piątek, 28 listopada 2014
"Resident Evil: Damnation" (2012), reż. Makoto Kamiya
TEKST MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI NAWIĄZAŃ DO SERII GIER RESIDENT EVIL. BĘDĘ STARAŁ SIĘ TŁUMACZYĆ ILE SIĘ DA, ACZKOLWIEK NIE WSZYSTKO DAM RADĘ POWIEDZIEĆ, W ZWIĄZKU Z CZYM ZACHĘCAM WAS DO POCZYTANIA O RE, ZWŁASZCZA OD CZĘŚCI CZWARTEJ, BĘDZIE TO NA PRAWDĘ CIEKAWA LEKTURA
Resident Evil to bez wątpienia jedna z najbardziej zasłużonych marek w świecie horroru w grach komputerowych. Jako pierwsza połączyła elementy survival horroru z wartką i niemal nieprzerwaną akcją. Z filmami bywa, delikatnie mówiąc, różnie. O ile pierwszy RE był znośny, to kolejne były "popisami kreatywności twórczej" Paula W.S. Andersona i jego żony, Mili Jovovich (czy muszę dodawać, że Mila gra w filmach główną bohaterkę, teraz to już chyba podobną do Neo z Matrixa z tymi wszystkimi klonami i supermocami, Jill?). Im dalej w las, tym gorzej, a im gorzej, tym więcej bullet time'u, który przejadł się już dawno i dziś praktycznie oznacza brak pomysłów na realizację scenariusza, który w filmach brnie w oparach absurdu, próbując pozbierać do kupy to, co kiedyś było skryptem. Iskierką nadziei był Resident Evil: Degeneration, zrealizowany przez Capcom przy pomocy CGI (Computer Graphical Interface- krótko mówiąc, wszelkiego rodzaju efekty komputerowe, czasem robi się z tego pełnometrażowe produkcje) przyzwoity film, który dał fanom gier to, czego oczekiwali po filmach: w miarę prostego (powiedzmy sobie szczerze, RE:D nie jest mistrzostwem scenopisarstwa) scenariusza i wartkiej akcji z ulubionymi bohaterami w tle. Jasne, niektóre wątki średnio do siebie pasowały, niemniej jednak nie było rozczarowania. W 2012 roku Capcom przy pomocy Sony dało nam drugi film pokazując jednocześnie, że kto jak kto, ale oni wiedzą o co chodzi.
Fabuła jest prosta: Leon Kennedy (stały bywalec serii) znajduje się w środku fikcyjnego państwa we wschodniej Europie w celu znalezienia prawdy na temat rzekomego użycia BOW-ów (B.O.W- Biological Organic Weapons, w skrócie chodzi o kontrolę Lickerów i ludzi zmienionych w zombie przy pomocy Plagi, elementu fabuły który początek swój ma w RE4) w wojnie domowej, która dotknęła ten region. Mimo rozkazów wycofania, Leon za wszelką cenę chce odkryć, co się dzieje i wkracza w sam środek pola bitwy..
Historia niezbyt skomplikowana, przebiega wokół utartego scenariusza pełnego cliche i dość oczywistych zwrotów akcji. Nie jest to jednak zła rzecz, ponieważ film przez 100 minut nie zwalnia akcji prawie w ogóle. A tam gdzie zwalnia, mamy dosyć mocne sceny, w których dawni towarzysze w obliczu przemiany w zombie muszą dokonać jedynej słusznej rzeczy: strzelić (z drugiej strony takie momenty powtarzają się ledwo dwa, może trzy razy, więc nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić, niemniej jednak mnie osobiście te sceny się podobały). A tam gdzie wkraczała akcja, WOW, tam się działo. Należy zacząć od animacji, która jest kapitalna i udowadnia, że Capcom i Sony znają się na swojej robocie, polecam obejrzeć film co najmniej w rozdzielczości 720p, to daje pełen obraz, jak świetną pracę wykonały oba studia. Oczy musicie mieć ciągle na ekranie, żeby nie przegapić kolejnych scen, niemal galopujących przez ekran. Nie mogę przestać rozpływać się nad tym, co zobaczyłem, chociaż niespecjalnie przypadł mi do gustu fan-service w postaci Ady Wong (sama Ada jest ok, zadziorna i pewna siebie, ale Japończycy, choć subtelnie, nie uciekają od sugestywnych ujęć), to jednak jestem w stanie wybaczyć. Leon i Ada co chwilę rzucają one-linerami przypominającymi złote lata filmów akcji, zwłaszcza "Szklaną Pułapkę", reszta bohaterów, choć stereotypowa do bólu, też daje radę, nikt nie odstaje, duży plus.
Największe wrażenie robią bez wątpienia potwory, choć mogłoby ich być troszkę więcej. Mamy zombie Plagi (w zasadzie są to ludzie kontrolowani przez pasożyta nazwanego Plaga), Lickery i trzy Tyranty, w liczbie ubogo, jednak zwłaszcza dwa ostatnie potwory nadrabiają jakościowo. Lickery są szybkie i niesamowicie niebezpieczne ze swoimi pazurami zdolnymi przedrzeć się przez niemal każdą powierzchnię, Tyranty natomiast to nieprawdopodobnie silnie i zwinne jednostki, dodatkowo mogące transformować się w prawdziwe monstra, niepowstrzymane maszyny śmierci (ani Leon ani jego towarzysz, Buddy, nie są w stanie zatrzymać ich mimo kontroli nad Lickerami). Sama finałowa sekwencja to kulminacja doskonałej animacji i wartkiej akcji, warto to zobaczyć żeby samemu się przekonać.
Słówko o ludziach, którzy nagrywali głosy na potrzeby filmu. Wykonali bardzo dobrą robotę, nawet Ci, którzy grali Słowian, spisali się dobrze. Niczego nie brakuje, wszystko jest na swoim miejscu i dobrze się tego słucha. Tak samo jest ze ścieżką dźwiękową, która idealnie wpasowuje się w rytm filmu, może się podobać.
Podszedłem do tego filmu z tymi samymi oczekiwaniami co do Degeneracji i się nie zawiodłem. Otrzymałem świetną rozrywkę w postaci szybkiej i wspaniale zaprezentowanej akcji, fabuły nie dającej wiele do myślenia oraz bohaterów, którzy wpasowali się w konwencję. Jednym słowem, otrzymałem tego, czego mogłem oczekiwać po filmie RE po latach grania w gry ze stajni Capcomu. Polecam, warto zakosztować takiej dawki adrenaliny.
środa, 29 października 2014
"Faust" (1926), reż. F.W. Murnau
Friedrich Wilhelm Murnau był jednym z wizjonerów kina niemego i jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli. Choć połowa jego filmów zaginęła, a reżyser zmarł przedwcześnie (w wieku 41 lat zginął w wypadku samochodowym), to ta twórczość, która ocalała dobitnie pokazuje geniusz twórcy. O "Nosferatu- Symfonii Grozy" już pisałem i o ile właśnie ten film jest moim ulubionym dziełem kina niemego, to "Faust" pokazuje, jakie możliwości można było wycisnąć z technologii tamtych czasów.
Fabuła filmu dość wiernie śledzi skrypt, którym jest dramat Goethego o tym samym tytule. Archanioł (w filmie, w sztuce był to sam Bóg) zakłada się z Mefistofelesem o to, że diabeł nie będzie potrafił przejąć duszy Fausta, znamienitego doktora (alchemika byłoby tu w sumie lepszym określeniem), który stara się walczyć z epidemią siejącą spustoszenie wśród ludzi. Stawką zakładu jest los świata, o który oba byty walczą.
Tym samym Mefisto rozpoczyna kuszenie Fausta. Najpierw proponuje mu możliwość wyleczenia plagi i 24-godzinny powrót do młodego wyglądu. Diabeł jest jednak sprytny, idealnie planując koniec młodości Fausta na moment, w którym ma stanąć przed obliczem pięknej Księżnej Parmy. Faust zrozpaczony zgadza się na sprzedanie swej duszy w zamian za wieczną młodość. Pewnego jednak dnia, znudzony alchemik każe Mefisto zabrać się do domu, gdzie zakochuje się w pięknej Gretchen.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwie sprawy: genialna robota Murnaua, który nawet z dekoracji potrafił zrobić epickie widowisko (vide screen powyżej) i to właśnie scenografia jest tym co najbardziej przyciąga widza. Poza tym film jest bardzo dynamiczny, mało jest w nim dłużyzn, które niekiedy trapią inne nieme obrazy (zażyłość z teatrem ciągle jeszcze odczuwalna, w "Fauście" wyraźnie gasła). Poza tym mamy tutaj do czynienia z fantastycznie zrealizowanym studium upadku człowieka, pod wpływem emocji i chęci poczucia szczęścia i dostatku Faust pragnie więcej i więcej, nie licząc się z tym, że Mefisto ciągle ma asy w rękawie i że jego intryga zacieśnia się szybciej niż chciałby tego młody alchemik.
Moim jednak zdaniem na duże uznanie zasłużył tutaj Emil Jannings, grający właśnie Mefisto. Rewelacyjnie portretuje tutaj Diabła jako szalonego manipulatora, gotowego zniżyć się nawet do służenia swojej ofierze tylko po to, by ziścić swój szatański (nomen omen) plan. Mimika twarzy, zachowanie i kreacja Szatana absolutnie na mistrzowskim poziomie.
Gdybym miał szukać wad (oprócz tych, z dzisiejszego punktu widzenia, oczywistych, ale tych, które należy wybaczyć filmom niemych), to średnio kupuję to zakończenie w stylu Amor Vincit Omnia, średnio pasuje to do tonu, jaki prezentuje film (zdaję sobie sprawę, że jesteśmy tu wierni noweli, aczkolwiek ja opowiadam o filmie, więc mój punkt widzenia nie jest tak mylny, jak by komukolwiek mogło się wydawać). Myślę także, że śmierć Gretchen byłaby gwoździem do trumny Fausta, który zdając sobie sprawę z tego, co uczynił, oddałby się w ręce Śmierci (a może Szatana, kto wie). W zamian otrzymujemy bardziej słodkie niż gorzkie zakończenie.
Niemniej jednak zdecydowanie warto zapoznać się z "Faustem". Trwa on prawie 2 godziny, aczkolwiek nie będziemy się nudzić i o ile znajdziecie w miarę czystą (nie mam informacji co do tego, czy istnieje jakaś odrestaurowana kopia filmu) kopię, to zobaczycie, jak bawiono się kinem tuż przed pojawianiem się dźwięku w obrazie. Polecam.
piątek, 15 sierpnia 2014
"Dragonball: Ewolucja" (2009), reż. James Wong
UWAGA! TEKST MOŻE I PRAWDOPODOBNIE BĘDZIE ZAWIERAŁ ŚLADOWE ILOŚCI PRZEKLEŃSTW, CO WRAŻLIWSZYCH PROSZĘ O PRZYMKNIĘCIE NA TO OKA
James Wong, Ty podły sukinsynu.
Każdy człowiek na świecie ma coś, z czym dorastał, co pomagało mu przy zrozumieniu pewnych wartości i przy okazji dostarczało rozrywki, było stałym towarzyszem zabaw o podwórkowych dyskusji. Zabawki, gry wideo czy filmy towarzyszyły nam od zawsze i każdy ma coś ukochanego, bez czego nie wyobraża sobie dzieciństwa. Pokolenie, którego częścią byłem i jestem, miało przede wszystkim Dragon Ball'a. Jasne, Sailor Moon, Power Rangers, cosobotnie kreskówki na odkodowanym Canal+ były, ale DB to było coś więcej niż tylko bajka (zanim zaczniemy dyskusję, wiem, że anime to nie bajka, chcę tylko uprościć sprawę na rzecz recenzji), to było zjawisko. Przy okazji niekończących się bitew, fizycznych i dialogowych, mieliśmy tu do czynienia z epicką opowieścią o przyjaźni i poświęceniu, o dumie i honorze, o tym, że czyste serce przezwycięża nawet największe zło. Dragon Ball był dla nas pewnym źródłem moralnych wartości i jeśli miałbym odpowiedzieć swojemu dziecku na pytanie "czym jest przyjaźń?", pokazał bym mu przyjaźń Goku i Vegety. "Czym jest duma?", Vegeta, książę Sayian. "Czym jest miłość i poświęcenie?", Goku podczas Cell Games.
I WTEDY NADESZŁO HOLLYWOOD!
To jest jeden z tych filmów, które wystarczy obejrzeć raz, żeby zapamiętać na całe życie. Niestety, "Dragonball: Ewolucja" zostanie zapamiętana z kompletnie innych powodów, jako obraza dla każdego kto żywi choć trochę sympatii dla anime. Nie mam pojęcia, dlaczego Akira Toryiama nie wystąpił z grubym pozwem wobec Wonga i spółki za zdeptanie wszystkiego, czym był dla fanów Dragon Ball. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że znienawidzę film, medium które absolutnie uwielbiam i wokół którego kręci się mój świat, aczkolwiek Wong tego dokonał. Dokonał do tego stopnia, że dziś wolę mówić, że ten film nie istnieje, niż że kiedykolwiek go obejrzałem. I w tym miejscu powinienem zakończyć recenzję, po co pisać więcej i otwierać kolejne rany, prawda? Nie, to musi być powiedziane, średnia ocen na IMDB (2.8/10) nie kłamie, ludzie nienawidzą tego filmu, a jedyne oceny powyżej 1 to oceny ludzi, którzy nie znają pierwowzoru. Ale, zapytacie, co z tym filmem jest nie tak?
WSZYSTKO!
Wong miał wszystko, gotową fabułę (wczesny DB, pojedynek Goku z Piccolo), budżet (45 mln dolarów wystarczyłoby każdemu AMBITNEMU twórcy, żeby zrobić porządny film) i dobrych aktorów (chociaż Justin Chatwin jako Goku jakoś mi tu nie pasuje, włosy nie uczynią z Ciebie Goku, chłopcze). Co więc poszło nie tak? Cóż, fabuła jest piekielnie głupia i ma pełno dziur, aktorzy nie dają z siebie stu procent na planie, Bulma jest jakąś pieprzoną agentką specjalna, Yamcha nie istnieje, Roshi to żart, Kamehameha... Kamehameha... No żesz kurwa, tak nie można, nie mogę zachować poważnego tonu recenzji, gdy w taki sposób trawestuje się najbardziej legendarny, epicki i ukochany motyw serii. Kamehameha, ogromna fala energii, która decydowała o losach Ziemi wiele razy (pojedynek z Komórczakiem to tylko przykład), to tutaj jakaś cholerna Macarena! Zresztą nie mogę być gołosłowny, łapcie klip:
EDIT: Haha, wiecie co? Scena z mistrzem Roshim uczącym Goku Kamehameha jest tak żenujaca, że nie ma jej na YouTube! To mówi wiele. Nie ma sensu pokazywać pierwowzoru, wszyscy go znamy i wspomnienie tego, jak mogło być, będzie bolało bardziej.
Fabuła nie ma sensu, Goku jest uczniem szkoły średniej, zakochuje się w Chi Chi (w czasie trwania pierwszej serii Goku nawet nie wiedział, czym jest kobieta, bardziej zachodził w głowę dlaczego wszyscy nie mają ogona, tak jak on), ma nawet swojego łobuza, który nie daje mu żyć (oczywiście później odpłaca mu się z nawiązką). Wow, High School Drama, huh? Piccolo owszem gdzieś tam jest, ale w tle, film jest rozgrywany na utartych zasadach "główny bohater jest utrudzonym życiem uczniakiem, który musi stanąć na wysokości zadania wobec zła, które zagraża światu", na dodatek rozgrywa je kompletnie nie tak. Piccolo to żart, mutant szprycujący się sterydami, Bulma nie ma niebieskich włosów i jest jakąś agentką specjalną, nauka Kamehameha to śmiech na sali, a i sama egzekucja podczas finałowej "walki" jest godna pożałowania.
Najgorszą rzeczą jest to, że nie ma w tym filmie pozytywów, nie ma do czego się odwrócić w poszukiwaniu komfortu i strzępków bezpieczeństwa, wszystko jest złe i nie tak, nic się nie zgadza. A teraz najciekawsze, Wong w wywiadach twierdził, że chciał uczynić film bardziej realistycznym... Noż kurwa, katana w kieszeni się otwiera.
"Dragonball: Ewolucja" to absolutne zero, nawet gdyby nie miał za sobą anime i mangi, byłby nijakim filmem s-f, a biorąc pod uwagę, że ma za sobą niesamowitą historię i fanów, boli tym bardziej. Nie polecam absolutnie nikomu, palcie kopie DVD, powiedzcie znajomym, którzy jeszcze nie oglądali, a żywią choć trochę sympatii do Goku i reszty. Matko, co za dno.
PS. Miałem nie wstawiać, ale odezwała się we mnie nostalgia. PRAWDZIWE Kamehameha
niedziela, 3 sierpnia 2014
Jak pisać?
Nie jestem "zawodowym" krytykiem. Nie znam wszystkich filmów z wszystkich gatunków z wszystkich krajów, ba, nie odkryłem jeszcze wszystkich horrorów w historii (a wierzcie, gdy już myślicie że znacie wszystko, pojawia się film o nawiedzonej lodówce pożerającej ludzi). Dlaczego więc piszę ten poradnik? Właśnie dlatego, że nie jestem zawodowcem. Jestem pasjonatem, a moja miłość do gatunku pomaga czerpać inspirację w chwilach, gdy przychodzi do pisania. Postanowiłem więc wypisać kilka rad dla wszystkich, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z recenzowaniem dowolnych form sztuki (gry wideo to także sztuka, jeśli mi nie wierzycie, pograjcie w Limbo, a potem wróćcie), z punktu widzenia domorosłego krytyka. Zaczynajmy!
1. Nie bójcie się wyrażać swojego zdania
Recenzja to chyba najbardziej subiektywna forma oceny, nie ma czegoś takiego jak obiektywizm w wyrażaniu WŁASNEGO zdania. W związku z tym nie bójcie się komukolwiek narazić, tylko dlatego, że dany film Wam się podoba lub nie. Oczywiście musicie być przygotowani na wymianę argumentów, przyszykujcie więc sobie od razu podstawy do dyskusji, żeby Wasz oponent nie mógł Was zaskoczyć. Najważniejsze jednak jest, byście się nie bali, jeśli coś się nie podoba, piszcie dlaczego. Jest to o tyle oczywiste, co konieczne (nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, a z recenzji do hejtu krótka droga), ponieważ nie można pisać "nie podoba mi się X, bo go nie lubię", to dziecinne.
2. Znajomość tematu
Mam tu na myśli przede wszystkim znajomość gatunku wokół którego się obracacie, jego historii i korzeni, wpływu wcześniejszych filmów na ten recenzowany. Musimy też brać pod uwagę ograniczenia różnego rodzaju (np. ograniczenia techniczne związane z datą produkcji obrazu vide "Frankenstein" z 1910 roku), budżet filmu czy chociażby obsadę (oczywiste chyba jest to, że amatorzy będą grali inaczej i trzeba na nich spojrzeć łaskawszym okiem). Nikt również nie karze Wam znać absolutnie wszystkich filmów, aktorów, reżyserów itd. ale odpowiedni research jest absolutnie konieczny. Polecam przy tym największa internetową bazę filmową na świecie, zawiera ona wszystkie potrzebne informacje i dużo, dużo więcej, przy każdym filmie wypisane są ciekawostki, odniesienia, czy chociażby wyjaśnienia elementów fabuły, przy których czasem drapiemy się po głowie. Recenzje użytkowników serwisu również bywają bardzo pomocne. Taki research powinien trwać tak długo, dopóki nie upewnicie się w tym, co chcecie napisać z prostej przyczyny, o ile gafy zdarzają się każdemu, o tyle pomyłki wynikające z niewiedzy są niewybaczalne (o ile nie rozmawiamy o tematach mocno niszowych).
3. Krótka recenzja to też recenzja
Zauważycie z pewnością, że niektóre teksty są krótsze od innych. Jasne, każdą recenzję można streścić w jednym słowie, "dobry", "zły", "kicz", "geniusz" itd. Nie ma co bać się długich tekstów, jednak nie przeciągajcie tematu, jeżeli nie ma o czym pisać, ponieważ film był nijaki, napiszcie właśnie o tym i dlaczego tak uważacie. Podstawowy błąd, jaki możecie popełnić, to wyznaczenie minimalnego limitu słów/znaków. Wierzcie mi, że czasem nie ma po prostu o czym pisać, a czasem jesteście tak zachwyceni/zniesmaczeni obrazem, że chcecie o tym pisać i pisać i pisać, żeby wszyscy poznali Wasze zdanie. No właśnie, Wasze zdanie jest najważniejsze, więc piszcie tak, żeby to było Wasze dzieło.
4. Deadline
Jeśli nie piszecie dla jakiegoś pisma, które terminy oddania ma z góry wyznaczone, to nie róbcie sobie krzywdy ustalania terminu pisania. Takie postępowanie blokuje wenę i powoduje niepotrzebne błędy. Ja z reguły robię tak, że z danym filmem muszę się "przespać", robię tylko mentalne notatki (tak, po seansie siedzę chwilę i rozmyślam o tym, co mi się podobało a co nie, tak łatwiej zapamiętać szczegóły filmu, co jest pomocne w obrazach, które nie są najlepsze), a potem odkładam pisanie na następny dzień. W przypadku niektórych filmów warto zrobić bardzo dokładny research, zwłaszcza przy produkcjach "ambitnych", po to, żeby zrozumieć zamiar reżysera czy też odczytać niektóre symbole zawarte w obrazie. Przede wszystkim jednak, nie piszcie zaraz po zakończeniu seansu, za dużo jest wtedy emocji, dekoncentracji i tekst może się okazać bublem. Notatki tak, recenzja "na gorąco" nie.
5. Ograniczcie się do jednego gatunku
Nie ma na świecie omnibusów, jest tylko kilku krytyków na świecie, którzy są w stanie ogarnąć zagadnienia wszystkich gatunków filmowych, a i nawet oni czasem popełniają błędy. Każdy człowiek ma swój ulubiony gatunek, starajcie się więc ograniczyć do tego jednego, z prostych powodów. Po pierwsze, macie wtedy większe szanse na poznanie specyficznych cech, podgatunków, wyznaczników gatunkowych, aktorów specjalizujących się w danym gatunku i filmów, które wygrzebujemy gdzieś z samego dna zapomnienia. Po drugie, jeśli poznacie dany gatunek na wylot, macie szansę stać się ekspertami w danej dziedzinie, a stąd krótka droga to wykładów, konferencji i tego typu podobnych imprez (bez pomocy z zewnątrz prawdopodobnie się nie obędzie, mnie bardzo pomogło Koło Krytyków Filmowych UŁ), a uwierzcie mi, że takie wyjazdy to kupa zabawy i szansa na pogłębienie swojej wiedzy.
Mając takie podstawy, możecie śmiało zaczynać krytykę filmową. Oczywiście są ludzie, którzy skrytykują mój brak profesjonalizmu, na co ja odpowiem, że wiedzie mnie pasja i to ona zaniosła mnie tu, gdzie jestem teraz. Jeżeli coś kochacie i macie zdanie na dany temat, dzielcie się nim i nie bójcie się go, bo jeśli się przygotujecie, to jesteście w stanie wygrać każdy spór.
PS. Dziękuję Wam za wsparcie, nie było mnie ponad miesiąc tutaj, z powodów różnych, czasu mi raczej nie brakuje, ale są chwile, kiedy odmawia psychika. W związku z tym, dziękuję, że jesteście i czytacie, to właśnie napędza mnie do działania. Wracam z nowymi siłami, a czeka nas niezła jazda, na początek "Dragonball: Ewolucja", a to tylko przedsmak tego, co Was czeka. Do następnego!
czwartek, 5 czerwca 2014
"Diabelskie nasienie" ("Devil's Due"), 2014, reż.
Problem z filmami found footage jest tylko jeden: obecnie mamy ich przesyt. Oprócz wymówki dla małego budżetu (7 milionów dolarów wcale nie brzmi skromnie, ale jeśli spojrzymy na koszty produkcji innych "większych" produkcji, to faktycznie wypada spojrzeć na tę sumę z politowaniem) i chęci wykorzystania sposobu kręcenia dla łatwych oraz tanich "straszaków" ("Rec"), trzeba czegoś więcej, żeby w dzisiejszych, trudnych dla horroru, czasach wystraszyć widza. Osobiście nie jestem fanem tego typu produkcji. Owszem "Blair Witch Project" był niezły, "Cannibal Holocaust" nawet dobry, "POV: A Cursed Film" też był ciekawy, aczkolwiek nigdy nie spodziewałem się, że ten podgatunek znajdzie aż tylu naśladowców. Z drugiej strony, do kręcenia takich filmów nie trzeba dużych pieniędzy, efekty można przygotować samemu, a i nie potrzeba do tego aktorów z najwyższej półki. Wydaje się jednak, że moda na kalkowanie "Rec" i "Paranormal Activity" ustaje, niedawno jednak do kin wszedł najnowszy obraz dwójki reżyserów (Matta Bettinelliego- Oplina oraz Tylera Gilletta), którzy doświadczenie zdobyli przy kręceniu "V/H/S" (przyzwoity film, niedawno ukazał się sequel), "Diabelskie Nasienie".
Fabuła filmu opowiada o młodym małżeństwie, Samancie (Allison Miller) i Zacku (Zach McCall), którzy na swoją podróż poślubną wybrali urokliwą Dominikanę. Obsesją (nie można tego nazwać hobby, o czym później) Zacka jest kręcenie kroniki rodzinnej (którą zaczyna dzień przed ich ślubem), w związku z czym filmuje on każdy dzień ich pobytu na wyspie. Ostatniej nocy gubią się, odnajdują jednak taksówkę, której kierowca namawia ich, żeby pojechali z nim do "tajemniczego miejsca", gdzie czeka ich doskonała zabawa. Po krótkiej dyskusji młoda para udaje się taksówką we wskazane miejsce, żeby odnaleźć podziemny nocny klub. Wszystko idzie doskonale, młodzi bawią się doskonale, aż do momentu, w którym oboje padają z przepicia (możliwe, że związane są z tym narkotyki, nie widziałem, żeby ktokolwiek coś im dopisywał). Kierowca okazuje się wyznawcą dawnej sekty, której zadaniem jest (oczywiście) sprowadzenie Antychrysta na świat (sekty, której logo do złudzenia przypomina mi logo gry "Quake 2"), w związku z czym przenoszą nieprzytomną parę do miejsca rytuału i tam zapładniają kobietę (nie dosłownie, przy pomocy jakiegoś zaklęcia. Przy okazji, niezłe efekty specjalne)). Kilka dni po powrocie Samantha powiadamia Zacka o ciąży. Początkowa radość szybko ustępuje po tym, jak Allison zaczyna zachowywać się najpierw nietypowo, a później po prostu niebezpiecznie. Zegar tyka...
Motyw opętania, a ściślej mówiąc "diabelskiej ciąży" już widzieliśmy". Opętanie widzimy w każdym filmie o egzorcyzmie, "Dziecko Rosemary" przychodzi mi na myśl jeśli chodzi o szatańskie dziecko. Ważną rzeczą w tego typu obrazach jest budowanie napięcia do momentu rozwiązania, czyli de facto ostatniego aktu. I tutaj nie jest najgorzej, obserwujemy coraz poważniejsze objawy opętania w raz z późniejszymi stadiami ciąży, wszystko odegrane jest dobrze, działa tu brak muzyki albo ambient potęgujący napięcie kolejnych scen. Myślę tylko, że twórcy strzelili sobie w stopę metodą kręcenia filmu, bowiem Zack obsesyjnie wręcz filmuje każde wydarzenia z życia swojej rodziny, co czasem przechodzi w absurd np. gdy Samantha czuje się fatalnie i idzie na badanie wód płodowych, podczas którego przeszywa ją niesamowity ból. Albo gdy para wraca przez parking, a Samantha w napadzie furii gołymi rękoma rozbija szyby przypadkowego auta, które niecelowo prawie w nią uderzyło. Na prawdę chcesz to pokazać swojemu dziecku, Zack? To będzie właśnie film puszczany podczas rodzinnych pikników w ogródku? I wiem, że można poszczególne sceny z kamery wyciąć jednym kliknięciem, ale takie rzeczy powtarzają się do końca filmu. Później wprawdzie mamy ukryte kamery rozmieszczone w całym domu, ale nie poprawia to rany w stopie reżyserów. Drugim poważnym problemem w mojej opinii jest scena, gdzie Zack przegląda nagrania z podróży poślubnej w celu znalezienia jakichś wskazówek co do zachowania żony. Klik! I jesteśmy w jednej z pierwszych scen filmu. Klik! I z zegarmistrzowską precyzją jesteśmy w kolejnej, rozpoczętej DOKŁADNIE OD MOMENTU, W KTÓRYM ZACZĘŁA SIĘ DANA SCENA! Tak nie może być, bez żadnego softu, specjalisty czy nawet, niech będzie, cholernego paska postępu.
Nie ma co się jednak rozwodzić nad wadami, bo jedna z nich to króciutki fragment (całe dochodzenie w stylu CSI trwa około 3-4 minut), a druga to po prostu styl prowadzenia filmu (chociaż powiem szczerze, że ukryte kamery, choć nie są powiewem świeżości, z pewnością są miłą chwilą oddechu od tej kamery). Polubiłem małe smaczki w postaci np. sceny w supermarkecie, gdzie Allison pożera surowe mięso, oczywiście pod wpływem płodu (Allison jest weganką), polubiłem również ostatnie sceny w domu młodej pary, mocne, soczyste, ale w pełni zrozumiałe z punktu fabularnego.
Dlaczego więc "Diabelskie nasienie" zbiera tak słabe recenzje? Szczerze mówiąc, nie wiem. Oczywiście, film nie jest dziełem wybitnym, ale co ważniejsze (i co powinno wiele osób zrozumieć) nie jest to w żadnym stopniu remake "Dziecka Rosemary", myślę po prostu, że jest to bardziej nowoczesne podejście do tematu, w dodatku przy użyciu nowoczesnych technologii. Efekty komputerowe nie drażnią, wręcz przeciwnie, pomagają w wywieraniu wpływu na widza (vide scena, w której siostrzenica Samanthy wchodzi do pokoju dziecka i zastaje tam opętaną kobietę), Allison Miller odrabia lekcje i daje solidny popis, mam pewne problemy co do roli Zacka, dość szybko staje się męczący przez swoje kręcenie, jest również trochę nijaki.
Poza tym, film ogląda się dobrze, 1.5 godziny przelatują szybko, sprawnie i z paroma skokami adrenaliny. I o to między innymi chodzi w horrorze. Polecam, dajcie "Diabelskiemu nasieniu" szansę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.jpg)





.jpg)

