Wreszcie, bez wyrzutów sumienia mogę powiedzieć, że American Horror Story sprostało zadaniu i stworzyło dobrą, wciągającą i, co chyba najważniejsze, całkowicie spełniającą wymagania historię. Od razu można powiedzieć, że wszystkie wątki fabularne zostały zamknięte, w końcu nie pozostawiono żadnych wątpliwości czy otwartych drzwi, więc w tym punkcie zrobiono ogromny postęp w stosunku do poprzednich sezonów. Czy reszta dotrzymuje kroku? Czy natrafiłem na najlepszy sezon AHS? Cóż... Witamy w hotelu Cortez, postawionym przez pana Jamesa Marcha (Evan Peters powraca w glorii i chwale), prowadzonym przez Hrabinę (Lady Gaga), która dba o to, abyście bawili się tu jak najlepiej i zostali jak najdłużej.. na noc.. na weekend.. na zawsze.. Oczywiście wątek wampiryczny jest tu jak najbardziej in plus, ale American Horror Story nie byłoby sobą, gdyby nie wprowadziło innych wątków. Mamy więc kochanków i rywali Hrabiny, mamy śledztwo w sprawie brutalnych morderstw Mordercy od Dziesięciu Przykazań prowadzone przez niekoniecznie stabilnego psychicznie detektywa John'a Lowe (Wes Bentley), no i wreszcie dylematy oraz problemy Liz Taylor (Denis O'Hare) i Iris (Kathy Bates), które walczą o odzyskanie (lub zyskanie w przypadku Liz) synowskiej miłości. Warto zaznaczyć w tym punkcie, że nikt nie pozostaje tu bierny, w pewnym momencie pewne osoby biorą sprawy we własne ręce i jest to wspaniałe, nareszcie w AHS zakończyła się instytucja ofiar losu, które tylko przyjmują kolejne ciosy. Ale po kolei...
Och, jakież to wszystko wciągające, wnętrza hotelu są straszliwie intrygujące, niekończące się, deliryczne korytarze robią niesamowite wrażenie, wampiry są cudowne, erotycznie pociągające, ale bezlitosne dla swoich ofiar i wrogów. Bałem się o Lady Gagę, jakkolwiek dobrą jest artystką i showmanką, obawiałem sie jej umiejętności aktorskich. Całkowicie niepotrzebnie, Gaga odwaliła kawał dobrej roboty (nie dziwi więc informacja o tym, że Lady Gaga powróci w sezonie szóstym, którego premiera planowana jest na wrzesień), stworzyła niezwykle pociągającą postać, z pozoru wampira bez uczuć, potrafiącego jednak walczyć o swoje. Jednocześnie Hrabina żąda absolutnego posłuszeństwa i nie pozwala, aby ktokolwiek wszedł jej w drogę, o czym przekona się, chociażby Liz (jak raz nie warto spoilerować, na prawdę warto śledzić ten sezon). No właśnie, Liz to chyba najsympatyczniejsza postać całego sezonu. Nie da się tej postaci nie lubić, nie współczuć i nie przeżywać tego, co ona. Nie przeszkadza w ogóle fakt, że jest transwestytą, wręcz przeciwnie, tym bardziej kibicujemy jej poczynaniom i przyznam, że z całego Hotelu to właśnie Liz najbardziej zapadłaby mi w pamięć, gdyby nie on... James March, grany przez Evana Petersa, jest najbardziej charyzmatyczną postacią całego piątego sezonu. To on prowadzi całą duchową gromadę (wśród których królują najbardziej znani seryjni mordercy w historii USA, w tym nawet Ted Bundy), to on wreszcie jest szefem ciemnej strony hotelu Cortez. Evan Peters znów jest wspaniały, po nieudanym Freak Show dostał rolę idealną dla siebie, jest kompletnym psycholem, ale także artystą w swoim fachu, pierwotnym Mordercą od Dziesięciu Przykazań. W ogóle sam wątek tego seryjnego mordercy oraz jego spadkobiercy jest świetnie napisany, twist który pojawia się w drugiej części sezonu doskonale wpasowuje się w trybiki tej machiny fabularnej i stanowi bodaj pierwszy satysfakcjonujący wątek poboczny w całym AHS. Szkoda, że nie mogę Wam o nim całkowicie opowiedzieć, nie czułem się tak dobrze oglądając ekranowe wydarzenia od dawna. Sarah Paulson również powraca do serialu, tym razem jako psychopatyczna i uzależniona od narkotyków Sally, która zakochuje się w detektywie Lowe i nie odpuści nikomu, kto wejdzie jej w drogę, podążając w ślad maksymy "jeśli ja nie będę go mieć, to nikt nie będzie go miał". Jest także Finn Witrock jako Tristan, odtrącony kochanek Hrabiny, który znajduje pocieszenie i miłość w ramionach Liz. Wszystko się zazębia, aktorzy współpracują ze sobą doskonale i wydaje się, że bardzo dobrze bawią się na planie. Wydaje mi się jednak, że hotel Cortez mógłby być odrobinę żywszym miejscem. Odnosiłem czasem wrażenie, że akcja stoi w miejscu, że nic nie popycha wydarzeń do przodu i dzieją się rzeczy raczej mało znaczące. Jest to w zasadzie jedyne zastrzeżenie, jakie chciałbym zaznaczyć, jednocześnie mając oczywiście w pamięci to, że ciężko jest oczekiwać od 12-odcinkowego serialu wartkiej i zapierającej dech w piersiach akcji. Można również powiedzieć, że nie ma idealnego sezonu AHS i również będzie to prawdą. Czy nie warto jednak oczekiwać ideału? Czy nie warto wymagać od twórców całkowitego zaangażowania i wykorzystania 100% swojego talentu? Panowie Murphy i Falchuk już udowodnili, że ten talent posiadają, lecz nie potrafią tego rozciągnąć na całe sezony. Szkoda, że piąty sezon nie zmienił tego trendu. Niemniej jednak jest to sezon fantastyczny, z niesamowitą atmosferą i znakomitymi postaciami. Gdyby nie to, że oglądałem odcinki w dniu ich premiery, cały sezon połknąłbym pewnie w dwie czy trzy noce, bo warto się czasem nie wyspać :) Zdecydowanie polecam.piątek, 25 marca 2016
niedziela, 13 grudnia 2015
"American Horror Story" (2011-), reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon drugi, "Asylum"
Całe szczęście, że pierwszy sezon "American Horror Story" okazał się sukcesem. Inaczej nie otrzymalibyśmy "Asylum", czyli bez wątpienia najlepszego sezonu tego uznanego serialu. Z "AHS" jest jednak jak z piwem w puszce, wszystko jest w porządku aż do ostatnich łyków, gdy w gardło wlewa nam się substancja, którą litościwie nazywamy spirytusem. Z tym serialem jest podobnie, pierwsze odcinki przynoszą zachwyt, zainteresowanie, a potem raczą nas kaszaną lotów najniższych. Jak to jest w drugim sezonie? Zapraszam i jednocześnie ostrzegam, iż mimo, że postaram się unikać spoilerów, to nie mogę nic obiecać, dla dobra tekstu i pełnego zrozumienia sprawy.
Pierwsze cztery odcinki tak na prawdę służą wprowadzeniu postaci, zawiązaniu akcji i pokazaniu nam scenerii. Cholernie niepokojącej i zachodzącej za skórę scenerii. Któż bowiem śmie wątpić, że szpital psychiatryczny (rzecz jasna w odpowiednich rękach) to najlepsze miejsce na film/serial grozy? Każdy zakątek to mroczna otchłań, nigdy nie wiadomo co jest prawdziwe, a co jedynie gra w naszej wyobraźni, czy morderca z siekierą w dłoni nie jest tak na prawdę lekarzem z kartą pacjenta w ręku. Jednocześnie każdy pacjent to osobna historia, nie zawsze tak prosta, jak "no wziął i zwariował", czasem jest dużo ciekawej (oczywiście z perspektywy miłośnika grozy). I tak jest tym razem, do szpitala trafiają odpowiednio: młody człowiek, który zostaje uznany za szalonego i winnego morderstwa swojej żony, nikt nie wierzy jego teorii o porwaniu przez obcych (w tej roli znany z poprzedniego sezonu Evan Peters); reporterka, która za wszelką cenę pragnie dotrzeć do odkrycia prawdy na temat młodzieńca (Sarah Paulson); pacjentka podająca się za Annę Frank, która pragnie raz na zawsze zdemaskować doktora Adlera (James Cromwell). A skoro jesteśmy przy pracownikach zakładu, zacznijmy od tej jedynej, bez której ten sezon nie miałby tego pazura, unikatowej siostry Jude (w tej roli znakomita i niezastąpiona Jessica Lange). Demoniczna i bezwzględna, w pewnym momencie jednak zagubiona, bezbronna i skazana na pomoc swoich wrogów, czyli pacjentów. Już teraz napiszę, że Jessica Lange jest wspaniała na każdym z tych biegunów aktorskich. Mało jest postaci filmowych, które można pokochać za bycie tak złymi osobami, jednocześnie których w pewnym momencie robi się nam po prostu szkoda. Genialna kreacja, dorównana może tylko w trzecim sezonie, o którym niedługo. Mamy także księdza Timothy'ego Howarda, który od początku wydaje się być przytłoczony czyimś wpływem i niejedno ma i będzie miał na sumieniu. Jest również wspomniany doktor Arden, lekarz, który na boku prowadzi niezwykle "interesującą" praktykę, której pochodzenie pragnie zdemaskować ww. Anna Frank. Początkowe drugie skrzypce gra w szpitalu siostra Mary Eunice McKee, grana przez Lily Rabe. Jej urocze usposobienie oraz wrodzona skromność i uwielbienie dla siostry Jude zmieniają się w połowie sezonu, gdy odwiedza ją pewien gość.. Dość powiedzieć, że gra aktorska stoi tu na okropnie wysokim poziomie. Myślę nawet, że gdyby zestawić wszystkie seriale grozy sezon po sezonie, to właśnie drugi sezon "AHS" wygrałby pod tym względem. Wszystko tutaj iskrzy, chemia między aktorami działa na korzyść widza, który jak w czarną dziurę wpada w tryby machiny fabularnej. Chapeau bas, proszę państwa Moją ulubioną postacią w całym sezonie jest Shachath, grana przez Frances Conroy. shachath oznacza "niszczyć i rujnować", w "Asylum" jest aniołem śmierci, który odsyła ludzi na tamten świat dając im ostatni pocałunek, śmiertelny pocałunek. Niewątpliwie Shachath jest postacią tragiczną i taki nastrój panuje podczas każdej jej obecności na ekranie. Jednocześnie nie sposób nie znaleźć w niej czegoś urzekającego, mistycznego, czegoś co przyciągnie i pozwoli współczuć. Frances Conroy nie pojawia się w "Asylum" zbyt często, za to każde jej wejście zapiera dech w piersiach. Ciągle tylko chwalę i chwalę, no to zapytacie przekornie, "Gdzie ten spirytus?". Proszę bardzo, fabuła nie trzyma się kupy, a ostatnich trzech odcinków nie da się racjonalnie wyjaśnić w żaden sposób, dodam tylko, że historia z Obcymi okazuje się prawdą. Tak było. Eh.. Tak czy inaczej zaczynają wplatać się wątki dramatyczne, bardzo skutecznie rujnujące cały nastrój, przez co końcówka sezonu zamienia się w niestrawną papkę, której nawet wspaniała obsada nie przełknie. I tak na prawdę to wystarczy, żeby zasmakować goryczy. Sezon jest wspaniały, scenografia, muzyka, gra aktorska, wszystko na absolutnie najwyższym poziomie, gdyby tylko panowie Falchuk i Murphy wykazali trochę więcej konsekwencji, mielibyśmy do czynienia z arcydziełem. Czy warto polecić "AHS: Asylum"? Oczywiście, nie stracicie czasu poświęconego na ten 13-odcinkowy sezon pełen atmosfery niepokoju, zaszczucia i zagubienia, pewnej dawki beznadziei jak i przypomnieniu, że Śmierć czeka na nas wszystkich. Cierpliwie. Serdecznie polecam.środa, 18 listopada 2015
"American Horror Story" (2011- ) reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon pierwszy, "Murder House"
Trzeba przyznać, że pojęcie "serial grozy" jest wielu fanom gatunku niemal obce, mniej więcej jak "wybitny found footage". Mało jest bowiem takich produkcji, które wciągały w swój świat od pierwszego do ostatniego odcinka, które klimatem oferowało doznania porównywalne do dobrego filmu pełnometrażowego, i to co tydzień. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tytuły takie jak Miasteczko Twin Peaks, Opowieści z krypty, Z Archiwum X (zdaje się mój ulubiony serial, który oglądałem młodym pacholęciem będąc) oraz nieco młodzieżowa Gęsia Skórka. Oczywiście, ktoś może mi podsunąć jeszcze kilka równie dobrych seriali, lecz wyżej wymienione podałem jako te, które najbardziej zapadają w pamięć i przychodzą do głowy jako pierwsze w rozmowach o serialach grozy. Po latach stagnacji nadszedł XXI wiek, a w raz z nim nowa fala seriali, Supernatural, True Blood, Masters of Horror (które jako zbiór nowelek sprawdza się nieźle, odcinki są robione na prawdę przez najlepszych, jednak ich jakość pozostawia czasem sporo do życzenia, o tym kiedy indziej) czy obecnie The Walking Dead. Mnie najbardziej zaciekawił "American Horror Story", serial twórców, którzy niejednokrotnie mieli okazję ze sobą współpracować. Fakt, niekoniecznie w klimatach grozy, choć gdybym miał wypowiadać się o "Glee" (a raczej trzech odcinkach, które widziałem), to faktycznie poziom tego tworu jest przerażający. AHS to niewątpliwie powiew świeżości, ale również ogromny dla mnie problem. Każdy sezon jest tak oryginalny i różnorodny, jednocześnie tak bardzo do siebie podobny, że nie wiedziałem na początku czy napisać jeden, czy też cztery osobne teksty. Postawiłem na drugą opcję, dlatego też w tym miesiącu postaram się o wszystkim powoli i spokojnie opowiedzieć. Tymczasem...
Jesteśmy świadkami opowieści o rodzinie Hammondów. Ben oraz Vivien próbują naprawić swój związek, którego fundamenty zostały mocno naruszone przez mężczyznę. W raz z ich nastoletnią córką Violet przeprowadzają się do starej, lecz świeżo wyremontowanej posiadłości. Niedługo także poznają sąsiadów oraz byłych właścicieli rezydencji, Langdonsów: Constance oraz Tate'a i Adelaide, dzieci kobiety. Wkrótce dom ukazuje swe mroczne sekrety. Jednym z nich jest obecność duchów zmarłych lub zamordowanych w domu. Duchy jednak nie są duszami, które zbłądziły. Każdy z nich czegoś chce i nie każdy ma dobre zamiary... Jednym ze znaków rozpoznawczych serii jest mieszanie w głowie widza, co udaje się niemal perfekcyjnie. Tu twórcy dorzucą wątek, tu nową postać, tu małą retrospekcję, wszystko bardzo fajnie ze sobą współgra. Absolutnie FENOMENALNA jest tu Jessica Lange, absolutna gwiazda AHS. Choć jej talent doceniłem dopiero w drugim sezonie, nazwanym "Asylum" (w mojej opinii najlepszy sezon serialu), to i tutaj jest niesamowita. Pokazując cały wachlarz emocji potrafi swoją grą opowiedzieć o trudnej przeszłości, jej niełatwych relacjach z córką, a także o synu (cały wątek Tate'a jest niezłym synonimem matczynej miłości), który próbuje odnaleźć własną drogę w życiu. No właśnie, Tate, grany przez Evana Petersa (kolejna gwiazda AHS, absolutne czapki z głów), to młodzieniec o, powiedzmy, dość niestabilnej psychice. Dowiadujemy się nieco później, że to on stał za masakrą w swojej szkole średniej oraz że został zastrzelony we własnym domu przez oddział policji. Co więc robi w domu Violet? Tu też dowiadujemy się o tym, że duchy zamordowane w "Domu Morderstw" nie odchodzą na zawsze, nie idą do nieba lub piekła, lecz zostają tu na zawsze. Jak daleko idzie moje uwielbienie dla dwójki wyżej wspomnianych aktorów? Na razie dość powiedzieć, że są niekwestionowanymi gwiazdami w każdym kolejnym sezonie (przyznać trzeba, że Evan jest w trzecim sezonie trochę na marginesie, a pani Lange nie ma w piątym sezonie), to oni przyciągają największą uwagę nawet gdy scenariusz nieco bierze w łeb. O czym mówię? O niekonsekwencji w prowadzeniu historii przez panów Falchuka i Murphy'ego. W "Murder House" w pewnym momencie pojawia się zbyt dużo duchów, każdy czegoś chce i w zasadzie nie wiadomo potem, kto i po co w domu przebywa, celem niektórych jest zemsta, niektórych miłość, a niektórzy po prostu tam są. I to jest główny zarzut w kierunku AHS:MH, po intrygującym początku, wprowadzeniu zamieszania w mojej głowie, zainteresowaniu mnie poczynaniami postaci, dostaję mało strawne i rozczarowujące zakończenie. Skoro więc tak bardzo narzekam na scenariusz, to dlaczego wychwalam ten serial pod niebiosa? Bo warto. Przede wszystkim sceneria jest uroczo niepokojąca tzn. przyciąga, ale niepokoi, zwłaszcza gdy zaczynamy się dowiadywać, co ma miejsce w tym domu. Scenariusz przez większość sezonu także jest bardzo solidny, dopiero pod koniec szala przechyla się na korzyść dramatu i ten motyw niestety dominuje w konkluzji każdej serii. Niestety dla mnie jako fana horroru, spodziewałem się czegoś innego, widać, że twórcy mocno wyhamowali swoją wyobraźnię. Pochwalić należy muzykę, zarówno utwory jak i zwykły ambient mocno działają na psychikę widza, jednocześnie doskonale wpasowując się w wydarzenia na ekranie. Z całego serca polecam zapoznanie się z pierwszym sezonem American Horror Story. Jest to rewelacyjne świadectwo tego, że można nakręcić dobry i trzymający w napięciu serial grozy. Niepokoi tylko zamiłowanie duetu reżyserskiego do dramatu, o czym przy okazji recenzji drugiego sezonu. Tymczasem cieszcie się sezonem pierwszym, bo warto.








