wtorek, 6 stycznia 2015

Podróż w przeszłość (4): "Milczenie owiec" (1991), reż. Jonathan Demme

Zaskakujące dla mnie jest to, jak wiele psychologicznych horrorów miało wpływ na moją fascynację gatunkiem. Poczynając od gier ("Silent Hill", "Resident Evil") poprzez filmy ("Ju-On 2") rozwijałem zarówno siebie jak i pasję, która zapłonęła parę lat temu. I choć przyznaję, że bardziej krwiste pozycje nie są mi obce (ba, uwielbiam slashery i filmy o zombie, uważam również że scena gore jest źle rozumiana i niedoceniana), to właśnie filmy takie jak "Milczenie Owiec" miały na mnie największy wpływ. Wchodzimy więc w nowy rok z przytupem, będę dzisiaj wyłącznie chwalił, jedziemy!
Współcześnie dość rzadko się zdarza, żeby adaptacja książki odniosła sukces zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Thomas Harris pisząc swoją książkę nie miał zapewne pojęcia, jak ważną franczyzą stanie się "Milczenie Owiec" (rozrośnięte obecnie do pięciu filmów i serialu) oraz jak charakterystyczną postacią w świecie horroru będzie Hannibal Lecter. Ale od początku, tym którzy jakimś cudem nie widzieli filmu, należałoby przedstawić pokrótce fabułę obrazu Jonathana Demme.
W mieście szaleje seryjny morderca skrywający swoją tożsamość pod pseudonimem "Buffalo Bill", który nie dość że swoje ofiary torturuje, zabija, to na dodatek odziera je ze skóry. Młoda agentka FBI, Clarice Starling, musi podjąć współpracę z innym zabójcą, Hannibalem Lecterem, znanym z gustowania w ludzkim mięsie. Od pierwszego spotkania tych dwojga rozpoczyna się gra psychologiczna, w której to Lecter skutecznie punktuje słabości Starling (graną tu przez Jodie Foster), natomiast młoda agentka specjalna musi wyciągnąć informacje od doktora jednocześnie odkrywając samą siebie i walcząc z demonami przeszłości.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to film legendarny. Wszelkie pochwały wobec obrazu Demme'a zostały już pewnie wypowiedziane, mimo wszystko warto to powtórzyć. Atmosfera gniecie i nie puszcza, rzadko kiedy ogląda się tak ciężkie filmy. Widać to zwłaszcza w scenach z Lecterem (Anthony Hopkins wycisnął z 16 minut, w których był na ekranie, absolutne maksimum), to właśnie rozmowy z agentką Starling jednocześnie napędzają fabułę i nadają jej tempo, dość powolne trzeba przyznać, jednak tempo, które w połączeniu z atmosferą dają niesamowity efekt. I choć przyznać trzeba, że Buffalo Bill blednie przy postaci doktora Lectera, to i on wykorzystuje w pełni potencjał postaci. Jest psychopatyczny, nie ma żadnych skrupułów i posiada swój chory rodzaj motywacji.
Ale skąd tu inspiracja do pasjonowania się horrorem? "Milczenie owiec" dobitnie pokazuje, że największym potworem może być człowiek, Twój sąsiad, Twój szef, współpracownik, sprzątaczka, ktokolwiek. Hannibal Lecter jest miłośnikiem kultury wyższej. Oczytany, piekielnie inteligentny psycholog-meloman, który zdecydowanie potrafi oczarować swoją charyzmą, żeby chwilę później podać Twój mózg na talerzu, oczywiście dobrze wypieczony. Stąd właśnie "Milczenie owiec" gości tutaj, jest to film, który zdecydowanie potrafi przytłoczyć atmosferą i choć ze strachem może mieć to mało wspólnego, to jednak uczucie silnego niepokoju jest tu najważniejszym czynnikiem. Nie da się z jednej strony ukryć, że bez postaci Hannibala Lectera ciężko by było stworzyć podobną historię, tak na prawdę to wokół doktora kręci się fabuła zarówno tego, jak i reszty filmów.
Z całego serca polecam "Milczenie owiec" tym, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć tego znakomitego obrazu. Zrozumiecie wtedy, że potwór kryje się w każdym z nas.

piątek, 26 grudnia 2014

"Kotoko" (2011), reż. Shinya Tsukamoto

Przyznam na samym początku, że musiałem przeczytać recenzję "Kotoko", żeby w pełni zrozumieć znakomitość tego filmu. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że interpretacja obrazu Tsukamoto, znanego i uwielbianego undergroundowego twórcy klasyków takich jak "Tetsuo: Człowiek z żelaza" czy "Tokyo Fist" jest dość jednoznaczna. Chciałem zacząć ten tekst od stwierdzenia, że samotne macierzyństwo to potężna orka. Pójdźmy krok dalej i przedstawmy pokrótce fabułę "Kotoko".
Kotoko (w tej roli Cocco, gwiazda J-popu) jest samotną matką z trudem godzącą swoją pracę (która nie jest mi do końca znana, gdyż ludzie siedzą i podkreślają te same zdania, kredkami lub czymkolwiek innym) i wychowanie syna, Daijiro. Na razie nie brzmi najgorzej, prawda? Dorzućmy do tego przypadłość polegającą na tym, że Kotoko widzi ludzi podwójnie tzn. widzi ich dobrą i makabrycznie złą stronę (podobnie do ostrej psychozy maniakalnej). Nie mogąc odróżnić, które odbicie jest prawdziwe, jej życie jest ciągłym koszmarem, co zresztą widać w kilku bardzo ciekawych i niepokojących scenach. Kotoko tnie się regularnie, żeby sprawdzić czy to co odczuwa jest prawdą czy złym snem. Cała ta sytuacja doprowadza do najbardziej przerażających dla niej omamów, podczas których wydaje jej się, że zabija swojego synka. Doprowadza to do utraty władzy rodzicielskiej, Daijiro trafia do siostry głównej bohaterki. Niedługo potem Kotoko poznaje Seitaro Tanakę, znanego autora książek, który przyciągnięty jej śpiewem zaczyna ją prześladować, co doprowadza do bardzo dziwnego i niepokojącego związku (miłość ponad wszystko czy już obsesja?).
Dalej jest dobrze, ale tylko na chwilę. Nie chcę zdradzać, co dzieje się do końca filmu, ale warto wytrzymać, ponieważ Tsukamoto nie idzie ku szczęśliwemu zakończeniu. I całe szczęście, ponieważ zepsułoby to ideę obrazu, czyli pokazanie przegranej z góry walki Kotoko z samą sobą, jej chorobą i samotnością.
"Kotoko" zawdzięcza swój sukces wspaniałej kreacji Cocco, która włożyła w rolę cały wachlarz swoich umiejętności. Nie tylko cudownie śpiewa (co swoją drogą doskonale wpisuje się w wydarzenia prezentowane na ekranie i kreuje fantastycznie niepokojącą atmosferę), ale pokazuje też warsztat aktorski, którego może pozazdrościć niejeden hollywoodzki aktor czy aktorka. Dawno nie czułem się tak nieswojo oglądając psychologiczny horror, momentami nawet można się przestraszyć (przyznaje, że dzieje się to głównie podczas majaków bohaterki, aczkolwiek jest dobrze), wszystko w tej warstwie jest tak, jak być powinno. Drugą ważną postacią jest tu sam reżyser, który wcielił się (tradycyjnie sam bierze na siebie jakąś rolę i to niekoniecznie epizodyczną, w "Tetsuo" zagrał głównego bohatera) w Tanakę, prześladowcę Kotoko, która ostatecznie się z nim związuje (inna sprawa, że charakter tego związku jest... um... delikatnie rzecz ujmując chory). Tanaka zakochuje się w kobiecie, która znęca się nad nim fizycznie, nie chce przyjąć jego oświadczyn i wcale nie traktuje go jak swojego mężczyznę. Problem w tym, że on jest zakochany do szaleństwa, przyjmuje to rozmiary wręcz obsesyjne.
Opowiedziałem wcześniej, że "Kotoko" to horror o tym, że macierzyństwo, dzięki nieustannym trudom, niemocy przy radzeniu sobie gdy wszystko się wali (jest w filmie taka ikoniczna scena, gdy Kotoko przeżywa załamanie, kiedy nie może uspokoić dziecka, przypala swój obiad, doznaje oparzenia od patelni, żeby w końcu usiąść pod ścianą i kompletnie pęknąć), rzekłbym wręcz że dla samotnej kobiety to może być najgorszy koszmar. Tsukamoto jednak nie drwi, ba jest jak najbardziej daleki od tego, film jest swego rodzaju hołdem dla wszystkich strudzonych matek, które samotnie muszą radzić sobie z utrzymaniem i wychowaniem dziecka, dokładając do tego chorobę psychiczną głównej bohaterki czyni swoje dzieło czymś więcej..
Gdybym miał przed czymś przestrzec potencjalnego widza "Kotoko", to z pewnością powiedziałbym, że film wymaga cierpliwości w odbiorze. Tempo jest powolne, ale służy podkreśleniu ogromu wyzwań, którym musi nasza bohaterka sprostać. Nie sposób nie zgodzić się również z twierdzeniem, że mamy tu do czynienia raczej z dramatem psychologicznym aniżeli z horrorem. Z drugiej strony gdy popatrzymy na sceny majaczącej na jawie Kotoko czy momenty w których do akcji wkracza Tanaka możemy wysunąć śmiałe argumenty w przeciwną stronę. Moim zdaniem jest to jak najbardziej horror psychologiczny i to wyjątkowo udany. Potrafi jak mało który film wryć się w psychikę i wiercić tam dziurę, niejednokrotnie wywołując uczucie niepokoju. Warto poświęcić 1,5 godziny na seans, obraz pokazuje, że kino azjatyckie na prawdę jest warte uwagi. Szczerze polecam.

piątek, 19 grudnia 2014

"Tokyo Ghoul" (2014), reż. Shuhei Morita

Anime to wyjątkowo ignorowane medium w społeczeństwie. Oceniane jako miałka rozrywka (padają oczywiście określenia w stylu "chińska bajka", ale zaściankowych teorii nie trzeba komentować) dla ludzi, którzy wychodzenie z domu i kontakty społeczne traktują jako ostateczną konieczność, anime co chwilę pokazuje, że jest czymś więcej. Tytuły takie jak "Gilgamesh" czy "Wolf's Rain" wyrastają ponad standard, z jakim polska publika miała do tej pory do czynienia (przyznać trzeba, że "Tsubasa" czy "Yataman" nie były mistrzostwem scenopisarstwa). Gdyby zagłębić się dalej w listę dostępnych serii, każdy znalazłby dla siebie coś, co odpowiadało by gustom każdego z nas. Jako, że pasjonuje mnie horror, to ten właśnie gatunek jest u mnie na pierwszym miejscu w kategorii poszukiwanych. Znaleźć jednak tytuł, który może kogoś wystraszyć jest zadaniem karkołomnym. Nie dlatego, że jest to niemożliwe, dzieje się tak dlatego, ponieważ w japońskiej animacji dominują raczej tytuły gore, seriali stawiających na atmosferę jest stosunkowo niewiele (pamiętam niedawno odkryte "Kakurenbo", krótkometrażową wariację na temat zabawy w chowanego), stąd też dzisiaj spojrzymy na świeżutkie anime, "Tokyo Ghoul".
"Tokyo Ghoul" to anime, które oprócz krwistej treści, stara się również wywrzeć wpływ na psychikę widza, poniekąd odnosząc sukces. "TG" odpowiada historię Kanekiego, który pewnego dnia poznaje tajemniczą kobietę, która okazuje się ghoulem, istną plagą Tokio, istotą żywiącą się ludźmi w celu podtrzymywania sił życiowych. Chłopaka ratuje cud w postaci zawalonej konstrukcji budowlanej, która przygniata jego i Rize. Ratuje go również nowoczesna medycyna, dzięki której część organów ghoula zostaje przeszczepiona Kanekiemu. Prowadzi to jednak do tego, że chłopak staje się hybrydą człowieka i ghoula, z apetytem na ludzkie mięso, ale również z ogromną blokadą psychiczną, która stawia pytanie "kiedy człowiek przestaje być człowiekiem?".
Dalej obserwujemy rozwój Kanekiego, wspomagany przez Anteiku, organizację "dobrych ghouli" oraz przez poznanych Ghouli, Tokę (wieczne wkurzona dziewczyna z miękkim sercem), Higami (13- letnią dziewczynkę, która po zabójstwie jej matki, znajduje brata w osobie Kanekiego) i resztę bardzo interesujących i niekiedy absolutnie szalonych postaci (Tsukiyama przewodzi stawce, ghoul-kanibal z dziwnym fetyszem na punkcie Kanekiego, przebija go chyba tylko Suzuya, absolutny świr, którego nie sposób nie uwielbiać). Wszystkie te persony są niezwykle interesujące, a ich historie potrafią nie tylko przerazić, ale niekiedy również poruszyć serce (przykładem niech będzie historia Nishio i jego miłości do ludzkiej kobiety).
Poruszyłem jedynie wierzchołek góry lodowej. Mamy jeszcze CCG, czyli policję zajmującą się eksterminacją ghouli, no i rzecz jasna złych ghouli, które dzielą się na kilka grup (póki co mamy koniec pierwszego sezonu i zostały one dopiero naruszone, więc nie mogę ich tu opisać), opisanie każdej postaci po kolei zajęło by zdecydowanie zbyt dużo czasu, pierwszy sezon skupia się głównie na Anteiku i Kanekim.
O "Tokyo Ghoul" można mówić w samych superlatywach. Animacja jest rewelacyjna, szybka i płynna, doskonale ukazuje każdy szczegół walk, postaci i efektów jakie wywiera na nich każda akcja. Jest krwawo, aczkolwiek mam ogromny zarzut do studia Funimation. Dlaczego w 2014 roku, w anime z kategorii horror i +18 mamy do czynienia z cenzurą? Zabieg marketingowy? Czekacie, żeby wydać edycją "X-rated" na DVD? Nieładne zagranie zwłaszcza, że najbardziej efektywne dla fabuły i efektowne dla widza sceny są bardzo krwawe i oglądanie ich w negatywie bardzo psuje zabawę. Animacja w tym anime działa bardzo mocno w kwestii straszenia. Na szczęście obyło się bez tanich straszaków, mamy tu do czynienia z mocnym wierceniem psychiki (ostatnie dwa odcinki to już jazda bez trzymanki), twórcy nie cofają się przed niczym, i całe szczęście, dawno nie oglądałem tak mocnego anime, które zachowuje swoją strukturę od początku do końca, choć trzeba przyznać, że środkowe dwa trzy odcinki raczej zwalniają tempo, co jednym może wydawać się dobre aby wziąć oddech, mnie jednak przydałoby się dalsze zawiązanie akcji.
Podobny zarzut mam pod względem głównego bohatera serialu. Walka Kanekiego o zachowanie człowieczeństwa jest fantastyczna, ukazana doskonale pod względem graficznym i dźwiękowym. Ostatnie dwa, trzy odcinki to również rewelacja, gdy młody ghoul ma już dość tortur i daje się zabrać "ciemnej stronie mocy" w bardzo efektownym finale sezonu. Za to środek? Wolny, Kaneki prawie zostaje odsunięty na bok, tak bardzo nic nie znaczy dla fabuły, pojedyncze zrywy i jego interakcja z Higami niespecjalnie ratują sytuację. Ogólnie rzecz biorąc, lubię Kanekiego, chciałbym jednak, żeby jego postać trochę bardziej ewoluowała w trakcie trwania anime.
Cóż więcej można powiedzieć? Obecnie nakręcony został jeden sezon, drugi planowany jest na początek 2015 roku i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. "Tokyo Ghoul" to bardzo dobre anime, wymykające się standardom "od zera do bohatera", które nie oszczędza na efektowności, jednocześnie wiercąc widzowi dziurę w głowie, efektywnie stosując presję na psychice. Polecam zdecydowanie zapoznanie się z tytułem, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami japońskiej animacji.

piątek, 28 listopada 2014

"Resident Evil: Damnation" (2012), reż. Makoto Kamiya

TEKST MOŻE ZAWIERAĆ ŚLADOWE ILOŚCI NAWIĄZAŃ DO SERII GIER RESIDENT EVIL. BĘDĘ STARAŁ SIĘ TŁUMACZYĆ ILE SIĘ DA, ACZKOLWIEK NIE WSZYSTKO DAM RADĘ POWIEDZIEĆ, W ZWIĄZKU Z CZYM ZACHĘCAM WAS DO POCZYTANIA O RE, ZWŁASZCZA OD CZĘŚCI CZWARTEJ, BĘDZIE TO NA PRAWDĘ CIEKAWA LEKTURA

Resident Evil to bez wątpienia jedna z najbardziej zasłużonych marek w świecie horroru w grach komputerowych. Jako pierwsza połączyła elementy survival horroru z wartką i niemal nieprzerwaną akcją. Z filmami bywa, delikatnie mówiąc, różnie. O ile pierwszy RE był znośny, to kolejne były "popisami kreatywności twórczej" Paula W.S. Andersona i jego żony, Mili Jovovich (czy muszę dodawać, że Mila gra w filmach główną bohaterkę, teraz to już chyba podobną do Neo z Matrixa z tymi wszystkimi klonami i supermocami, Jill?). Im dalej w las, tym gorzej, a im gorzej, tym więcej bullet time'u, który przejadł się już dawno i dziś praktycznie oznacza brak pomysłów na realizację scenariusza, który w filmach brnie w oparach absurdu, próbując pozbierać do kupy to, co kiedyś było skryptem. Iskierką nadziei był Resident Evil: Degeneration, zrealizowany przez Capcom przy pomocy CGI (Computer Graphical Interface- krótko mówiąc, wszelkiego rodzaju efekty komputerowe, czasem robi się z tego pełnometrażowe produkcje) przyzwoity film, który dał fanom gier to, czego oczekiwali po filmach: w miarę prostego (powiedzmy sobie szczerze, RE:D nie jest mistrzostwem scenopisarstwa) scenariusza i wartkiej akcji z ulubionymi bohaterami w tle. Jasne, niektóre wątki średnio do siebie pasowały, niemniej jednak nie było rozczarowania. W 2012 roku Capcom przy pomocy Sony dało nam drugi film pokazując jednocześnie, że kto jak kto, ale oni wiedzą o co chodzi.
Fabuła jest prosta: Leon Kennedy (stały bywalec serii) znajduje się w środku fikcyjnego państwa we wschodniej Europie w celu znalezienia prawdy na temat rzekomego użycia BOW-ów (B.O.W- Biological Organic Weapons, w skrócie chodzi o kontrolę Lickerów i ludzi zmienionych w zombie przy pomocy Plagi, elementu fabuły który początek swój ma w RE4) w wojnie domowej, która dotknęła ten region. Mimo rozkazów wycofania, Leon za wszelką cenę chce odkryć, co się dzieje i wkracza w sam środek pola bitwy..
Historia niezbyt skomplikowana, przebiega wokół utartego scenariusza pełnego cliche i dość oczywistych zwrotów akcji. Nie jest to jednak zła rzecz, ponieważ film przez 100 minut nie zwalnia akcji prawie w ogóle. A tam gdzie zwalnia, mamy dosyć mocne sceny, w których dawni towarzysze w obliczu przemiany w zombie muszą dokonać jedynej słusznej rzeczy: strzelić (z drugiej strony takie momenty powtarzają się ledwo dwa, może trzy razy, więc nie ma się za bardzo nad czym rozwodzić, niemniej jednak mnie osobiście te sceny się podobały). A tam gdzie wkraczała akcja, WOW, tam się działo. Należy zacząć od animacji, która jest kapitalna i udowadnia, że Capcom i Sony znają się na swojej robocie, polecam obejrzeć film co najmniej w rozdzielczości 720p, to daje pełen obraz, jak świetną pracę wykonały oba studia. Oczy musicie mieć ciągle na ekranie, żeby nie przegapić kolejnych scen, niemal galopujących przez ekran. Nie mogę przestać rozpływać się nad tym, co zobaczyłem, chociaż niespecjalnie przypadł mi do gustu fan-service w postaci Ady Wong (sama Ada jest ok, zadziorna i pewna siebie, ale Japończycy, choć subtelnie, nie uciekają od sugestywnych ujęć), to jednak jestem w stanie wybaczyć. Leon i Ada co chwilę rzucają one-linerami przypominającymi złote lata filmów akcji, zwłaszcza "Szklaną Pułapkę", reszta bohaterów, choć stereotypowa do bólu, też daje radę, nikt nie odstaje, duży plus.
Największe wrażenie robią bez wątpienia potwory, choć mogłoby ich być troszkę więcej. Mamy zombie Plagi (w zasadzie są to ludzie kontrolowani przez pasożyta nazwanego Plaga), Lickery i trzy Tyranty, w liczbie ubogo, jednak zwłaszcza dwa ostatnie potwory nadrabiają jakościowo. Lickery są szybkie i niesamowicie niebezpieczne ze swoimi pazurami zdolnymi przedrzeć się przez niemal każdą powierzchnię, Tyranty natomiast to nieprawdopodobnie silnie i zwinne jednostki, dodatkowo mogące transformować się w prawdziwe monstra, niepowstrzymane maszyny śmierci (ani Leon ani jego towarzysz, Buddy, nie są w stanie zatrzymać ich mimo kontroli nad Lickerami). Sama finałowa sekwencja to kulminacja doskonałej animacji i wartkiej akcji, warto to zobaczyć żeby samemu się przekonać.
Słówko o ludziach, którzy nagrywali głosy na potrzeby filmu. Wykonali bardzo dobrą robotę, nawet Ci, którzy grali Słowian, spisali się dobrze. Niczego nie brakuje, wszystko jest na swoim miejscu i dobrze się tego słucha. Tak samo jest ze ścieżką dźwiękową, która idealnie wpasowuje się w rytm filmu, może się podobać.
Podszedłem do tego filmu z tymi samymi oczekiwaniami co do Degeneracji i się nie zawiodłem. Otrzymałem świetną rozrywkę w postaci szybkiej i wspaniale zaprezentowanej akcji, fabuły nie dającej wiele do myślenia oraz bohaterów, którzy wpasowali się w konwencję. Jednym słowem, otrzymałem tego, czego mogłem oczekiwać po filmie RE po latach grania w gry ze stajni Capcomu. Polecam, warto zakosztować takiej dawki adrenaliny.

środa, 29 października 2014

"Faust" (1926), reż. F.W. Murnau

Friedrich Wilhelm Murnau był jednym z wizjonerów kina niemego i jednym z jego najwybitniejszych przedstawicieli. Choć połowa jego filmów zaginęła, a reżyser zmarł przedwcześnie (w wieku 41 lat zginął w wypadku samochodowym), to ta twórczość, która ocalała dobitnie pokazuje geniusz twórcy. O "Nosferatu- Symfonii Grozy" już pisałem i o ile właśnie ten film jest moim ulubionym dziełem kina niemego, to "Faust" pokazuje, jakie możliwości można było wycisnąć z technologii tamtych czasów. Fabuła filmu dość wiernie śledzi skrypt, którym jest dramat Goethego o tym samym tytule. Archanioł (w filmie, w sztuce był to sam Bóg) zakłada się z Mefistofelesem o to, że diabeł nie będzie potrafił przejąć duszy Fausta, znamienitego doktora (alchemika byłoby tu w sumie lepszym określeniem), który stara się walczyć z epidemią siejącą spustoszenie wśród ludzi. Stawką zakładu jest los świata, o który oba byty walczą.
Tym samym Mefisto rozpoczyna kuszenie Fausta. Najpierw proponuje mu możliwość wyleczenia plagi i 24-godzinny powrót do młodego wyglądu. Diabeł jest jednak sprytny, idealnie planując koniec młodości Fausta na moment, w którym ma stanąć przed obliczem pięknej Księżnej Parmy. Faust zrozpaczony zgadza się na sprzedanie swej duszy w zamian za wieczną młodość. Pewnego jednak dnia, znudzony alchemik każe Mefisto zabrać się do domu, gdzie zakochuje się w pięknej Gretchen. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dwie sprawy: genialna robota Murnaua, który nawet z dekoracji potrafił zrobić epickie widowisko (vide screen powyżej) i to właśnie scenografia jest tym co najbardziej przyciąga widza. Poza tym film jest bardzo dynamiczny, mało jest w nim dłużyzn, które niekiedy trapią inne nieme obrazy (zażyłość z teatrem ciągle jeszcze odczuwalna, w "Fauście" wyraźnie gasła). Poza tym mamy tutaj do czynienia z fantastycznie zrealizowanym studium upadku człowieka, pod wpływem emocji i chęci poczucia szczęścia i dostatku Faust pragnie więcej i więcej, nie licząc się z tym, że Mefisto ciągle ma asy w rękawie i że jego intryga zacieśnia się szybciej niż chciałby tego młody alchemik.
Moim jednak zdaniem na duże uznanie zasłużył tutaj Emil Jannings, grający właśnie Mefisto. Rewelacyjnie portretuje tutaj Diabła jako szalonego manipulatora, gotowego zniżyć się nawet do służenia swojej ofierze tylko po to, by ziścić swój szatański (nomen omen) plan. Mimika twarzy, zachowanie i kreacja Szatana absolutnie na mistrzowskim poziomie.
Gdybym miał szukać wad (oprócz tych, z dzisiejszego punktu widzenia, oczywistych, ale tych, które należy wybaczyć filmom niemych), to średnio kupuję to zakończenie w stylu Amor Vincit Omnia, średnio pasuje to do tonu, jaki prezentuje film (zdaję sobie sprawę, że jesteśmy tu wierni noweli, aczkolwiek ja opowiadam o filmie, więc mój punkt widzenia nie jest tak mylny, jak by komukolwiek mogło się wydawać). Myślę także, że śmierć Gretchen byłaby gwoździem do trumny Fausta, który zdając sobie sprawę z tego, co uczynił, oddałby się w ręce Śmierci (a może Szatana, kto wie). W zamian otrzymujemy bardziej słodkie niż gorzkie zakończenie. Niemniej jednak zdecydowanie warto zapoznać się z "Faustem". Trwa on prawie 2 godziny, aczkolwiek nie będziemy się nudzić i o ile znajdziecie w miarę czystą (nie mam informacji co do tego, czy istnieje jakaś odrestaurowana kopia filmu) kopię, to zobaczycie, jak bawiono się kinem tuż przed pojawianiem się dźwięku w obrazie. Polecam.