sabat" ("Coven")

"Mieszane uczucia". Gdybym miał określić w dwóch słowach każdy sezon American Horror Story, byłyby to właśnie te złowieszcze dla fana filmu słowa. Bo jakże dziwne jest jednoczesne radowanie się zawiłościami scenariusza, kunsztem aktorów czy różnorodnością scenografii oraz szczera nienawiść do postaci (niektórych, o tym za chwilę), łapanie się za głowę przy okazji co raz częstszych wpadek w opowiadanej historii czy spłycaniu niektórych uczestników serialu do roli bezmyślnych monstrów (eh...). Trzeci sezon "AHS" jest chyba jedynym, którego ocenę w skali szkolnej można by scharakteryzować jako "mocne 3, z zadatkami na 4", ni mniej ni więcej. Ale do rzeczy, o czym opowiada Sabat?
Zoe (Taissa Farmiga) odkrywa w sobie mroczne moce... hm, jej mroczną mocą jest wywołanie krwotoku mózgu u każdego mężczyzny, z którym uprawia seks... well, shit.. nie zrozumcie mnie źle, pojmuje, że nie każda wiedźma musi mieszać w kotle czy mieć, powiedzmy, moce telekinetyczne, ale do ciężkiej cholery, krwotok w mózgu? Serio? Niby wpisuje to się niejako w figurę sukkuba, ale uwierzcie mi, gdy poznacie Zoe i to jak nijaką jest postacią, można by przysiąść, że moce jej są zupełnie niepotrzebne, tak jak ona sama. Niedawno wspomniałem o szczerej nienawiści i właśnie tutaj ujawnia się ona u mnie najbardziej, nie znoszę gdy na ekranie pałętają mi się postaci, których równie dobrze mogłoby w serialu nie być i nic, absolutnie nic złego by się nie stało. Ale wrócę jeszcze do naszej małej Sabriny po przejściach, spokojnie.
Na swojej drodze Zoe spotyka Madison (Emma Roberts), byłą dziecięcą gwiazdę filmową, obecnie narkomankę na odwyku, która posiada zdolności telekinetyczne. Madison prowadzi nasze biedne, przestraszone dziewczę do Akademii Pani Robichaux dla młodych czarownic. Tam też okazuje się, że czarownice te są potomkami kobiet z Salem, które jakoś przetrwały czasy palenia na stosie i teraz w ukryciu rozwijają swoje zdolności... w jakimś celu. Serio, nie załapałem, dlaczego, oprócz oczywiście ochrony spuścizny czarownic z Salem, ta akademia w ogóle istnieje. Na miejscu Zoe spotyka Quinie (Gabourey Sidibe), która jest żywą laleczką voodoo tzn. potrafi skoncentrować się na celu, następnie zadać samej sobie nawet najbardziej poważną ranę (w jednym z odcinków wsadza rękę do kwasu), która przenosi się na dany cel. Poznaje również Nan (Jamie Brewer), która potrafi czytać w myślach. Akademii przewodzi Cordelia Foxx (Sarah Paulson), będąca alchemiczką, jej zaś przełożoną i tzw. Wielebną, tj. szefową wszystkich czarownic jest Fiona Goode (Jessica Lange). Nad bezpieczeństwem Akademii czuwa Rada Czarownic, z Myrtle Snow (Frances Conroy) na czele. Jednakże wrogowie Sabatu czają się tuż za rogiem, gotowi za wszelką cenę położyć kres stowarzyszeniu, płacąc nawet krwią... Dodajmy do tego sam niezwykle ciekawy wątek pani Robicheaux i dostajemy całkiem zmyślną mieszankę, prawda?

Moja miłość do American Horror Story jest bardzo trudna. Na początku jest cudownie, ona jest tajemnicza, pociągająca, owszem ma jedną irytującą wadę, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo chwile, które razem spędzamy są tego warte. Jessica Lange jako Fiona jest wspaniała, po raz pierwszy poczułem, że postać kradnie cały sezon i nie miałem jej tego za złe. Nieznośna, opryskliwa, jednocześnie pragnąca uczucia i mimo wszystko kochająca swoją córkę, te wszystkie właściwości swojej postaci pani Lange przeniosła na ekran perfekcyjnie. Mało która postać potrafi utrzymać formę przez cały sezon, Fiona została pomyślana, napisana i zagrana doskonale. Wygląda na to, że rozpływam się nad odtwórczynią tej roli, ale nie mogę się powstrzymać, gdy widzę co wyprawia ta aktorka, nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu, jest tak dobrze. Relacje Fiony z jej głównym wrogiem, przywódczynią kultu voodoo i jego główną szamanką, Marie Laveau (Angela Bassett) są elektryzujące (co ma sens, rozejm między szamanami a czarownicami od dawna wisi na włosku) i jednocześnie intrygujące, natychmiast chcemy wiedzieć więcej. Tak też polecam oglądać serial, po dwa, nawet trzy odcinki w jednym posiedzeniu, czekanie tydzień na nowy epizod jest nieznośne. Ale do rzeczy, mamy czarownice, voodoo, zagrożenie ze strony łowców czarownic (wątek dość pobieżnie potraktowany w sezonie, całe szczęście)... i w to wszystko znowu miesza się Zoe. Otóz na jednej z imprez studenckich poznaje Kyle'a (Evan Peters), który wydaje się lubić naszą młodą Hermionę. Wszystko bierze w łeb, kiedy Madison w akcie zemsty (nie będzie spoilowaniem, gdy powiem, że Madison została odurzona i wykorzystana seksualnie na tej samej imprezie), zabija autobus drużyny footballowej, w którym znajduje się Kyle. Zrozpaczona dziewczyna w raz z Madison znajduje jednak sposób na ożywienie swojej miłości, bezczelnie zrzynając wątek potwora dr. Frankensteina... i robiąc to na dodatek w sposób, który wywołuje u mnie mdłości. O ile samo ożywienie wygląda dość klasycznie, Kyle powstaje z umarłych jako bezmyślne zombie, jednak pomysłowa Madison postanawia zabawić się uczuciami Zoe zabawiając się z Kylem. Samej Zoe za chwilę poświęcę osobny akapit, jednak zatrzymajmy się na chwilę i uczcijmy minutą ciszy pamięć Evana Petersa, genialnego w pierwszym i świetnego w drugim sezonie, bo tym razem zdecydowanie mu nie wyszło. Nie wiem, czy nie przeczytał scenariusza, czy zobowiązał go do tego kontrakt, ale Kyle Spencer nie jest w moim odczuciu pełnoprawną postacią. Jasne, powolna tresura w końcu przynosi efekt (gdzieś na koniec sezonu), ale odnoszę wrażenie, że zmarnowano tutaj olbrzymi potencjał Evana. Całe szczęście, że w piątym sezonie powrócił w glorii i chwale.
Słówko warto także poświęcić Misty Day (Lily Rabe). Z nią tez mam drobny problem, ponieważ wydaje mi się, że jest to postać z doskoku tzn. gdyby jej nie było, to źle by się nie stało, ale fajnie że jest. Łagodna i nieco naiwna, ale w odpowiednich momentach niepokojąco niebezpieczna, niemal idealna do Sabatu. Nie mogę Wam jednak zdradzić, dlaczego uważam to za kolejny przykład marnotrawienia dobrego aktora, ponieważ ma to wpływ na wydarzenia późniejszych epizodów.
Zoe Benson, nie znoszę Cię. Pomyślisz sobie pewnie, że jesteś ufna i przez to naiwna, gdy prawda jest taka, że jesteś zwyczajnie głupia, nie potrafisz używać nawet tak niecodziennej mocy, Twój "związek" z Kylem nie jest oparty na NICZYM poza kilkoma spotkaniami, nie jesteś szekspirowską Julią, choć w sumie mogłabyś być, miałbym spokój i może nie musiałbym poświęcać Ci całego akapitu. Twoja postawa nie zna odcieni szarości, jest tylko czarne (złe) i białe (dobre), choć gdyby się zastanowić to Twoja główka przetwarza tylko białe. Gdy prawie się Ciebie pozbyłem, to nagle okazałaś się "przydatna", co jeszcze bardziej mnie wkurzyło (swoją drogą, kaktus w nie-powiem-co scenarzystom za TO posunięcie). Nie ma w Tobie nic, co uczyniłoby Cię postacią chociażby znośną i fakt, że fabuła sezonu trochę kręci się wokół Twoich przygód przyprawia mnie o nerwicę.
Uff, wystarczy. A nie, wróć, nie wspomniałem o fabule, choć postaram się nie przedłużać. W pewnym momencie, mam wrażenie, że gdzieś w środku sezonu American HORROR Story zaczęło zamieniać się w operę mydlaną. Spiski, zdrady, relacje rodzinne, miłostki (te świeżo odnalezione czy te, których nie pokona nawet Śmierć).. nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zrezygnowano tu z atmosfery horroru na rzecz dramatu. Czasem mamy jakieś przebudzenie, najczęściej w postaci Fiony Goode, ale potem gdzieś się to ulatnia i zostajemy z kolejną dramą czy, o zgrozo, z Zoe. I tu własnie skończyła się moja miłość do AHS, przynajmniej sezonu trzeciego. Nie jest to co prawda poziom "Freak Show", ale niesmak pozostaje. Swoją drogą, finał sezonu też mi się nie podoba, jest zbyt pozytywny, jak gdyby żadne problemy na świecie już nie istniały.
I nie, to nie spoiler, ciągle warto obejrzeć "Sabat", choćby dla Jessici Lange czy Frances Conroy i Lily Rabe. Sarah Paulson również budzi mieszane uczucia, nie sposób jej nie lubić, ale chciałoby się czasami, żeby zakasała rękawy i w końcu wzięła się do roboty. Tak czy inaczej, sporo ponarzekałem tym razem, lecz ciągle uważam, że American Horror Story: Coven jest dobrym sezonem. Nie tak dobrym jak sezon drugi, lecz na tyle wciągającym, żeby trochę zatracić się w świecie czarownic. Dotykają go te same problemy co sezon pierwszy i końcówka drugiego, ale ma w sobie tyle unikatowej zawartości, że pozostawi widza z uczuciem zadowolenia. Polecam.

środa, 18 listopada 2015

"American Horror Story" (2011- ) reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon pierwszy, "Murder House"

Trzeba przyznać, że pojęcie "serial grozy" jest wielu fanom gatunku niemal obce, mniej więcej jak "wybitny found footage". Mało jest bowiem takich produkcji, które wciągały w swój świat od pierwszego do ostatniego odcinka, które klimatem oferowało doznania porównywalne do dobrego filmu pełnometrażowego, i to co tydzień. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tytuły takie jak Miasteczko Twin Peaks, Opowieści z krypty, Z Archiwum X (zdaje się mój ulubiony serial, który oglądałem młodym pacholęciem będąc) oraz nieco młodzieżowa Gęsia Skórka. Oczywiście, ktoś może mi podsunąć jeszcze kilka równie dobrych seriali, lecz wyżej wymienione podałem jako te, które najbardziej zapadają w pamięć i przychodzą do głowy jako pierwsze w rozmowach o serialach grozy. Po latach stagnacji nadszedł XXI wiek, a w raz z nim nowa fala seriali, Supernatural, True Blood, Masters of Horror (które jako zbiór nowelek sprawdza się nieźle, odcinki są robione na prawdę przez najlepszych, jednak ich jakość pozostawia czasem sporo do życzenia, o tym kiedy indziej) czy obecnie The Walking Dead. Mnie najbardziej zaciekawił "American Horror Story", serial twórców, którzy niejednokrotnie mieli okazję ze sobą współpracować. Fakt, niekoniecznie w klimatach grozy, choć gdybym miał wypowiadać się o "Glee" (a raczej trzech odcinkach, które widziałem), to faktycznie poziom tego tworu jest przerażający. AHS to niewątpliwie powiew świeżości, ale również ogromny dla mnie problem. Każdy sezon jest tak oryginalny i różnorodny, jednocześnie tak bardzo do siebie podobny, że nie wiedziałem na początku czy napisać jeden, czy też cztery osobne teksty. Postawiłem na drugą opcję, dlatego też w tym miesiącu postaram się o wszystkim powoli i spokojnie opowiedzieć. Tymczasem...

Jesteśmy świadkami opowieści o rodzinie Hammondów. Ben oraz Vivien próbują naprawić swój związek, którego fundamenty zostały mocno naruszone przez mężczyznę. W raz z ich nastoletnią córką Violet przeprowadzają się do starej, lecz świeżo wyremontowanej posiadłości. Niedługo także poznają sąsiadów oraz byłych właścicieli rezydencji, Langdonsów: Constance oraz Tate'a i Adelaide, dzieci kobiety. Wkrótce dom ukazuje swe mroczne sekrety. Jednym z nich jest obecność duchów zmarłych lub zamordowanych w domu. Duchy jednak nie są duszami, które zbłądziły. Każdy z nich czegoś chce i nie każdy ma dobre zamiary...
Jednym ze znaków rozpoznawczych serii jest mieszanie w głowie widza, co udaje się niemal perfekcyjnie. Tu twórcy dorzucą wątek, tu nową postać, tu małą retrospekcję, wszystko bardzo fajnie ze sobą współgra. Absolutnie FENOMENALNA jest tu Jessica Lange, absolutna gwiazda AHS. Choć jej talent doceniłem dopiero w drugim sezonie, nazwanym "Asylum" (w mojej opinii najlepszy sezon serialu), to i tutaj jest niesamowita. Pokazując cały wachlarz emocji potrafi swoją grą opowiedzieć o trudnej przeszłości, jej niełatwych relacjach z córką, a także o synu (cały wątek Tate'a jest niezłym synonimem matczynej miłości), który próbuje odnaleźć własną drogę w życiu. No właśnie, Tate, grany przez Evana Petersa (kolejna gwiazda AHS, absolutne czapki z głów), to młodzieniec o, powiedzmy, dość niestabilnej psychice. Dowiadujemy się nieco później, że to on stał za masakrą w swojej szkole średniej oraz że został zastrzelony we własnym domu przez oddział policji. Co więc robi w domu Violet? Tu też dowiadujemy się o tym, że duchy zamordowane w "Domu Morderstw" nie odchodzą na zawsze, nie idą do nieba lub piekła, lecz zostają tu na zawsze.
Jak daleko idzie moje uwielbienie dla dwójki wyżej wspomnianych aktorów? Na razie dość powiedzieć, że są niekwestionowanymi gwiazdami w każdym kolejnym sezonie (przyznać trzeba, że Evan jest w trzecim sezonie trochę na marginesie, a pani Lange nie ma w piątym sezonie), to oni przyciągają największą uwagę nawet gdy scenariusz nieco bierze w łeb. O czym mówię? O niekonsekwencji w prowadzeniu historii przez panów Falchuka i Murphy'ego. W "Murder House" w pewnym momencie pojawia się zbyt dużo duchów, każdy czegoś chce i w zasadzie nie wiadomo potem, kto i po co w domu przebywa, celem niektórych jest zemsta, niektórych miłość, a niektórzy po prostu tam są. I to jest główny zarzut w kierunku AHS:MH, po intrygującym początku, wprowadzeniu zamieszania w mojej głowie, zainteresowaniu mnie poczynaniami postaci, dostaję mało strawne i rozczarowujące zakończenie.
Skoro więc tak bardzo narzekam na scenariusz, to dlaczego wychwalam ten serial pod niebiosa? Bo warto. Przede wszystkim sceneria jest uroczo niepokojąca tzn. przyciąga, ale niepokoi, zwłaszcza gdy zaczynamy się dowiadywać, co ma miejsce w tym domu. Scenariusz przez większość sezonu także jest bardzo solidny, dopiero pod koniec szala przechyla się na korzyść dramatu i ten motyw niestety dominuje w konkluzji każdej serii. Niestety dla mnie jako fana horroru, spodziewałem się czegoś innego, widać, że twórcy mocno wyhamowali swoją wyobraźnię. Pochwalić należy muzykę, zarówno utwory jak i zwykły ambient mocno działają na psychikę widza, jednocześnie doskonale wpasowując się w wydarzenia na ekranie.
Z całego serca polecam zapoznanie się z pierwszym sezonem American Horror Story. Jest to rewelacyjne świadectwo tego, że można nakręcić dobry i trzymający w napięciu serial grozy. Niepokoi tylko zamiłowanie duetu reżyserskiego do dramatu, o czym przy okazji recenzji drugiego sezonu. Tymczasem cieszcie się sezonem pierwszym, bo warto.

sobota, 24 stycznia 2015

"Następny jesteś Ty" ("You're next"), 2011, reż. Adam Wingard

Adam Wingard to jeden z reżyserów nowej młodej fali horroru. Człowiek, który w 2012 roku stworzy świetne "V/H/S", rok wcześniej daje światu nowy film z podgatunku "home assault", tym razem bardziej w konwencji slashera. Bo tak na prawdę "Następny jesteś Ty" takim właśnie tworem jest i choć przyznać trzeba, że dzięki kilku głupotkom nie będzie to tytuł legendarny (polecam "Funny Games"), to z pewnością zajmie wysoką pozycję w moim prywatnym rankingu filmów na "czwórkę". Ale od początku..
Rodzina Davisonów zbiera się w domu rodziców, aby uczcić ich rocznicę ślubu. To, że nie jest to rodzina bez problemów dowiadujemy się w zasadzie od pierwszego spotkania Crispiana i Drake'a, w zasadzie żadne z rodzeństwa za sobą nie przepada, szybko jesteśmy świadkami awantury pomiędzy braćmi. W czasie sprzeczki nieznany sprawca za pomocą kuszy zabija Mięso Armatnie nr 1 (wybaczcie, ale formuła slasherów wymaga na mnie używanie oficjalnych imion dla postaci, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły). Wtedy właśnie rozpoczyna się walka o przetrwanie, podczas której Davisonowie muszą się zmierzyć z bezwzględnymi zabójcami oraz wilkiem w owczej skórze...
Absolutną gwiazdą filmu jest Erin, grana tu przez Sharni Vinson ("Step Up 3D"). Postać ta jest absolutną definicją słowa "badass", nie tylko od początku zachowuje zimną krew, ale równie szybko zaczyna walczyć z napastnikami, nie jest bezbronną ofiarą. Ba, do tego stopnia nią nie jest, że opracowuje różne zmyślne pułapki, które koniec końców skutecznie niweczą plany antagonistów. I choć nie wypada psuć zakończenia, to w finałowej scenie jest rewelacyjna, skutecznie odpierając ataki dwojga oponentów. Bez mrugnięcia udziela pomocy, mam jednak jedno zastrzeżenie w scenie podczas której wiecznie (jej zdaniem) niedoceniana przez rodzinę Kelly, pragnie pomóc i pobiec po kogokolwiek, wtedy właśnie ani Erin ani ktokolwiek z rodziny bez żadnych wątpliwości zawierza powodzenie całej tej szalonej operacji właśnie Kelly. I jakkolwiek efektownie się to nie kończy, to jest to właśnie jedna z tych głupotek, które odejmują trochę od całej oceny.
Szkoda właśnie, że reszta postaci jest w zasadzie tłem dla Erin i jej zmagań z mordercami. Oprócz Drake'a (Jon Swanberg) nikt jakoś nie wpadł mi w oko, nikogo nie jestem w stanie specjalnie wyróżnić, nawet Felix, który ma do odegrania większą rolę w całym przedsięwzięciu, gdzieś przepada, wtapia się w tło. I choć ktoś mógłby to powiedzieć, że z fabularnego punktu widzenia to ma sens, to ja powiem, że pojawia się jak królik z kapelusza, a jego rola i tak nie jest do końca zaznaczona. Crispian znika na 3/4 filmu, żeby pojawić się ostatniej scenie, której równie dobrze mogło zabraknąć, a film i tak skończyłby się lepiej. Cóż można powiedzieć o reszcie rodziny? Mięso armatnie. No ale takie właśnie są slashery, co prowadzi do kolejnego punktu programu, zabójstw.
Sceny śmierci są soczyste, niektóre brutalne, niektóre nieco mniej, wszystko jednak wpasowuje się doskonale w wydarzenia na ekranie, scena o której wspomniałem, choć proste, to zasługuje na szczególne uznanie. Mnie najbardziej przypadło do gustu zabójstwo w końcowej scenie, podczas walki Erin z dwojgiem napastników. Nie będę Wam psuł tej przyjemności, warto jednak przeczekać do finału.
"Następny jesteś Ty" nie jest oczywiście filmem niepozbawionym problemów. O ile to co widzimy i słyszymy jest na dobrym poziomie, to kilka logicznych błędów ciągle razi. W jednej ze scen Davisonów zapomina, że jeden z napastników ma w zanadrzu kuszę i radośnie debatuje przy oknie (nawet Erin o tym zapomina, a zostało wcześniej ustalone, że pierwszy z morderców doskonale zna teren, na którym wykonuje swoją pracę i potrafi przemieszczać się pomiędzy lokacjami dość szybko). W jednej z kolejnych Drake odurzony Vicodinem i zirytowany tym, że ma strzałę w plecach wyciąga ją, żeby na widok własnej krwi natychmiast zemdleć. I choć wiem, że to raczej normalna reakcja, to cała sytuacja wygląda przekomicznie, co w horrorze bazującym na atmosferze osaczenia nie powinno mieć miejsca.
Największym problemem, dzięki któremu za pierwszym razem zakończyłem seans po 15 minutach było nieznośnie ślamazarne tempo pierwszej połowy obrazu. Całe przedstawienie postaci (z którego w zasadzie nie dowiadujemy się niczego sensownego) wydłuża film i to nie w sposób, który wbija w fotel. Warto się wprawdzie przemęczyć, nie zmienia to faktu, że pan Wingard powinien lepiej przemyśleć całą sprawę.
"Następny jesteś Ty" to solidna produkcja. Podgatunek home assault może z dumą prezentować swoje kolejne dziecko. I choć oczywistym jest, że film ten nie jest mistrzostwem świata, to około 90 minut spędzonych przed ekranem monitora nie było dla mnie czasem straconym. Takie obrazy warto oglądać, rzecz jasna przymykając najpierw na głupotki i niedociągnięcia. Zdecydowanie polecam.

piątek, 26 grudnia 2014

"Kotoko" (2011), reż. Shinya Tsukamoto

Przyznam na samym początku, że musiałem przeczytać recenzję "Kotoko", żeby w pełni zrozumieć znakomitość tego filmu. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że interpretacja obrazu Tsukamoto, znanego i uwielbianego undergroundowego twórcy klasyków takich jak "Tetsuo: Człowiek z żelaza" czy "Tokyo Fist" jest dość jednoznaczna. Chciałem zacząć ten tekst od stwierdzenia, że samotne macierzyństwo to potężna orka. Pójdźmy krok dalej i przedstawmy pokrótce fabułę "Kotoko".
Kotoko (w tej roli Cocco, gwiazda J-popu) jest samotną matką z trudem godzącą swoją pracę (która nie jest mi do końca znana, gdyż ludzie siedzą i podkreślają te same zdania, kredkami lub czymkolwiek innym) i wychowanie syna, Daijiro. Na razie nie brzmi najgorzej, prawda? Dorzućmy do tego przypadłość polegającą na tym, że Kotoko widzi ludzi podwójnie tzn. widzi ich dobrą i makabrycznie złą stronę (podobnie do ostrej psychozy maniakalnej). Nie mogąc odróżnić, które odbicie jest prawdziwe, jej życie jest ciągłym koszmarem, co zresztą widać w kilku bardzo ciekawych i niepokojących scenach. Kotoko tnie się regularnie, żeby sprawdzić czy to co odczuwa jest prawdą czy złym snem. Cała ta sytuacja doprowadza do najbardziej przerażających dla niej omamów, podczas których wydaje jej się, że zabija swojego synka. Doprowadza to do utraty władzy rodzicielskiej, Daijiro trafia do siostry głównej bohaterki. Niedługo potem Kotoko poznaje Seitaro Tanakę, znanego autora książek, który przyciągnięty jej śpiewem zaczyna ją prześladować, co doprowadza do bardzo dziwnego i niepokojącego związku (miłość ponad wszystko czy już obsesja?).
Dalej jest dobrze, ale tylko na chwilę. Nie chcę zdradzać, co dzieje się do końca filmu, ale warto wytrzymać, ponieważ Tsukamoto nie idzie ku szczęśliwemu zakończeniu. I całe szczęście, ponieważ zepsułoby to ideę obrazu, czyli pokazanie przegranej z góry walki Kotoko z samą sobą, jej chorobą i samotnością.
"Kotoko" zawdzięcza swój sukces wspaniałej kreacji Cocco, która włożyła w rolę cały wachlarz swoich umiejętności. Nie tylko cudownie śpiewa (co swoją drogą doskonale wpisuje się w wydarzenia prezentowane na ekranie i kreuje fantastycznie niepokojącą atmosferę), ale pokazuje też warsztat aktorski, którego może pozazdrościć niejeden hollywoodzki aktor czy aktorka. Dawno nie czułem się tak nieswojo oglądając psychologiczny horror, momentami nawet można się przestraszyć (przyznaje, że dzieje się to głównie podczas majaków bohaterki, aczkolwiek jest dobrze), wszystko w tej warstwie jest tak, jak być powinno. Drugą ważną postacią jest tu sam reżyser, który wcielił się (tradycyjnie sam bierze na siebie jakąś rolę i to niekoniecznie epizodyczną, w "Tetsuo" zagrał głównego bohatera) w Tanakę, prześladowcę Kotoko, która ostatecznie się z nim związuje (inna sprawa, że charakter tego związku jest... um... delikatnie rzecz ujmując chory). Tanaka zakochuje się w kobiecie, która znęca się nad nim fizycznie, nie chce przyjąć jego oświadczyn i wcale nie traktuje go jak swojego mężczyznę. Problem w tym, że on jest zakochany do szaleństwa, przyjmuje to rozmiary wręcz obsesyjne.
Opowiedziałem wcześniej, że "Kotoko" to horror o tym, że macierzyństwo, dzięki nieustannym trudom, niemocy przy radzeniu sobie gdy wszystko się wali (jest w filmie taka ikoniczna scena, gdy Kotoko przeżywa załamanie, kiedy nie może uspokoić dziecka, przypala swój obiad, doznaje oparzenia od patelni, żeby w końcu usiąść pod ścianą i kompletnie pęknąć), rzekłbym wręcz że dla samotnej kobiety to może być najgorszy koszmar. Tsukamoto jednak nie drwi, ba jest jak najbardziej daleki od tego, film jest swego rodzaju hołdem dla wszystkich strudzonych matek, które samotnie muszą radzić sobie z utrzymaniem i wychowaniem dziecka, dokładając do tego chorobę psychiczną głównej bohaterki czyni swoje dzieło czymś więcej..
Gdybym miał przed czymś przestrzec potencjalnego widza "Kotoko", to z pewnością powiedziałbym, że film wymaga cierpliwości w odbiorze. Tempo jest powolne, ale służy podkreśleniu ogromu wyzwań, którym musi nasza bohaterka sprostać. Nie sposób nie zgodzić się również z twierdzeniem, że mamy tu do czynienia raczej z dramatem psychologicznym aniżeli z horrorem. Z drugiej strony gdy popatrzymy na sceny majaczącej na jawie Kotoko czy momenty w których do akcji wkracza Tanaka możemy wysunąć śmiałe argumenty w przeciwną stronę. Moim zdaniem jest to jak najbardziej horror psychologiczny i to wyjątkowo udany. Potrafi jak mało który film wryć się w psychikę i wiercić tam dziurę, niejednokrotnie wywołując uczucie niepokoju. Warto poświęcić 1,5 godziny na seans, obraz pokazuje, że kino azjatyckie na prawdę jest warte uwagi. Szczerze polecam.