wtorek, 12 marca 2019

"Projekt: Monster" ("Cloverfield"), 2008, reż. Matt Reeves


A więc Projekt:Monster? Nie wiem, ile zapłacono komuś, kto przetłumaczył dość prosty i enigmatyczny tytuł Cloverfield na język polski, ale nie było warto. No, ale dość już narzekań, bo film jest bardzo dobry. Sam zamysł jest stosunkowo prosty i tłumaczy zastosowanie found footage, które w tamtym czasie mogło już się powoli nudzić. Przypomnę, mamy rok 2008, jesteśmy świeżo po [REC], a świat oszalał na punkcie tej specyficznej metody kręcenia filmów. Osobiście fanem nie jestem, no ale jeśli ktoś robi coś dobrze, no to trzeba przyklasnąć. Jednocześnie trzeba dość nowatorsko podejść do tematu inwazji na naszą Planetę (oczywiście poza tym, że potwory atakują tylko Stany, ale to też dobrze, gdyby kosmici odwiedzili Łódź, to raczej pomogliby odbudować miasto), co też musi kompletnie zaangażować widza. Więc, albo robimy film długi i ciekawy, albo kręcimy szybko, chaotycznie i podnosimy poziom adrenaliny.

W ramach świętowania związanego z poważnym awansem Roba, dziewczyna jego brata, Beth, oraz jego przyjaciele organizują mu pożegnalne przyjęcie-niespodziankę. Na przyjęciu na chwilę pojawia się również Lily, wielka miłość Roba, który nadal kocha swoją byłą partnerkę. Oboje nie potrafią jednak zapomnieć o przeszłości i Lily opuszcza imprezę, zostawiając Roba w podłym nastroju. Niedługo później miasto atakuje jakaś ogromna kreatura i przyjęcie zamienia się w rozpaczliwą walkę o przetrwanie. W trakcie ucieczki Rob kontaktuje się z Lily, która jest uwięziona w swoim mieszkaniu, mężczyzna wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice decyduje się na niemal samobójczą wyprawę po dawną ukochaną. Towarzyszą mu Beth (z jakiegoś powodu), jego brat Jason (aczkolwiek niezbyt długo), jego przyjaciel Hudson oraz Marlene, w której Hud się podkochuje.


Niemal wszystkie aspekty tego filmu współgrają ze sobą, tempo jest niezłe, found footage działa w tym filmie na korzyść budowania atmosfery w późniejszych momentach filmu, w pierwszej połowie za to buduje ciekawą scenerię dla późniejszych wydarzeń. Obserwujemy imprezę, ostatnią dla Roba, widzimy jak reagują jego bliscy, znajomi, współpracownicy, jak bolesne dla mężczyzny było rozstanie z Lily i jak kobieta niekomfortowo czuje się w towarzystwie nie swoich znajomych. Wszystko to składa nam się na zbudowanie sceny, po której poruszają się nasi aktorzy, druga połowa filmu natomiast to sukcesywne burzenie przedstawionego nam świata, wprowadzenie potwora przypominającego słynne kaiju i zmiana tonu oraz tempa narracji. I mimo, że wyraźnie widzimy podział między aktami filmu, tranzycja odbywa się bardzo płynnie, dzięki czemu widz nie ma czasu się znudzić. Nawet jeśli nasi bohaterowie przemierzają długie tunele nowojorskiego metra, robiąc przerwę na umacnianie więzi między sobą, to reżyser nie daje im odpocząć, zostają zaatakowani, jedna z postaci nie wyjdzie z tego niestety cało (choć trzeba nadmienić, że odbywa się to bardzo widowiskowo). Na szczęście Cloverfield nie epatuje swoim potworem, skupiając się raczej na walce o przetrwanie w upadającym mieście, i dobrze, wystarczy spojrzeć w kierunku Japonii, żeby pooglądać sobie walki potworów, tutaj jako wstęp do większej całości widzimy jakby początkową fazę inwazji, pierwszy atak który ma przede wszystkim jak najmocniej zranić wroga. Biorąc pod uwagę to, co dzieje się w 10 Cloverfield Lane oraz Cloverfield Paradox, taka hipoteza ma bardzo dużo sensu.

No, ale film idealny nie jest. Przede wszystkim frustruje mnie coś, co jest jednocześnie motorem napędowym całej fabuły. Nielogiczna dla mnie jest cała ta wyprawa po Lily, która swoją drogą musi dysponować niebywałą siłą woli, żeby zapomnieć o tym, że jej noga została przebita na wylot wielkim metalowym prętem. Same obrażenia nie przeszkadzały jej również w wydostaniu się z helikoptera i ucieczce przed potworem. Dzień Świra, powiadam Wam. Pozostali uczestnicy Wyprawy mają jakieś tam mgliste motywacje, więc tu się nie czepiam, ale motywacja Roba jest dla mnie co najmniej wątpliwa.

Ale to wszystko, Cloverfield to kawał dobrego kina, fajny zaczątek dość ciekawego uniwersum, o czym będzie później. Jeśli macie 80 minut wolnego, to zachęcam.

czwartek, 21 lutego 2019

"Dead Space" (2008)


Gry komputerowe bez wątpienia są medium, które bez cienia przekory można postawić obok filmu. Oczywiście, są ludzie, którzy będą tutaj bić pianę, ale pozwólcie mi przedstawić pewną teorię, bo jak pewnie zauważyliście, zdecydowana większość popełnianych przeze mnie tekstów ma dość jasny związek z X muzą. Kinematografia grozy jest dla mnie najważniejsza, ale uwielbiam również gry, w tym, rzecz jasna, horrory. Nie trzeba mędrca, żeby stwierdzić, że poprzez pośredni udział w poczynaniach głównego bohatera, jesteśmy bardziej zaangażowani przez co zdecydowanie łatwiej nas nastraszyć. Kwestia tego, czy oglądamy w sumie nie znaczących nam bohaterów czy też stajemy się uczestnikiem wydarzeń, jest bardzo istotna w odbiorze wydarzeń i bodźców. Cały profil psychologiczny i porównania są tematem na osobną rozprawkę, tutaj posłużą mi jako wstęp do opisania dla mnie jednej z najlepszych, a z pewnością jednej z najbardziej rewolucyjnych dla mnie gier wideo, Dead Space.

Jeśli przeczytacie sobie zarys fabularny gry, to nie da się nie ulec wrażeniu że Visceral Games mocno inspirowało się Obcym. USG Kellion, na którego pokładzie służy nasz główny bohater, Isaac Clarke, otrzymuje sygnał alarmowy z USG Ishimura, statku kopalnianego. Clarke, razem z Komandor Zach Hammond oraz specjalista komputerowy Kendra Daniels udają się na statek, aby zbadać sytuację. Po wejściu na pokład, nasza załoga odkrywa, że statek jest opuszczony, a w środku grasują niebezpieczne potwory, szerzej znane jako Nekromorfy. Brzmi znajomo, prawda? To brzmi niemal kropka w kropkę jak w filmie. Dead Space mocno rozwija tę formułę, dodając do mieszanki groteskowo wyglądające potwory, niesamowicie gęstą i dającą ciary atmosferę, dodatkowo nie przeszkadzając graczowi żadną muzyką czy też niepotrzebnymi elementami dźwiękowymi. Wszystkie odgłosy wydaje Ishimura, czy są to pracujące maszyny, czy po prostu cisza, wszechogarniająca, straszna, czasami przerywana przez kontakt z załogą Kelliona lub przez potwory, które nachodzą nas co jakiś czas, wyskakując z szybów wentylacyjnych, czyhając za rogiem lub po prostu atakując z bojowym okrzykiem na... ustach.. wargach.. no nie wiem, krzyczą.


Walka, jak przystało na survival horror, musi być emocjonująca. Tutaj Visceral poszło o krok dalej, walka jest nerwowa, często sami sobie przeszkadzamy panikując jak małe dzieci. Smaczku dodaje fakt, że potworów nie da się tak po prostu zastrzelić czy też pociąć jakimś ostrym narzędziem. Nie, nie, nie, jesteśmy w kosmosie i mamy do czynienia z bestiami, które nie zareagują na byle wystrzał. Nekromorfy trzeba rozczłonkować i na 200% upewnić się, że trup to trup, bo nigdy nie wiadomo. I właśnie to wywołuje największą panikę, przy jednym wrogu jest jeszcze w miarę ok, natomiast w grupie wcale nie jest raźniej, tu nie ma litości, jeden błąd i po nas. Swoją drogą, animacje śmierci bohatera są chyba jedynym powodem, dla którego warto w tej grze ginąć, są one soczyste, brutalne i jeśli tylko na to pozwolimy, będziemy mogli sobie pooglądać jak głębokie wnętrze ma Isaac.

Gameplay w Dead Space jest pierwszorzędnej jakości, jednocześnie prosty i skomplikowany, to od nas zależy jakim bohaterem będzie nasz Pan Inżynier. Czasem gra nam pomaga, chociażby poprzez pomoc w znajdowaniu właściwej ścieżki. Jednym klawiszem możemy sprawdzić gdzie powinniśmy pójść, żeby poczynić progres. Jednocześnie jest to fantastycznie pokazane, taki technologiczny smaczek, tu nie ma miejsca na magię, no chyba że czarną, ale to chyba też nie to. Do samych straszaków idzie się przyzwyczaić, choć twórcy gry są bardzo kreatywni w podejściu do rozgrywki. Czasem jesteśmy wrzucani w stan nieważkości, gdzie mamy do wykonania wszelakie zadania, a nawet jedną walkę z bossem. Wszystko to fajnie wpisuje się w tematykę strachu związanego z eksploracją kosmosu i tym, że nigdy nie wiem, co czeka nas w tej nieskończonej otchłani. W horrorze było to wykorzystane nie jeden raz, ale w grach komputerowych rzadko udawało się uczynić zagrożenie tak rzeczywistym i niemal namacalnym jak tutaj, za co ogromne propsy.

Dead Space jest zdecydowanie wart polecenia i wszelkich pochwał. Szkoda, że EA to EA ("And EA is shit", cytując Jima Sterlinga) i Visceral Games już nie istnieje, kto wie, co jeszcze moglibyśmy ujrzeć, gdyby pozwolono im wykonywać swoją robotę. Warto pograć, zwłaszcza, że nie jest to drogi tytuł. Polecam.

poniedziałek, 11 lutego 2019

"Nie otwieraj oczu" ("Bird Box"), 2018, reż. Susanne Bier


Nie podoba mi się ten film. Proszę, najkrótsza recenzja świata, epitafium domorosłego krytyka filmowego, coś co chyba będzie napisane na moim nagrobku. I to nie jest tak, że nie lubię każdego filmu, który oglądam, z takim nastawieniem już dawno cała ta zabawa zbrzydła by mi i najwyżej dostałbym wrzodów. Do Bird Box (pozwolę sobie tutaj na używanie oryginalnego tytułu, polski brzmi jak tytuł questa nadawanego przez NPC-a, który chce się Ciebie pozbyć) podchodziłem optymistycznie, bo i założenie brzmi całkiem fajnie. Oto bowiem ziemię (a konkretnie na Stany Zjednoczone, bo oczywiście, że tak) zaatakowało... cóż, tutaj miała leżeć zdaje się siła filmu, ponieważ byt, który nas odwiedził jest tak tajemniczy i potężny, że samo spojrzenie wystarcza, aby oszaleć i (w większości przypadków) odebrać sobie życie. Koncept świetny, nie ukrywam, że byłem tym scenariuszem zaintrygowany, choć może w nie sięgnąłbym po tę produkcję, gdyby nie niesamowity hype, który otaczał film ze wszystkich stron. A jak mawiał Yosemite Sam, Jeśli nie możesz z nimi wygrać, to się do nich przyłącz

Zaznaczę w tym momencie, że będę spoilerował cały film, więc jeśli, drogi Czytelniku, jeszcze nie oglądałeś filmu i bardzo Ci na tym zależy, no to daj sobie spokój z tym tekstem, póki co, wolę przeprowadzać merytoryczne dyskusje, niż rozpalać niepotrzebne emocje.

Film zaczyna się dość chaotycznie, bo praktycznie od razu jesteśmy wrzuceni w wir wydarzeń, Sandra Bullock przedstawia dwójce dzieci proste, ale bardzo istotne w kontekście przetrwania zasady, z których jedna jest najważniejsza: nie zdejmujcie z oczu przepasek, które Wam dałam. Po wprowadzeniu zaczynamy akcję właściwą, czyli oglądamy jak doszło do tego, że Bullock w ogóle przebywa w tym pomieszczeniu z dwójką dzieci. Poznajemy innych bohaterów, ich historie i sposoby radzenia sobie z sytuacją. Oczywiście dwójka bohaterów zakochuje się w sobie i płodzą dzieci, miłość ponad rozsądek, chciałoby się powiedzieć.


Trzeba sobie jedną rzecz powiedzieć wprost. Nie ma nic złego w sztampie, o ile jest ciekawa, jest zrealizowana poprawnie i generalnie potrafi widza wciągnąć oraz pozostawić po sobie dobre wrażenie. Bird Box jest nudny, jest w nim zero dramaturgii, i mimo tego, że prostym zadaniem wydaje się podążanie tropem, który wyznaczyło już wielu twórców, to ni cholery w tym potworku suspensu. Nawet sceny, które mogły być na prawdę przerażające, padają ofiarą nieudolnego prowadzenia. Weźmy za przykład sceny, w których trójka pozostałych przy życiu postaci przebywa w łodzi, podróżując ku Ziemi Obiecanej. Jaki tu jest zmarnowany potencjał, można pisać prace magisterskie, a licencjat można by bronić 10 lat. Nie wiem, może nie potrafię dostrzec kunsztu aktorskiego Sandry Bullock, ale tam się do ciężkiej cholery nic nie dzieje. W jednej scenie jakiś szaleniec próbuje zerwać opaskę z oczu kobiety, by ta "mogła to ujrzeć". Serio, scena z przysłowiowej dupy, chyba tylko po to, żeby przerwać monotonię kolejnych scen. W dodatku kończy się tak szybko jak się zaczęła, nie pozostawia żadnego śladu na bohaterce, nie robi się ona bardziej czujna, nie jest wyczulona na kolejne dziwne odgłosy (co jest chyba motywem przewodnim tego filmu), NIC SIĘ NIE DZIEJE. 

Ktoś może powiedzieć, że się czepiam, że film jest oparty na mitologii Cthulhu, że tych bytów nie można oglądać na własne oczy, ponieważ może to wpędzić w szaleństwo, którego ludzki umysł nie pojmuje. Punktem zaczepienia są tutaj rysunki, które przynosi Gary i faktycznie coś w tym jest, rysunki przedstawiają postaci z mitologii Lovecrafta i samo doszukiwanie się podobieństw jest jedynym elementem, który w miarę ratuje Bird Box przed byciem kompletną stratą czasu. Ba, może ktoś sięgnie po prozę mistrza i znajdzie w tym swoją niszę (swoją drogą, warto poczytać o Cthulhu, świetna lektura), więc ten obraz nie jest tak całkiem beznadziejny.

Niemniej jednak, Bird Box jest rozdmuchanym produktem, który dzięki dobrej kampanii reklamowej w postaci idiotów i "Bird Box Challenge" obejrzało mnóstwo widzów. Dla mnie jednak był to czas stracony, a biorąc pod uwagę zwłaszcza to, że film trwa ponad 2 godziny, które mogłem spędzić na oglądaniu np. antologii horrorów młodych reżyserów (takich serii na Netflixie nie brakuje, o czym wkrótce), to tym bardziej jest mi szkoda. Nie polecam.


wtorek, 8 stycznia 2019

"Czarne Lustro" ("Black Mirror"), 2011- , Sezon 2, odcinek 1, "Be right back", reż. Owen Harris


Zdecydowana większość osób, które miały do czynienia z Czarnym Lustrem może powiedzieć, że nie jest to serial łatwy w odbiorze. Nie ze względu na niedoskonałości techniczne czy mieliznę fabularną, a ze względu na tematy poruszane w każdym z odcinków. Pamiętajmy, jak rozpoczął się pierwszy sezon, jak bardzo temat tamtego epizodu wiercił dziurę w brzuchu właśnie nam, użytkownikom mediów społecznościowych, jak drwił z tego, że dziecinnie łatwo jest zmanipulować i podpuścić publikę do ostracyzmu, żeby na koniec przyłożyć nam prosto w twarz tym, że na finiszu zawsze ktoś cierpi. Drugi sezon rozpoczyna odcinek, który tematycznie zdecydowanie odbiega od swoich poprzedników, natomiast pozostawia taki sam bałagan w głowie i to samo niewygodne uczucie, którego nie chcemy na co dzień. O co chodzi? Martha (Hayley Atwell) rozpacza po utracie ukochanego Ash'a (Domhnal Gleeson), który zginął w dniu, gdy para miała wreszcie zamieszkać razem. Na pogrzebie mężczyzny jej przyjaciółka informuje kobietę, że istnieje usługa, dzięki której można komunikować się ze zmarłymi bliskimi osobami. Martha początkowo nie chce o tym słyszeć, ale przychodzi dzień, gdy dostaje wiadomość od ukochanego i mimo, że nie jest zachwycona tym, że została wbrew swojej woli uczestnikiem tego programu, zdaje sobie sprawę, że właśnie tego chciała. Dodatkowo dziecko, które kobieta nosi, zdaje się dobrze reagować na wiadomości swojego ojca, Martha postanawia więc pójść na całość i zamawia syntetycznego klona Ash'a, żeby przenieść komunikację na nowy poziom. Początkowo jest zachwycona, wszystkie życiowe funkcje ukochanego zostały przeniesione do nowego, acz tego samego ciała, kobieta jednak odkrywa, że android nie jest zdolny do najważniejszej ludzkiej cechy, uczuć.

Wydawać by się mogło, że temat pięciu etapów akceptacji śmierci jest już wyczerpany, że zamaskowanie go pod dowolną postacią już nie przynosi efektu, że widz zna te sztuczki i od razu będzie wiedział, jak przebiegnie dalsza akcja. Czarne Lustro podejmuje rękawicę i pokazuje, że nic nie jest takie proste jak nam się wydaje. Cała sztuka tkwi w doskonałym aktorstwie, jakie nam tutaj zaprezentowano. Żeby przekazać emocje, które towarzyszą utracie najbliższej osoby, gniew który rozsadza człowieka, ponieważ jest bezsilny wobec takiego żywiołu, żeby pokazać targowanie się ze Śmiercią w postaci klona, potem niejako przechodzimy ponownie w stan żałoby, a gdy Martha w końcu zdaje sobie sprawę, że nikt i nic nie zastąpi jej ukochanego, w końcu następuje akceptacja.


Bez wątpienia jest to epizod pełen emocji, ale nie są one rozdmuchane, jest to odcinek intymny, bardzo kameralny. I taki środek wyrazu jest wystarczający, żeby widza wciągnąć i zaangażować, a nie ma nic lepszego dla serialu niż publika, która z zapartym tchem śledzi losy bohaterów. Jednocześnie na całej długości epizodu nie ma nic, co mogłoby nas rozpraszać, całą swoją uwagę skupiamy na kobiecie i ogromnie trudnym zadaniu poradzenia sobie ze śmiercią osoby bliskiej. I na końcu, gdy już wytracimy wszystkie siły na zaprzeczanie, gniew, smutek i targowanie, nie pozostaje nic innego, tylko akceptacja. Akceptacja, które nie zawsze przynosi katharsis, akceptacja będąca wyrazem heroicznego wysiłku, gdy wyprani z sił i emocji staramy się podnieść, złapać drugi oddech i ruszyć w drogę. Jaką rolę pełni tu technologia? Właściwie oprócz tworzenia klonów i kilku innych fajnych konceptów, można z całą stanowczością stwierdzić, że drugi sezon Czarnego Lustra zaczyna się dość nieśmiało, skupiając się na psychologicznym aspekcie żałoby. Czy jest to mocniejszy początek od tego w pierwszym "sezonie"? Wydaje mi się, że nie, aczkolwiek konstrukcja epizodów jest zupełnie inna, tematyka w tym odcinku dotyka nas na bardziej osobistym poziomie, gdzie w pierwszym sezonie mieliśmy grubą szpilkę wbitą w społeczeństwo. W każdym razie Be Right Back jest świetnym odcinkiem i warto czasem do niego wrócić.

niedziela, 23 grudnia 2018

"Zaproszenie" ("The Invitation"), 2015, reż. Karyn Kusama


Na film natrafiłem dzięki Netflixowi i o ile rekomendacje z reguły odkładam "na później", tak tutaj zadziałał impuls, bez zastanowienia włączyłem Zaproszenie z założenia thriller psychologiczny obracający się w kręgu kultu i jego wpływu na jednostkę. W praktyce okazał się on filmem z bardzo długim pierwszym aktem, z finałem który nawet po tak długim czasie oczekiwania wydaje się zbyt szybko rozegrany i tak samo szybko urwany. Problemów ma to dzieło bardzo dużo, a prawie nic nie daje w zamian. Samo hasło reklamowe "You won't see a more shocking thriller all year" wzbudza uśmiech politowania. Ale żeby nie było, że będę tylko się złościł, trzeba oddać Karyn Kusamie, że udało się jej stworzyć bardzo gęstą, niemal namacalną atmosferę, która powoduje spięcia między uczestnikami schadzki, którą w pewnym momencie da się ciąć nożem, przede wszystkim klimat ciągłego niepokoju, przez pierwszą część filmu faktycznie mamy wrażenie, że coś tu jest mocno nie tak, że to wszystko jest bardzo sztuczne (Choć nie ukrywam, odgadnięcie fabuły filmu po 15 minutach nie jest najprzyjemniejsze, to trzeba oddać królowi to, co królewskie). 

Jeśli nie wiadomo od czego zacząć, to od początku: Will (Logan Marshall-Green) dostaje zaproszenie na przyjęcie z okazji zjazdu dawnej paczki jego i Eden (Tammy Blanchard), byłej żony Will'a. Nasi bohaterowie rozstali się w dość przykrych okolicznościach, po śmierci ich dziecka. Will nadal przeżywa z tego powodu męczarnie psychiczne, więc jedzie do Eden nie tylko na wspomniany zjazd, ale także nostalgiczną wycieczkę po wspomnieniach. Nie wiem, czy jest sens przypominać kim są pozostali uczestnicy przyjęcia, z ważniejszych postaci mamy tylko David'a, nowego wybranka Eden i Pruitta, tajemniczego przyjaciela pary. Jeśli chodzi o pozostałych, to powiem krótko: para gejów, jakaś kobieta w średnim wieku, jeden samotny facet-śmieszek, azjatka czekająca na swojego wiecznie spóźnionego faceta oraz dwie lub trzy osoby kompletnie nie warte wspomnienia. Tu leży pierwszy problem z filmem, nie potrafi on przedstawić postaci na tyle, żebym (nawet przy wsparciu IMDB) przejął się ich losem, a co dopiero ich imionami. Jasne, te osoby coś mówią, coś tam czasem zrobią, ale nie jest to nic na tyle znaczącego, żeby warto było o tym wspominać.

Wracając jednak do fabuły: Oprócz chęci spotkania ze starymi znajomymi, Eden chce także pokazać swoją przemianę, albowiem porzuciła wszelkie swoje zmartwienia, wkroczyła na drogę oświecenia, radości z życia i pozytywnych myśli. Nie mamy natomiast wątpliwości, że chodzi o kult i zwykłe pranie mózgu, zwłaszcza w momencie gdy Eden i David puszczają film... instruktażowy? Reklamowy? Propagandowy? Sam nie wiem jak to określić, ale jak na reklamówkę kultu jest nieźle. Oczywiście nikogo to nie przekonuje, a gdy widzą na ekranie umierającą kobietę, kierowaną przez guru w ostatnią drogę, to robi się przysłowiowy kwas. Nasze postacie zapominają o tym, gdy zaczyna się przyjęcie właściwe, czyli kolacja na cześć spotkania po latach. Oczywiście jasne i oczywiste jest to, że spotkanie nie jest przypadkowe, a Eden nie jest do końca odmieniona, tylko po prostu zmanipulowana. Wtedy zaczyna się akcja właściwa.


Akcja dość typowa, niezbyt żwawa i jakaś taka pozbawiona napięcia. Może dlatego, że czas na jej rozwinięcie został zmarnowany na niezbyt udane przedstawianie postaci, przeplatane postępującą paranoją i poczuciem osaczenia naszego głównego bohatera. Nie da się zbudować suspensu z niczego, więc siłą rzeczy nie możemy też kibicować postaciom, które mało nas obchodzą. W zasadzie tylko Will jest w jakikolwiek sposób wiarygodny, co jest zasługą aktora grającego tę rolę. Ale jedna osoba nie jest w stanie pociągnąć tematu bez pomocy reszty obsady, ale jak już pewnie zauważyliście, niewiele można na ich temat powiedzieć, widać wyraźnie jak wszyscy napisani są na jedną notę, właściwie nie schodzą z utartej przez scenarzystów ścieżki. 

Nie można powiedzieć, że Zaproszenie jest filmem złym, nie wkurza, nie zdarza się tu również jakieś poważne zamieszanie fabularne. Ale z drugiej strony nie ma tutaj też tych pozytywnych emocji, brak tu adrenaliny, brak energii i przede wszystkim trochę brak pomysłu. I właśnie ten brak wpływu na widza jest chyba moim największym zarzutem dla filmu, który jest przedstawiony w sposób, który nie pobudza do myślenia, nie zwraca na siebie uwagi i znika razem z ostatnim kadrem. Szkoda.