środa, 18 listopada 2015

"American Horror Story" (2011- ) reż. Brad Falchuk, Ryan Murphy, sezon pierwszy, "Murder House"

Trzeba przyznać, że pojęcie "serial grozy" jest wielu fanom gatunku niemal obce, mniej więcej jak "wybitny found footage". Mało jest bowiem takich produkcji, które wciągały w swój świat od pierwszego do ostatniego odcinka, które klimatem oferowało doznania porównywalne do dobrego filmu pełnometrażowego, i to co tydzień. Na palcach jednej ręki mogę policzyć tytuły takie jak Miasteczko Twin Peaks, Opowieści z krypty, Z Archiwum X (zdaje się mój ulubiony serial, który oglądałem młodym pacholęciem będąc) oraz nieco młodzieżowa Gęsia Skórka. Oczywiście, ktoś może mi podsunąć jeszcze kilka równie dobrych seriali, lecz wyżej wymienione podałem jako te, które najbardziej zapadają w pamięć i przychodzą do głowy jako pierwsze w rozmowach o serialach grozy. Po latach stagnacji nadszedł XXI wiek, a w raz z nim nowa fala seriali, Supernatural, True Blood, Masters of Horror (które jako zbiór nowelek sprawdza się nieźle, odcinki są robione na prawdę przez najlepszych, jednak ich jakość pozostawia czasem sporo do życzenia, o tym kiedy indziej) czy obecnie The Walking Dead. Mnie najbardziej zaciekawił "American Horror Story", serial twórców, którzy niejednokrotnie mieli okazję ze sobą współpracować. Fakt, niekoniecznie w klimatach grozy, choć gdybym miał wypowiadać się o "Glee" (a raczej trzech odcinkach, które widziałem), to faktycznie poziom tego tworu jest przerażający. AHS to niewątpliwie powiew świeżości, ale również ogromny dla mnie problem. Każdy sezon jest tak oryginalny i różnorodny, jednocześnie tak bardzo do siebie podobny, że nie wiedziałem na początku czy napisać jeden, czy też cztery osobne teksty. Postawiłem na drugą opcję, dlatego też w tym miesiącu postaram się o wszystkim powoli i spokojnie opowiedzieć. Tymczasem...

Jesteśmy świadkami opowieści o rodzinie Hammondów. Ben oraz Vivien próbują naprawić swój związek, którego fundamenty zostały mocno naruszone przez mężczyznę. W raz z ich nastoletnią córką Violet przeprowadzają się do starej, lecz świeżo wyremontowanej posiadłości. Niedługo także poznają sąsiadów oraz byłych właścicieli rezydencji, Langdonsów: Constance oraz Tate'a i Adelaide, dzieci kobiety. Wkrótce dom ukazuje swe mroczne sekrety. Jednym z nich jest obecność duchów zmarłych lub zamordowanych w domu. Duchy jednak nie są duszami, które zbłądziły. Każdy z nich czegoś chce i nie każdy ma dobre zamiary...
Jednym ze znaków rozpoznawczych serii jest mieszanie w głowie widza, co udaje się niemal perfekcyjnie. Tu twórcy dorzucą wątek, tu nową postać, tu małą retrospekcję, wszystko bardzo fajnie ze sobą współgra. Absolutnie FENOMENALNA jest tu Jessica Lange, absolutna gwiazda AHS. Choć jej talent doceniłem dopiero w drugim sezonie, nazwanym "Asylum" (w mojej opinii najlepszy sezon serialu), to i tutaj jest niesamowita. Pokazując cały wachlarz emocji potrafi swoją grą opowiedzieć o trudnej przeszłości, jej niełatwych relacjach z córką, a także o synu (cały wątek Tate'a jest niezłym synonimem matczynej miłości), który próbuje odnaleźć własną drogę w życiu. No właśnie, Tate, grany przez Evana Petersa (kolejna gwiazda AHS, absolutne czapki z głów), to młodzieniec o, powiedzmy, dość niestabilnej psychice. Dowiadujemy się nieco później, że to on stał za masakrą w swojej szkole średniej oraz że został zastrzelony we własnym domu przez oddział policji. Co więc robi w domu Violet? Tu też dowiadujemy się o tym, że duchy zamordowane w "Domu Morderstw" nie odchodzą na zawsze, nie idą do nieba lub piekła, lecz zostają tu na zawsze.
Jak daleko idzie moje uwielbienie dla dwójki wyżej wspomnianych aktorów? Na razie dość powiedzieć, że są niekwestionowanymi gwiazdami w każdym kolejnym sezonie (przyznać trzeba, że Evan jest w trzecim sezonie trochę na marginesie, a pani Lange nie ma w piątym sezonie), to oni przyciągają największą uwagę nawet gdy scenariusz nieco bierze w łeb. O czym mówię? O niekonsekwencji w prowadzeniu historii przez panów Falchuka i Murphy'ego. W "Murder House" w pewnym momencie pojawia się zbyt dużo duchów, każdy czegoś chce i w zasadzie nie wiadomo potem, kto i po co w domu przebywa, celem niektórych jest zemsta, niektórych miłość, a niektórzy po prostu tam są. I to jest główny zarzut w kierunku AHS:MH, po intrygującym początku, wprowadzeniu zamieszania w mojej głowie, zainteresowaniu mnie poczynaniami postaci, dostaję mało strawne i rozczarowujące zakończenie.
Skoro więc tak bardzo narzekam na scenariusz, to dlaczego wychwalam ten serial pod niebiosa? Bo warto. Przede wszystkim sceneria jest uroczo niepokojąca tzn. przyciąga, ale niepokoi, zwłaszcza gdy zaczynamy się dowiadywać, co ma miejsce w tym domu. Scenariusz przez większość sezonu także jest bardzo solidny, dopiero pod koniec szala przechyla się na korzyść dramatu i ten motyw niestety dominuje w konkluzji każdej serii. Niestety dla mnie jako fana horroru, spodziewałem się czegoś innego, widać, że twórcy mocno wyhamowali swoją wyobraźnię. Pochwalić należy muzykę, zarówno utwory jak i zwykły ambient mocno działają na psychikę widza, jednocześnie doskonale wpasowując się w wydarzenia na ekranie.
Z całego serca polecam zapoznanie się z pierwszym sezonem American Horror Story. Jest to rewelacyjne świadectwo tego, że można nakręcić dobry i trzymający w napięciu serial grozy. Niepokoi tylko zamiłowanie duetu reżyserskiego do dramatu, o czym przy okazji recenzji drugiego sezonu. Tymczasem cieszcie się sezonem pierwszym, bo warto.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Po Godzinach: One Finger Death Punch (2014)

Na filmach świat się nie kończy, to dość oczywiste stwierdzenie, sam nie spędzam swoich dni na maniakalnym oglądaniu horroru (choć nie twierdzę, że nie zdarza się dzień, w którym oglądam trzy czy cztery filmy z rzędu), uwielbiam gry wideo. Czy na pececie, czy na X360, fajnie jest usiąść i spędzić trochę czasu z tym nieco bardziej interaktywnym medium. O różnicach między graniem a oglądaniem filmów poświęcono już mnóstwo tekstów i myślę, że sami moglibyście stworzyć sporą listę, oczywiście warunkując ją własnymi preferencjami. Najbardziej zadziwiają mnie takie gry, które mimo swojego minimalizmu (budżetowego, stylistycznego, dźwiękowego itd.) potrafią przyciągnąć przed ekran monitora i spowodować niespotykany dotąd opad szczęki. One Finger Death Punch to właśnie taki tytuł, ale od początku.
OFDP czerpie z najlepszych tradycji stick-figure'owych animacji, dodaje MNÓSTWO akcji, klepie milion plansz i wrzuca gracza w sam środek tego chaosu. Chaosu jednocześnie cholernie efektownego, ponieważ mimo potężnego momentami nagromadzenia przeciwników, nadal kontrolujemy sytuację, obserwując wszystkie graficzne fajerwerki, jakie przygotowało dla nas studio Silver Dollar Games. Chaos ten jest również oswojony dwoma przyciskami myszy. Tak, cały schemat sterowania sprowadza się do lewego przycisku myszy, gdy przeciwnicy nadchodzą z lewej strony naszego awatara, a także z prawego przycisku myszy, gdy przeciwnicy nadchodzą z prawej. Proste, genialne, a jak straszliwie wciąga można się przekonać tylko grając. Choć nie wypada się dziwić, w końcu animacje typu Xiaoxiao oglądało się z bananem na twarzy, podziwiając kunszt animatorów i płynność akcji. Tu jest tak samo, podlewane jest to dodatkowo bardzo efektownymi i brutalnymi zbliżeniami (można np. wybić wrogowi serce z klatki piersiowej, choć akurat na sam rodzaj animacji nie mamy żadnego wpływu, jest to taka nagroda od twórców), kilkoma rodzajami broni oraz ciekawymi znajdźkami (np. Kula śmierci).
Mając do dyspozycji dość ubogie środki gameplay'owe, Silver Dollar Games postawiło w swym produkcie na różnorodność plansz. I tak mamy zwykłe plansze zwane Mob Round, w których po prostu bijemy nadchodzących wrogów, mamy również Multi Round (4 rundy po 15 wrogów w tej samej "kombinacji", w każdej kolejnej rundzie zmienia się prędkość rozgrywki), Boss Round, Time Attack Round, plansze w których trzeba zniszczyć odpowiednią ilość elementów otoczenia, poziomy w których bronimy się przed ekwipunkiem rzucanym przez wrogie postacie, czy wreszcie takie plansze w których do dyspozycji na każdego wroga dostajemy na raz jeden sztylet lub bombę. Najlepsze rzeczy zostawiłem jednak na koniec. Trzy najbardziej epickie tryby rozgrywki w całej grze. Oto Survival Round, w której gramy tak długo, na ile starczy nam 10 "żyć" (tzn. liczby ciosów, które możemy przyjąć "na klatę"). To jeszcze nic, ponieważ dostępne są plansze w trybach Nunchaku Round i Light Sword Round. W obu tych trybach przeciwnicy kładzeni są jednym ciosem, ale to co dzieje się w tle oraz muzyka jaką słyszymy powodują niesamowity wzrost adrenaliny, zwłaszcza przy szybko nadchodzących wrogach.
I wydawać się może, że właśnie tu leży sukces One Finger Death Punch, absolutny luz w tworzeniu, prostota rozgrywki i nieprawdopodobny fun, który płynie z każdej minuty spędzonej w grze. Dodatkowo każdy poziom trwa około 3-5 minut, można więc przysiąść do tytułu, pograć chwilę ot tak, na rozgrzewkę, lub w oczekiwaniu.
Serdecznie polecam, gra kosztuje 4,99 euro i jest dostępna na Steamie oraz Xbox 360.

czwartek, 8 października 2015

"Nocny pociąg z mięsem" ("The Midnight Meat Train"), 2008, reż. Ryuhei Kitamura

Na początku chciałbym zaznaczyć, iż także jestem głęboko zażenowany hasłami na tym plakacie.. "Taką rzeźnią jeszcze nie jechałeś", geez...

Tak czy inaczej, lubię gdy horror nie stara się na siłę opowiedzieć jakiejś wysublimowanej historii, wprowadzić widza w labirynty scenariusza, czy też zrobić z jego mózgu papkę (nomen omen). Gdy film łapie Cię za rączkę i prowadzi do finału bez przeszkód, można wygodnie zasiąść w fotelu i po prostu obejrzeć dobry slasher. "Nocny pociąg z mięsem" wprawdzie wali na koniec obuchem przez łeb, ale do tego jeszcze dojdziemy. Młody, aczkolwiek nie najgorzej radzący sobie w branży Ryuhei Kitamura wziął bardzo fajną obsadę (Vinnie Jones, Bradley Cooper) i zrobił właśnie taki sobie niezbyt skomplikowany film. O czym?

Leon jest fotografem próbującym uchwycić "serce" miasta, czyli nie to co widuje się na pocztówkach, a zwykłe, szare życie szarych ludzi w szarych murach. Nie wystarcza to jednak, aby ująć bardziej znanych fotografów, w tym Susan Hoff, która prosi Leona, aby ten "poprawił jakość swoich zdjęć", mając na myśli uchwycenie bardziej mrocznych ludzkich aktywności. Udaje mu się to już pierwszej nocy, gdy śledzi grupkę, jak się okazuje, przestępców, którzy napadają młodą kobietę w metrze. Całkiem sprytnym fortelem udaje mu się uratować damę w opałach, która może wsiąść do swojego pociągu. Nazajutrz okazuje się, że kobieta zaginęła bez śladu. Leon łączy owo zaginięcie z osobą Mahogany'ego, rzeźnika, który codziennie czeka na ostatni kursujący pociąg metra. Obsesja, której nabawił się Leon, prowadzi go do prawdy, mrocznej i brutalnej...
W założeniu fajnie i trzeba przyznać, że Kitamura przez 90% filmu dzielnie trzyma się pierwotnego założenia. Wszystkie wątki zazębiają się ładnie, odkrywamy nowe fakty w sprawie, którą Leon się zajmuje, jednocześnie będąc świadkami co raz większej obsesji, na którą zdaje się cierpieć nasz bohater. Jednocześnie warto tu zaznaczyć, że reżyser odszedł tu nieco od schematu np. w rolę ofiar wcielił tu przypadkowe osoby, nie te, które poznajemy w czasie seansu. Nie ma tu więc stereotypów slasherowych, a fabuła może swobodnie kręcić się wokół trzech głównych postaci. Powiedziałbym dwóch, aczkolwiek Maya zaczyna być nieco ważniejsza gdzieś pod koniec filmu. Generalnie jest nieźle, ale mam jedno OGROMNE zastrzeżenie. Zakończenie i wyjaśnienie motywów postępowania psychopaty jest tak pokrętne i wyciągnięte z rękawa, że aż szkoda tak fajnego seansu. Nie znam nikogo, kto nie złapałby się za głowę słysząc słowa pracodawcy Mahogany'ego. Tutaj film strzela sobie w stopę, a wydaje mi się, że nie trzeba by dużo, aby zmienić scenariusz i wprowadzić trochę logiki w wydarzenia ekranowe.
Słówko uznania dla pary głównych aktorów, bo zarówno Bradley Cooper, jak i Vinnie Jones świetnie zagrali swoje postaci. Niby należało się tego spodziewać po aktorach takiego kalibru, jednak miło widzieć zaangażowanie w wypełnianą pracę. Natomiast trzydzieści biczów temu, kto odpowiada za te paskudne efekty 3D. Widać, pod jakie kino robiony był ten film, jednak nie zmienia to faktu, że na "Nocny pociąg z mięsem" czasem aż nie chce się patrzeć. I to właśnie nie z powodu przesadnej przemocy (ba, rzekłbym nawet, że jak na slasher jest całkiem grzecznie), a z powodu tych absolutnie gównianych efektów. A są sceny gdzie Kitamura potrafi się bez tego obejść, innym jednak razem po oczach wali nam "efekt" 3D (podczas gdy na prawdę to leniwa wymówka na brak kreatywności i niechęć pracy przy efektach praktycznych). Może właśnie dlatego oceny dla tego obrazu są stosunkowo niskie (około 6.2/10 na IMDB).
A może dlatego, że "Nocny pociąg z mięsem" to jazda fajna, ale jednorazowa. Nie zostawia nic w pamięci, może poza Mahoganym, cisi mordercy w slasherach zawsze mają u mnie plus, mniej gadania, a więcej roboty, brawo. Poza tym obraz Ryuhei Kitamury poleciłbym dla seansu ze znajomymi, gdzie stracimy niewiele nasłuchując komentarzy rozochoconej publiczności. Obserwujcie główne postacie, delektujcie się przemocą, czasu nie stracicie. Polecam.

wtorek, 29 września 2015

"Dziecięce Igraszki" ("Come out and Play"), 2012, reż. Makinov

Zasiadając do oglądania horrorów co jakiś czas zadaję sobie pytanie. Jedno, tak przed seansem, żeby zmierzyć się ze swoim umysłem, skonfrontować światopogląd czy wreszcie zweryfikować pewne stereotypy krążące wokół gatunku. Pytaniem, jakie zadałem sobie przed seansem "Come out and Play" (wybaczcie, ale polski tytuł, jakkolwiek trafiony, jest zbyt zabawny, pisałbym to dłużej niż te cztery miesiące, gdy mnie nie było) to "Czy dzieci potrafią przestraszyć?"

...

Nie, nie potrafią, ale o tym za chwilę. Modnym w USA stało się trzaskanie remaków... jeden za drugim wypływają na wierzch jak śnięte ryby i doprawdy lepszego porównania dla jakości tychże produkcji nie znajdziecie w żadnym wydaniu uniwersyteckim. Ostatnimi czasy oczy twórców odwróciły się od Azji, widocznie brakło im już materiału do ściągania, gdy zdali sobie sprawę, że nawet mistrzowie gatunku popadli w rutynę. Zwrócili więc swe oczy w kierunku zachodu Europy mając pewnie nadzieję, że nikt nie dostrzeże braku własnej kreatywności. I tak, film ten jest remakiem "Death is Child's Play" ("Who can kill a child?" w niektórych wydaniach, bardzo powszechna choroba lat 80. i 90., gdy filmy posiadały z tysiąc alternatywnych tytułów), hiszpańskiego obrazu z 1976 roku. Na dodatek "Come out and Play" jest adaptacją hiszpańskiej noweli "Quien puede matar a un nino?", więc nawet scenariusza specjalnie nie trzeba było pisać. Ale, ale, wygląda na to, że pastwię się nad Makinovem (tak, tylko tyle można znaleźć na temat tej persony na IMDB, warto dodać, że ów jegomość jest również scenarzystą, scenografem, autorem zdjęć i ścieżki dźwiękowej oraz edytorem i producentem filmu... zaiste, człowiek renesansu.. na prawdę to chciałbym, żeby ktoś mnie poprawił i powiedział, że Makinov to jakieś studio filmowe), warto więc zgłębić nieco temat, prawda?

Fabuła obraca się wokół młodego małżeństwa, Beth i Francisa, którzy wybierają się na wakacje na piękną i odizolowaną od świata wyspę. Niedługo na świat przyjdzie ich trzecie dziecko, więc młodzi chcą nacieszyć się ostatnimi wakacjami przed narodzinami potomka. Po przybyciu na wyspę zauważają kompletny brak dorosłych. Na miejscu za to jest bardzo dużo dzieci. Na początku nie wzbudza to ich niepokoju, jednak już niedługo przekonają się, że dzieją się tu złe rzeczy i niedługo staną się tego mimowolnym uczestnikami...
Brzmi nieźle, prawda? Widać w tym potencjał i choć odpowiedziałem sobie na początkowe pytanie już na początku seansu, to nie odłożyłem seansu na osławione "kiedy indziej", lecz próbowałem nacieszyć się filmem. Na prawdę próbowałem, lecz Makinov i spółka co i rusz próbowali wybić mi ten pomysł z głowy. Przede wszystkim, aktorzy dziecięcy mają do siebie to, że albo są wybitni albo, najdelikatniej rzecz ujmując, kiepscy. Jako, że w filmie brakło charakterystycznej dla gatunku ciemności i atmosfery osaczenia, reżyserowi zabrano wszystkie ułatwienia. Podejrzewam nawet, że w budżecie nie znalazły się środki na kręcenie w nocy, co może uratowałoby tę produkcję. Wracając do dzieci, są do niczego. Zdaję sobie sprawę, że filmowych tubylców grała raczej ludność miejscowa (film kręcony był w Meksyku), więc akurat kunsztu aktorskiego się nie spodziewałem. Widać jednak, że nie dzieciaki nie otrzymały żadnych sensownych poleceń, jedynie w scenie "swobodnej zabawy" (jedyna stosunkowo niepokojąca sekwencja, gdy dzieciaki są "sobą", o ile to określenie można dopasować do zabawy zwłokami) to wszystko jakoś ze sobą współgra.
Całe nadzieje należałoby więc pokładać w głównych postaciach tego spektaklu. Wobec obsady ograniczonej (nie licząc dzieci) to tych dwojga chciałoby się zobaczyć występ, w którym będziemy im kibicować, przeżywać ich mękę, martwić się o ich życie. Nic z tego, skazani jesteśmy na tępą obojętność, nawet w ostatniej scenie, która mogłaby być słodko-gorzka, jest nicość, dawno już się w tym momencie poddałem. Szans na ucieczkę mieli na tyle dużo, że aż dziw bierze zwłaszcza, że żadne z dzieci nie miało przy sobie broni palnej, którą to w pewnym momencie Francis znajduje. Pomijam też fakt, że para radośnie paraduje po mieście i niczego nie psuje im fakt, iż wyspa jest wyludniona, w barze muszą obsługiwać się sami, a mężczyzna nawet będąc świadkiem morderstwa nie podejmuje natychmiastowej decyzji o zwinięciu żagli i czmychnięciu do domu. Okazuje się również, że kobiety w siódmym miesiącu ciąży całkiem szybko biegają...
Gdybym miał szukać dobrych stron tego filmu, to oprócz wymienionej wcześniej sekwencji nocnej zabawy miałbym ogromny problem, żeby cokolwiek wskazać. Może fakt, że film nie boi się uśmiercać filmowych dzieci, w kinematografii ciągle gdzieś tam siedzi przekonanie, że możemy zabić absolutnie wszystko co chodzi i oddycha, ale zabicie filmowego dziecka to już tabu i lepiej tego nie robić. Tyle dobrego, niestety nawet zdjęcia nie przyciągają uwagi, ot typowa, stereotypowa wręcz meksykańska wioska, choć w sumie nawet nie zwróciłem uwagi, w jakim kraju się znajdujemy, i nie wiem czy zapisałbym to na plus. Podsumowując, "Come out and Play" jest słaby. Nie straszy, nie przyciąga atmosferą, nie opowiada żadnej historii, ba, nie potrafi nawet stworzyć własnej historii, nie stosuje żadnych chwytów, straszaków, nie wiem, czegokolwiek. Nie dajcie się namówić na seans, no chyba, że z czystej ciekawości, z tego nas nie okradną, ze 105 minut niestety tak...

czwartek, 7 maja 2015

"Co robimy w ukryciu" ("What we do in the shadows"), 2014, reż. Jemaine Clement, Taika Waititi

Wampiryzm kojarzy się przede wszystkim z mrokiem, krwią, strachem, rzeczami stricte związanymi z horrorem. Od czasów Beli Lugosiego nie zmieniło się w tym temacie zbyt wiele, nieliczne pastisze gatunkowe raczej naśmiewały się z mitu o krwiopijcach. Gdyby zagłębić się w historię stwora, odkrylibyśmy, że wampiry (w Polskiej kulturze nazywane m.in. wąpierzami) istniały od czasów najdawniejszych, każdy dosłownie rejon świata ma swoją odmianę potwora. Nic więc dziwnego, że dotykamy raczej mrocznego gruntu bajek, opowiastek, literatury czy sztuki.
W filmie natomiast ostatnie lata to rozkwit mockumentary, gatunku, który w mojej opinii, poza kilkoma wyjątkami (mam tu na myśli chociażby "REC", "Blair Witch Project" czy japońskie "POV: A Cursed Film") wypalił się raczej szybko. Ciężko obecnie o oryginalność w tej szufladce gatunku, choć ilość prób świadczy o tym, że filmy robione praktycznie bez budżetu nie opuszczą nas zbyt szybko (bez budżetu, ale w większości również bez pomysłu). Co się stanie gdy połączymy obie wymienione powyżej konwencje? Jeśli wpadną w utalentowane ręce, otrzymamy "Co robimy w ciemności".
Viago (379 l.), Deacon (183 l.), Vladislav (862 l.) i Petyr (8000 l.) są wampirami. Prowadzą "normalne" życie na przedmieściach Wellington. W zasadzie ich egzystencja nie byłaby inna od życia czwórki facetów mieszkających w jednym domu. Ot, męskie rozrywki, zebrania domowe, wyjścia na dyskotekę. Wszystko pięknie, ale nasi wampirzy przyjaciele od czasu do czasu potrzebują świeżej krwi. I oto okiem kamery obserwujemy codziennie zmagania naszych bohaterów z XXI-wieczną rzeczywistością. Pewnego dnia wampiry poznają Stu, człowieka, i odtąd ich życia ulega znaczącej zmianie.
Krótkie wprowadzenie, ale tak na prawdę dłuższego nie potrzeba, w zasadzie cały powyższy akapit mógłbym podsumować zdaniem "mockumentary z wampirami na wesoło" i wcale bym się nie pomylił, ponieważ "What we do in the shadows" to parodia kina wampirycznego. Parodia, która jednocześnie oddaje wielki hołd tegoż segmentu horroru. Mamy Petyra, który wygląda jak żywcem wyjęty z "Nosferatu- symfonia grozy", Vlad oczywiście przypomina Vlada Palownika (choć mnie bardziej skojarzył się z modelem wampira romantycznego, w filmie jednak są wzmianki o jego przeszłości), Deacon jest wampirem-pedantem, a Viago to luzak, nie przejmuje się wszystkim aż tak, jak czasem powinien.
Film jest przezabawny. Okazuje się, że znalezienie dziewicy w XXI wieku nie jest tak proste jak kiedyś, rewelacyjnie pokazano jak wampiry dobierają odzież do wyjścia na miasto, samo wejście na imprezę jest możliwe tylko z zaproszeniem od bramkarzy. Mało tego, zamiast budzić strach, Viago, Deacon i Vlad (Petyr mieszka w trumnie ulokowanej pionowo w piwnicy, znów hołd dla "Nosferatu...") są wyśmiewani i brani za gejów. Zobaczymy również, co się dzieje, gdy wampir wgryzie się w złe miejsce na szyi (genialny fragment). Oczywiście nie mogło również zabraknąć konfliktów na linii wampiry-wilkołaki, w których dialogi są wisienką na torcie filmu (stąd bierze się mój ulubiony cytat "Who are we? Werewolves, not swearwolves"). Nie da się ukryć, że załoga bawiła się setnie kręcąc ten obraz, luz z jakim aktorzy wykonują swoją pracę wypływa z ekranu, a uśmiech z twarzy widza nie schodzi ani na minutę. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż wampiry w tym filmie są wyjątkowo "ludzkie", ze wszystkimi małostkami i problemami (od niezmywanych naczyń do utraconej miłości), może dlatego "What we do in the shadows" łatwiej się przyswaja, łatwiej jest również wejść w skórę bohaterów i przeżywać to, co oni.
"What we do in the shadows" spodoba się wszystkim, którzy szukają powiewu świeżości w podgatunku, który nie ma się zbyt dobrze (chodzi oczywiście o mockumentary choć trzeba przyznać, że horror również trochę kuleje) oraz tym, dla których wampiry to nic tylko przemoc, krew i strach. Obraz jest zabawny, pomysłowy i nie nudzi. Czego więcej trzeba? Polecam.