poniedziałek, 10 marca 2014

"Maniac" (2012), reż. Frank Khalfoun

O giallo wiem stosunkowo niewiele. Żółte (z włoskiego "giallo" oznacza żółty, stąd nazwa gatunku) książeczki wydawane we Włoszech w latach 60. i 70. były krótkimi historiami z dreszczykiem. Czynnikiem je wyróżniającym była duża brutalność opisywana na łamach książek. Nurt ten szybko został zaadaptowany przez kino i niedługo później produkcji o tematyce giallo nie dało się zliczyć. "Suspiria", "Deep Red" czy "Blood and the Black Lace" to najgłośniejsze filmy tego gatunku, zdominowanego przez m.in. Dario Argento i Claudio Bavę. Amerykanie wyczuli w tej modzie spory pieniądz, w związku z czym również zaczęli kręcić giallo, z różnym skutkiem. Najbardziej udaną próbą zaadaptowania gatunku na amerykańskiej ziemi był "Maniak" z 1980 roku.
I choć giallo to gatunek już wymarły, to "Maniac" Frank'a Khalfoun'a jest nie tylko remakiem, ale także ambitną próbą złożenia hołdu dla tego nurtu. Próba całkiem udana, muszę przyznać.
W dzisiejszych czasach film musi się wyróżnić, żeby trafić do widza. W zależności od gatunku, w ramach którego reżyser zamierza operować, trzeba zaskoczyć czymś innym, to logiczne. W horrorze, którym mam przyjemność się zajmować, można to zrobić na kilka sposobów, znów zależnych od ram podgatunkowych (a wydawać by się mogło, że np. slasher to prosty do "zrobienia" gatunek). Można postawić na 3D, minimalizm, przesadny naturalizm, można postawić na atmosferę lub jej brak, gore lub opowieść o duchach itd. itp. Zmiana treści nie zawsze pomaga, w związku z czym Khalfoun zdecydował się na ciekawy zabieg, a mianowicie zaprezentowanie filmu z perspektywy seryjnego mordercy. Zabieg, który udaje się znakomicie, rzadko bowiem zdarza się, żeby widz tak "wszedł" w skórę psychopaty, poznał jego myśli, "kierował" jego rękoma, bezsilnie patrzył, jak Frank powiększa swoją makabryczną kolekcję. Przy czym wielkie brawa należą się Elijah Wood'owi za wykreowanie postaci głównego bohatera. Na większe uznanie zasługuje fakt, że Wood pracował w dość nietypowych warunkach:
Fabuła stanowi w zasadzie powielenie schematu o seryjnym mordercy z traumatyczną przeszłością. Frank jest właścicielem niefunkcjonującego sklepu z manekinami. Psychotropami stara się zakłócać demony przeszłości, czyli matkę, która zajmowała się prostytucją i, delikatnie mówiąc, nie interesowała się swoim dzieckiem. Pozostawiło to w nim traumę, która uniemożliwiła mu wejście w normalne relacje z kobietami. Ta sama trauma jak i (co tyleż intrygujące, co bardzo niepokojące) wspomnienia z chwil, kiedy czesał jej włosy, uwalniają w nim niepohamowaną żądzę mordu. Każda ofiara Franka musi być jednak idealna i spodobać się jego matce. Frank dochodzi do wniosku, że idealnymi figurami kobiecymi są manekiny, które od lat wytwarza i odrestaurowuje. Manekiny nie posiadają jednak włosów, a najlepsze peruki wytwarza się przecież ludzkich włosów.. Świeżo zdjętych z głowy...
Nie jest to film łatwy w odbiorze. Zastosowanie techniki POV (point of view) wzmacnia atmosferę niepokoju, w związku z czym postać Franka jest jeszcze bardziej niekomfortowa dla widza, bo co innego patrzeć na mordercę, a już całkowicie co innego "być" zabójcą. I to właśnie udaje się perfekcyjnie, czujemy się niewygodnie, śledzimy losy naszego bohatera z coraz większym niepokojem, wszystko zakończone słodko-gorzkim finałem. Czytałem wiele negatywnych opinii pod względem postaci Anny, która zafascynowana Frankiem i jego pracą, nawiązuje z nim znajomość, która znowu dla mężczyzny jest kolejnym impulsem. Opinie te opierały się o fakt, że żadna zdrowa psychicznie kobieta nie weszła by do miejsca, w którym cały czas panuje półmrok i którego jedynym rezydentem jest samotny facet zajmujący się manekinami. I o ile fakt ten aż krzyczy "UWAGA! UWAGA! NIEPOKOJĄCY CZŁOWIEK W ŚRODKU! NIE DOKARMIAĆ JEGO PSYCHOZY!", to wiele razy w kinematografii obserwujemy motyw tzw. niezdrowej fascynacji, która nie ma szans się pozytywnie zakończyć, często jednak dostrzegamy, że postaci są dla siebie stworzone, choćby dlatego, że mamy do czynienia z fikcją. Anna nie zna przeszłości Franka, nie wie jak się zachowuje w określonych okolicznościach, jedyne co ją interesuje, to niesamowita dbałość o szczegóły w jego pracy, jak i całkiem przyjemny charakter. Frank nie zachowuje się jak maniak przez cały czas, jest mentalnie zniszczonym człowiekiem, który nie potrafi opanować swoich demonów. Ale jest człowiekiem i właśnie to przyciąga do niego Annę.
Jedynym problemem dla mnie jest fakt, że kwestie Franka były nagrywane w studiu, co odziera film ze swojego realizmu i mocno psuje wrażenie, jakie swoją grą wywarł na mnie Elijah Wood. Poza tym efekty gore są bardzo dobre, morderstwa są mocne, a sam scenariusz, choć dość prosty i przewidywalny, jest zrealizowany na porządnym poziomie.
Jeśli więc chcecie obejrzeć one-man show w horrorowej stylistyce, to dajcie filmowi szansę. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Polecam

piątek, 7 marca 2014

"Cockneys vs zombies" (2012), reż. Matthias Hoene

Wielka Brytania dla horroru najwięcej wniosła w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dzięki wytwórni Hammer, wyznaczając swego rodzaju punkt ewolucji gatunku. Skończyła się era teatralności filmu, więcej było dosłowności, kolorowe obrazy robiły się bardziej krwiste, a nowe wcielenia znanych postaci, takich jak Drakula czy potwór Frankensteina (przy czym to Drakula jest bardziej zapamiętany, głównie dzięki Cristopherowi Lee), śmiało rywalizowały ze swoimi przodkami. Niestety, wytwórnia Hammer upadła (obecnie wspierana innymi studiami zaczyna powstawać z grobu, aczkolwiek są to próby raczej nieśmiałe) i brytyjska dominacja w horrorze skończyła się. Obecnie filmy grozy z Wielkiej Brytanii idą w jednym z dwu kierunków: albo są śmiertelnie poważne i często zamiast straszyć bardziej skupiają się na opowiedzeniu tragicznej historii (co zawsze wyjaśnia, czemu dany duch straszy, koniecznie w wiktoriańskiej scenerii) albo idą w czarną komedię. I to właśnie robią po mistrzowsku.
"Cockneys vs zombies" przedstawia historię braci, Terry'ego i Andy'ego, którzy nie chcą dopuścić, aby dom spokojnej starości, w którym przebywa ich dziadek, został wyburzony, a jego mieszkańcy przesiedleni do innych miejsc. W związku z tym wpadają na pomysł obrabowania banku, w czym pomaga im ich kuzynka Katy, kolega Davy i psychopata Mental Mickey, który ma kontener wypełniony bronią, co ma pomóc w negocjacjach z kasjerkami. Wszystko się sypie, gdy na miejsce napadu przybywają policjanci. Niedługo później, wszystko cichnie, a gdy nasi rabusie wychodzą z banku, ich oczom ukazują się zombie. W tym samym czasie rzeczone zombie przypuszczają szturm na dom spokojnej starości. Nie wiedzą jednak, że Ray, dziadek Terry'ego i Andy'ego, jest weteranem drugiej wojny światowej, i nie da sobie w taki sposób odebrać życia.
Wiem, że motyw napadu na bank to tylko tło, mało istotne w obliczu apokalipsy zombie. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że gdyby nie to, naszych bohaterów nie dałoby się lubić w sposób, w który ja ich polubiłem. Terry i Andy to zwykli ludzie, którzy przejmują się losem ich dziadka i nie chcą dopuścić do tego, żeby zakłócano mu emeryturę. Jednocześnie chłopaki zachowują się i rozmawiają jak normalni ludzie postawieni w nietypowej sytuacji, nie zamieniają się nagle w nieśmiertelnych herosów, co dodatkowo wzmacnia sympatię widza wobec nich. Ale nie można także zapominać o pensjonariuszach domu spokojnej starości, którzy nie chcą tak łatwo się poddać i zamienić się w zombie. Jeśli mają umrzeć, to na własnych warunkach i to motywuje ich do działania. Te proste zagrania to ogromny plus filmu, jednak i to blednie przy rewelacyjnym humorze, który dosłownie wylewa się z ekranu. Obejrzyjcie sobie tę scenę jako przykład tego, z czym mamy w filmie do czynienia:


Film jest wypełniony tego typu scenami, które bardzo umilają seans i sprawiają, że 88 minut, które spędzamy na seansie, nie jest czasem straconym. Bardzo podoba mi się również świadomość istnienia monstrum w uniwersum filmu. Prostym dialogiem, w którym jedna z bohaterek wyjaśnia czym jest zombie, popierając swoje słowa zdaniem "Przecież wszyscy to wiedzą", zniszczona zostaje bariera ignorancji, obecna w niemal każdym obrazie o żywych trupach (co dziwi i niekiedy bawi).
Po "Inbred" i "Stiches" trafiłem na kolejną perełkę, film który wie czym jest czarna komedia i znakomicie wykorzystuje tę wiedzę. Charakteryzacja zombie jest wykonana starannie, efekty gore się sprawdzają, tu i ówdzie widać jednak niedostatki budżetowe, co jest jednak na tyle nieistotne, że nie przeszkadza w cieszeniu się filmem. Okazuje się, że jeżeli weźmie się swój i film, jak i gatunek, którym się operuje nie do końca serio, można stworzyć coś dla wszystkich. Bać się może i nie ma czego, ale za to uśmiać można się do łez. Polecam z ręką na sercu.

środa, 26 lutego 2014

"Dark Touch" (2013), reż. Marina de Van

Problem w kategoryzowaniu horrorów tkwi w pewnej dowolności jego interpretacji. Weźmy za przykład "Carrie" Briana de Palmy (1976), który, jeśli mu się dokładnie przyjrzeć, z horroru przeradza się w dramat psychologiczny z elementem nadprzyrodzonym w postaci telekinetycznych mocy głównej bohaterki. Gdzie tu problem? Jedną ze składowych horroru (jedną ze składowych jego wielu gałęzi, ale nie wchodźmy w szczegóły, film grozy jest zbyt skomplikowanym gatunkiem na zwykłą recenzję) jest właśnie element nadprzyrodzony, co skutecznie czyni "Carrie" właśnie obrazem grozy. Oczywiście, sposób realizacji filmu skutecznie pomaga, geniusz de Palmy wychodzi tu na każdym kroku, aczkolwiek trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z dramatem samotnej i psychicznie maltretowanej dziewczyny, która w końcu "pęka" na oczach jej oprawców.
Po co ten wstęp? Otóż nie sposób nie odnieść wrażenia, że Niamh, główna bohaterka "Dark Touch", to inne wcielenie Carrie. Jednak subtelność, z jaką Marina de Van wyreżyserowała swój film, wyraźnie odróżnia obie dziewczyny, i to może się podobać. Już na początku pani reżyser serwuje nam jak gdyby kulminację gniewu dziewczynki (chociaż jeszcze ani ona ani widz nie zdają sobie z tego sprawy), gdy rodzice Niamh zostają zamordowani (w dość widowiskowych okolicznościach, trzeba przyznać), a ona sama jest tak wystraszona, że przypadkowo dusi swojego małego braciszka. Potem akcja zwalnia, a my obserwujemy ewolucję Niamh w nowej rodzinie. Nie jest to jednak powtórka z rozrywki, tylko ciąg dalszy jej życia, próba powrotu do normalności, przezwyciężenia tej traumy, której rodzice Niamh byli częścią.
Mam dwa problemy z tym filmem. Po pierwsze, irracjonalne zachowanie terapeutki Niamh, Tanyi, która nie mówi rodzicom zastępczym o tym, że dziewczynka była wykorzystywana przez niemal całe jej dzieciństwo, zasłaniając się tajemnicą lekarską. Moim zdaniem akurat rodzina zastępcza POWINNA o czymś takim wiedzieć, nie jest to nieistotna informacja, którą można spokojnie pominąć. To prowadzi do drugiego zgrzytu, czyli zachowania Nat i Lucasa Galin'ów. Nie zdają sobie sprawy z traumatycznej przeszłości Niamh, przez co kompletnie nie potrafią sobie z nią poradzić (swoją drogą dziwi mnie brak empatii u Nat i Lucasa, zachowują się tak, jak gdyby Niamh upadła i zdarła sobie skórę z kolana, podczas gdy na pierwszy rzut oka widać, że sprawa jest dużo poważniejsza) i co w konsekwencji prowadzi do zdarzeń, które widzimy w ostatnim akcie filmu.
Inną rzeczą jest wspomniane przeze mnie na początku kategoryzowanie horroru i zaszufladkowanie "Dark Touch" jako właśnie obrazu grozy. Nawet plakat promujący film opisany jest hasłem "What does evil look like?", a sama Niamh wygląda jak nawiedzona przez demona, podczas gdy mamy do czynienia z postacią tragiczną, której nikt nie jest w stanie (lub nie chce, ciągle mam wrażenie, że Nat i Lucas powinni przemyśleć swoje postępowania, w ich relacjach z Niamh nie ma miłości, tylko siłowe poszukiwanie rozwiązania) pomóc i która w konsekwencji tworzy w swojej głowie własne poczucie miłości i ochrony najbliższych. Finał jest moim zdaniem najmocniejszym punktem programu, a sam ostatni akt jest zbudowany doskonale, widzimy, że coś w Niamh pękło i nic już nie zatrzyma tragedii, której dziewczynka będzie sprawczynią.
Film trwa około 100 minut, nie jest to jednak czas stracony. "Dark Touch" w zasadzie nie cierpi z powodu dłużyzn, akcja nie jest najszybsza, ale konsekwentna, w związku z czym śledzimy losy Niamh z zainteresowaniem i współczuciem. Koniec końców, obraz Mariny de Van z pewnością nie jest horrorem, myślę, że pani reżyser wcale nie celowała w ten gatunek, znakomicie za to wykorzystała motyw z "Carrie" i przeniosła go na grunt opowieści o dziewczynce z tragiczną przeszłością. Rzadko bowiem zdarza się, że motyw wykorzystywania psychicznego i fizycznego dzieci jest pokazany tak subtelnie. Na koniec pozostaje pytanie: Czy wygrało dobro (w postaci Niamh)? Czy to właśnie dobro zawiodło, nie potrafiąc uratować cierpiącej duszy? Polecam obejrzeć "Dark Touch" i rozwiać te wątpliwości na własną rękę.

wtorek, 28 stycznia 2014

Podróż w przeszłość: Silent Hill (1999)

"Podróż w przeszłość" to cykl, w którym z punktu widzenia bardziej osobistego będę prezentował gry, filmy czy książki, które zaszczepiły we mnie pasję do horroru. Chciałbym, żebyście poznali genezę mojej fascynacji gatunkiem i niniejszym przedstawiam Silent Hill.
O filmach powiedziano wszystko, sam popełniłem recenzję drugiej części ze znamiennym podtytułem "Apokalipsa". Pierwszy film był średni, tu i ówdzie można było zobaczyć i nacieszyć oko czy ucho (syrena sygnalizująca tranzycję do Innego Świata, scena z pielęgniarkami), aczkolwiek obraz cierpiał na kompletny brak atmosfery miasteczka, a finał był absolutnie przegięty. "Apokalipsę" można opisać jednym słowem: bajzel. Popcornowa papka, z absurdalnym zakończeniem i jeszcze gorszym motywem walki Heather z jej aler ego. Powodem, dla którego piszę ten wstęp, jest niesamowity hype jaki towarzyszył pierwszemu filmowi. Działo się tak, ponieważ Silent Hill to jedna z najbardziej ukochanych przez fanów serii horrorów, tuż obok Resident Evil, jednocześnie będąc jednymi z najbardziej przerażających gier w historii przemysłu. Dość jednak dygresji, czemu Silent Hill był tak straszny?
Harry Mason wybiera się z córką Cheryl na wakacje do kurortu Silent Hill, znanego ze swojego spokoju. W pewnym momencie podróży Harry widzi wybiegającą na drogę dziewczynkę i próbując ją wyminąć powoduje wypadek, w którym traci przytomność. Po przebudzeniu zauważa, że Cheryl zaginęła, rozpoczyna więc poszukiwania w pokrytym mgłą miasteczku Silent Hill.
Wstęp do fabuły jest dość prosty, jednak to, co dzieje się później, przekracza wszelkie bariery strachu. Poszukując swojej córki, Harry trafia do uliczki, do której miała wbiec (kontury dziewczynki Harry zauważył we mgle). Tam następuje przejście do Innego Świata (Otherworld), którego chodnik składa się z przerdzewiałych krat, ściany pokryte są krwią i rdzą, otoczone drutem kolczastym.
Taki widok to tylko przedsmak koszmaru, który czeka Harry'ego i gracza, który powoli poznaje tajemnicę kryjącą się za porwaniem Cheryl i pobytem jej ojca w Silent Hill.
Gra postawiła poprzeczkę straszenia niebotycznie wysoko (co, swoją drogą, udało się powtórzyć przy okazji sequelu na PS2), przytłaczając gracza atmosferą osaczenia i samotności. Postaci, które napotykamy po drodze są tylko na chwilę i mimo, że od ich losu zależy jedno z sześciu zakończeń gry, nie pomagają nam one w walce, rozwiązywaniu zagadek czy eksploracji terenu. Jesteśmy więc tylko my i cisza, wszechogarniająca cisza przerywana czasami złowrogim ambientem i odgłosami radia, które sygnalizuje nam obecność potworów.
No właśnie, seria wprowadziła charakterystyczne dla siebie elementy, czyli radio i latarkę, nieodłącznych towarzyszy bohaterów poszczególnych gier. Radio sygnalizuje nam, że w pobliżu czają się stwory, a im głośniejsze trzaski, tym bliżej naszego bohatera czaiło się monstrum. Inną cechą charakteryzującą Silent Hill jest jego bardzo bogata symbolika. Żaden z protagonistów nie znajduje się w miasteczku przez przypadek, ponieważ Silent Hill to rodzaj czyśćca, w którym trzeba odbyć karę, żeby odkupić swoje winy. Każdy z potworów jest symbolem, odzwierciedleniem strachów, przeszłych czynów czy wyobrażeń na dany temat. Ikoną serii jest Piramidogłowy, będący w drugiej części sędzią i katem James'a, bohatera gry, który "w akcie łaski" pozbawia życia swoją chorą i cierpiącą żonę. Sama świadomość tego, że potwór, którego napotkamy, może być czyimś strachem (np. pielęgniarki w SH1 będące symbolem strachu Alessy, alter ego Cheryl/Heather, przed nimi), jest wystarczająco przerażający. Przez ciszę i ambient Konami stworzyło niepowtarzalne uczucie osamotnienia i beznadziei. Wreszcie, historia w grze opowiedziana jest w sposób mistrzowski, z punktem kulminacyjnym i finałową walką toczonymi u szczytu emocji.
W ciemnym pokoju ze słuchawkami na uszach (no bo jak inaczej grać w/oglądać horrory) gra jest przerażająca, ale jednocześnie przyciąga do ekranu z każdą mijającą minutą. Zagadki, których w Silent Hill nie brakuje, są przemyślane i niejednokrotnie bardzo trudne, wymagające niekiedy znajomości literatury. Czy potrzeba więc lepszej zachęty do zapoznania się z tytułem? Cóż, gra ma już 15 lat i ciągle nie doczekała się reedycji w HD, co niektórych może razić, zwłaszcza graczy wychowanych w erze gier, które częściej tylko ładnie wyglądają (patrzę na Ciebie, Homecoming). Dziwi to, zwłaszcza że druga i trzecia część ma swoje wydanie HD. Niemniej jednak polecam, jest to kamień milowy w dziedzinie wirtualnego straszenia i doskonała propozycja na zimowe noce, w których czaić się może cokolwiek...

sobota, 11 stycznia 2014

"Nosferatu- Symfonia grozy" ("Nosferatu, eine Symphonie des Grauens"), 1922, reż. F.W.Murnau

Uwielbiam wampiry. Napisałem już to, przy okazji recenzji "Stake Land" (tekst TUTAJ), ciekawego filmu, prezentującego wampiry z dzikiej strony, ukazujące je jako plagę. Istot tych nie stworzono jednak z taką myślą. Od początku ich istnienia w literaturze szły raczej ku romantyzmowi, trapione klątwą nieśmiertelności dusze, spragnione ludzkiej krwi. Z pewnością Bram Stoker, twórca najsłynniejszego wampira w historii, nie mógł przewidzieć, że jego kreacja stanie się tak popularna i trafi w końcu na srebrny ekran. Wszyscy znamy "Drakulę" z 1931 roku z fenomenalnym Belą Lugosim w roli tytułowej. Dystyngowany, tajemniczy i śmiertelnie niebezpieczny wampir doskonale wpisuje się w charakterystykę, jaką stworzył Stoker. 9 lat wcześniej powstał jednak obraz, który śmiało może patrzeć z góry na "Drakulę", "Nosferatu- Symfonia grozy"
Friedrich Wilhelm Murnau niewątpliwie był wizjonerem. Dał początek i wyznaczył ramy eksprezjonizmu niemieckiego, bardzo ważnego kierunku w horrorze, który to będzie inspiracją dla reżyserów przez najbliższe dziesięciolecia. Styl został stworzony dla ludzi, którzy w czasie kryzysu gospodarczego ówczesnych Niemiec szukali uwolnienia od czarnych myśli. Ekspresjonizm niemiecki to mieszanina powykręcanych kształtów, gra cieni, nastrój z pogranicza snu i jawy. Przez kilka lat styl ten dominował w kinie i mocno ukształtował pozycję horroru w kinematografii. Najbardziej zasłużonymi reżyserami owej ery byli Fritz Lang, Robert Wiene i wspomniany Murnau. Sama osoba reżysera jest interesująca, nakręcił ponad 50 filmów, z czego połowa zaginęła lub została zniszczona (jak w przypadku tego filmu, o czym za chwilę), te które się zachowały są znaczącymi obrazami. Osobiście miałem przyjemność obejrzeć "Fausta" z 1926 roku i muszę przyznać, że robi niesamowite wrażenie. Niestety Murnau zmarł w dość młodym wieku 43 lat w wypadku samochodowym, jestem ciekaw, jak mogłyby wyglądać jego filmy dźwiękowe. Dość dygresji, czym jest "Nosferatu- Symfonia grozy"?
Jeśli jest ktoś, kto nie wie, o czym jest film, to jest to adaptacja dzieła Brama Stokera stworzonego pod koniec XIX wieku. Ze względu na brak praw autorskich Murnau musiał na szybko (ponieważ, gdy dotarły do niego wieści o braku zgody Stokera na adaptację, reżyser już zaczął kręcić film) zmienić nazwiska i lokacje w swoim obrazie. I tak Drakula stał się hrabią Orlokiem, Jonathan Harker zmienił się w Huttera, Mina zaś stała się Ellen (lub Niną w zależności od wersji filmu), zmieniono wiktoriański Londyn na uliczki Wismaru i Lubeki. Fabuła jednak pozostała niezmieniona, młody Hutter zostaje wysłany do zamku Orloka w celu dobicia sprzedaży odosobnionego domu w Wisbourgu dla hrabiego. Podczas podróży zauważa niespokojne zachowanie mieszkańców Transylwanii, lecz mimo to ignoruje ich prośby o trzymanie się z daleka od zamku i dociera do celu, sprzedaje dom zauważając nietypowe zachowanie hrabiego. Gdy domyśla się, że Orlok może być wampirem, ten więzi Huttera w zamku i podróżuje do Wisbourga w celu zdobycia żony przedsiębiorcy, Ellen, której zdjęcie zauważył w medalionie Huttera i momentalnie się zakochał, rozpoznając w osobie Ellen swoją dawną miłość.
Nie da się uniknąć porównań z "Drakulą" powstałym 9 lat później. Obaj bohaterowie mają podobną motywację do swoich działań, zakochują się w kobiecie i pragną ją zdobyć. Jednak podczas gdy Lugosi był znacznie bardziej subtelny przez swój wygląd i styl, Max Schreck, aktor grający Orloka, jest na przeciwległym biegunie, jego postać od początku budzi strach (nie bez przyczyny słowo "schreck" tłumaczy się jako "strach", genialny zabieg marketingowy) i muszę przyznać, że to w jaki sposób gra Schreck wyzwala znacznie więcej przerażenia niż kreacja Lugosiego. Dużą zasługę ma w tym sam reżyser, umiejętnie wykorzystując grę cieni i aktora (ciekawostką jest to, że w całym filmie tylko raz widziano jak Schreck mrugnął powiekami... podobno miał też być rzeczywistym wampirem, wzbudzał strach w ekipie filmowej, co pokazano w filmie "Cień Wampira" z Johnem Malkovichem i Williamem Dafoe, obrazie własnie o "Nosferatu- Symfonia Grozy") stworzył ten hipnotycznie przyciągający spektakl. Pomaga również fakt, że żadna scena nie była kręcona w studiu, tylko w rzeczywiście istniejących lokacjach, co pomaga stworzyć wrażenie realizmu.
A jak film trzyma się po tylu latach? Rzecz jasna trzeba wziąć pod uwagę, że ponad 90-letni obraz będzie posiadał wszystkie wady i zalety filmów bez dźwięku. Zestarzał się jednak z godnością, nadal potrafi wywołać mały dreszczyk (szczególnie w słynnej scenie powstawania z trumny podczas podróży statkiem) i jest jednym z tych filmów, które znać trzeba, żeby poznać i zrozumieć historię filmu oraz jakie trendy wyznaczały kierunek jego rozwoju. Mam oczywiście świadomość, że współczesny widz może nie wysiedzieć przez 90 minut obrazu, w którym postaci nie słychać, muzyka jest niekiedy zbyt donośna, a obraz jest czarno-biały, dla mnie jednak jest to znikomy problem, ponieważ mamy do czynienia z klasyczną pozycją kina grozy, produkcją, która na stałe weszła do panteonu najlepszych horrorów w historii, a przede wszystkim filmem, który nadal jest ciekawy i potrafi wciągnąć. Polecam więc zapoznać się z tym dziełem jednego z najlepszych i najbardziej wpływowych reżyserów w historii, żeby zobaczyć jak straszono kiedyś.