czwartek, 12 marca 2015
"Babadook" (2014), reż. Jennifer Kent
Nie jest trudno zauważyć, że horror nie ma się tak dobrze, jak chociażby w poprzednim dziesięcioleciu. Boom na azjatyckie klątwy się skończył, reżyserzy zderzali się z gatunkowymi ograniczeniami, brak pomysłu i innowacyjności gatunkowej doskwierał najbardziej, nawet używanie utartych schematów nie wychodzi najlepiej. Omawiany dziś tytuł nie jest mistrzostwem świata, ale wnosi powiew świeżego powietrza i daje pewną nadzieję. Przed Wami Babadook, debiutancki film Australijki Jennifer Kent (debiut pełnometrażowy, w 2005 roku wydała na świat 10-minutowy Monster, bardzo zresztą chwalony), opowiada historię Amelii (Essie Davis), samotnie wychowującej Samuela (Noah Wiseman), chłopca cierpiącego na potężną fobię przed potworami. W związku z czym Amelia każdego wieczora odbywa swego rodzaju rytuał polegający na sprawdzaniu w każdym kącie pokoju, czy nie ma tam żadnego monstrum. Każda próba namówienia Sama na walkę ze strachem kończy się jego gwałtowną reakcją, co nie pomaga mamie w życiu, jej nieustanna walka z dzieckiem i ciągłe histerie odsuwają od Amelii przyjaciółki, jak i również zabiera chłopcu rówieśników do zabawy. Pewnego dnia Sam wybiera książeczkę do poczytania przed snem (również część "rytuału") zatytułowaną "Babadook". Treść książki wydaje się wpływać nawet na Amelię, w jej domu zaczyna być wyczuwana dziwna obecność...
To co zasługuje na szczególną uwagę, to świetna atmosfera utrzymywana przez cały czas trwania Babadooka. Pierwsza połowa filmu to zdecydowanie dramat rodzinny, walka Amelii z własną psychiką, dręczoną koszmarami wypadku, w którym straciła męża (dodać należy do tego, że do wypadku doszło podczas drogi kobiety do szpitala, by urodzić Sama), niełatwa przeprawa przez trudy wychowywania synka, który nie jest do końca normalnym dzieckiem, to wszystko udaje się sportretować doskonale. Wielkie brawa dla Essie Davis, potrafiła świetnie pokazać wachlarz emocji głównej bohaterki, od początkowej radości, poprzez udrękę, przerażenie, nawet moment w którym Amelia "pęka" (o czym nie opowiem, zachęcam do obejrzenia) nie dość, że ukazany jest świetnie, to jeszcze doskonale wpasowuje się w kontinuum akcji. Noah Wiseman jak na aktora dziecięcego, też bardzo dobrze zachowuje się na ekranie, reżyserka nie przeciążyła chłopaka zbyt dużym zasięgiem emocjonalny, miał grać znerwicowane dziecko i to mu się właśnie udało.
Swoiste "two-man show" działa tu bardzo dobrze. Oczywiście inni aktorzy także pojawiają się na ekranie, nie są to jednak postacie, które zapadają w pamięć. Nie jest to jednak wadą, gdyż główny cel filmu to pokazanie walki matki i syna z nieznanym, ale bardzo niebezpiecznym stworzeniem. W drugiej części filmu wchodzimy do świata horroru, niewytłumaczalne zjawiska zaczynają pojawiać się w domu Amelii, która sama nie wie czy w kącie pokoju wisi płaszcz, czy to już Babadook czyhający na życie jej i Sama. Najlepsza moim zdaniem scena to ta, w której kobieta odbiera telefon, po którego drugiej stronie jest zjawa. Jasne, zerżnięte z Ringu, ale działa i pokazuje jednocześnie jak używać utartych schematów. Warto też postarać się o słowa uznania dla Radosława Łuczaka, którego zdjęcia są bardzo atmosferyczne i pomagają w kreowaniu napięcia. Już sam fakt, że w filmie dominują ciemne, zimne kolory, narzuca dość ponurą atmosferę.
Dwie rzeczy muszę zarzucić Babadookowi. Wybaczyć można, że obraz Jennifer Kent nie jest horrorem strasznym od początku do końca, takie było zamierzenie. Natomiast szkoda trochę, że samej grozy jest w filmie stosunkowo niewiele. Oczywiście, jest napięcie, niektóre sceny potrafią przyprawić o dreszczyk, jednakże podzielenie obrazu gatunkowo na dwie połowy troszeczkę psuje wrażenie. Nie zrozumcie mnie źle, Babadook jest filmem dobrym, próbuję tylko przedstawić punkt widzenia horroromaniaka i z tej perspektywy nie jestem pod aż takim wrażeniem.
Jest jeszcze jedna wada omawianego przeze mnie obrazu i jest to coś czego wybaczyć absolutnie nie mogę. Jest to zakończenie, nie mogę co prawda zdradzić co konkretnie się dzieje, jednak nie potrafię zrozumieć, jak z całkiem klimatycznego obrazu pani Kent przeszła dosłownie w kreskówkę. Pani reżyser popisała się w mojej opinii wyjątkową niekonsekwencją i troszeczkę popsuła mi przyjemność czerpaną z seansu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na Babadooka, jest to horror bardzo solidny, z dobrą dramatyczną podstawą, ciekawą grą aktorską i świetnymi zdjęciami. Atmosfera jest raczej ponura, a niektóre sceny mogą wzbudzić niepokój. Warto również przyjrzeć się temu filmowi, żeby podnieść się na duchu i spojrzeć z nadzieją na przyszłe produkcje. Może ten gatunek wzniesie się w końcu na zasłużone wyżyny. 6/10
sobota, 21 lutego 2015
"Godzilla" (2014), reż. Gareth Edwards
Król potworów powraca w 60-lecie powstania, tym razem nie za sprawą japońskiego studia TOHO, tylko dzięki Amerykanom. Więcej powodów do paniki nie trzeba było podawać, wszakże "Godzilla" z 1999 roku to kompletna katastrofa, o której fani potwora nie rozmawiają, jak gdyby nigdy nie istniała. I wtedy dostaliśmy trailer, który jak zawsze wpompował w Nas pozytywne emocje. Nic dziwnego, odkrycie Godzilli odbywa się w spektakularnym stylu, podczas skoku spadochronowego. Zdrowy rozsądek nakazywał jednak wstrzymać ekscytację, zwiastun filmu z 1999 roku też był epicki, mimo to byliśmy zawiedzeni (ha, drobne niedopowiedzenie). Czy w swoje urodziny Godzilla jest w stanie wznieść się na swoje wyżyny?
W roku 1999, elektrownie Janjira zostaje zniszczona. Przyczyny są nieznane, co wpędza Joe Brody'ego (Brian Cranston) w szaleństwo na punkcie odkrycia prawdy o wypadku. Jego syn, Ford (Aaron Taylor-Johnson), żołnierz, musi zaraz po powrocie z misji udać się do Japonii, aby wyciągnąć ojca z więzienia i postawić do psychicznego pionu. Obaj odkrywają jednak co wydarzyło się 15 lat temu, gdy elektrownia się zawaliła. Są jednocześnie świadkami ożywienia potwora, gdzieś na drugim końcu globu powstaje drugi (zostają nazwane MUTO- Massive Unidentified Terrestrial Organism) i aby jeszcze wszystko pogorszyć okazuje się, że potwory są przeciwnej płci i jeśli dojdzie do złożenia jaj, ludzkość będzie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Naukowcy najbardziej obawiają się jednak Godzilli, potwora którego nieskutecznie próbowali zabić 60 lat temu (znakomite odwołanie do pierwszego filmu), nie wiedząc jednocześnie jak potężnego sprzymierzeńca zyskają.
Godzilla powraca, w glorii i chwale, nie ma powodu do paniki, wszystko jest już w porządku i wreszcie możemy zapomnieć o tym-filmie-który-nigdy-nie-istniał. Nie jest oczywiście idealnie, ale wady nie zmieniły się od 60 lat, wiec możemy spokojnie przymknąć na nie oko. Podoba się przede wszystkim design Godzilli, klasyczny, jednocześnie odpowiednio zmodyfikowany tak, aby budził grozę. No i ryk, TEN ryk w połączeniu z tym co widzimy na ekranie potrafi wywołać ciarki. Przeciwnicy Króla Potworów choć nieco mało oryginalni, stanowią prawdziwe zagrożenie i potrafią skutecznie łączyć siły w walce. Pierwszy akt filmu, gdzie występuje Brian Cranston pokazuje, że facet ciągle potrafi grać. Nie zaskakuje to specjalnie, aczkolwiek miło patrzeć jaki wachlarz emocji potrafi pokazać aktor w przeciągu swojej kariery. Dramat, jaki przeżył Joe odbija się na jego psychice, jednak jego obsesja nie jest nieuzasadniona i choć widzieliśmy ten typ postaci już setki razy (szalony z pozoru człowiek szukający prawdy, w którą nikt nie wierzy), Cranston skutecznie pokazuje, że można wciągnąć widza w świat przedstawiony. Ogromna zatem szkoda, że Joe Brody ginie i to bardzo wcześnie. Zostaje zastąpiony Fordem, którego egzystencję w filmie możemy pominąć, bo żadna czynność, którą wykonuje na ekranie, nie zapada w pamięć, jest to kompletnie płaska postać, niejednokrotnie zresztą zadawałem sobie pytanie "co ten człowiek w ogóle tu robi?", tak nieistotny jest Aaron Taylor-Johnson. W zasadzie śmierć postaci Cranstona to także śmierć wątku ludzkiego. Oczywiście, jest w tle wielki plan zniszczenia MUTO, Godzilli i uratowania świata, aczkolwiek to już nie to samo.
Ale, ale, przecież mamy do czynienia z filmem o potworach, jak więc wypadają na scenie główni aktorzy tego przedstawienia? Gdyby nie to, że walki są nieprawdopodobnie powolne, powiedziałbym, że pojedynki kopią tyłki dosłownie i w przenośni. Nie zmienia to faktu, że obserwowałem wydarzenia na ekranie z zachwytem. Może jestem mało wymagający, wprawdzie do pojedynku dochodzi po około 1,5 godziny (film trwa 122 minuty), jednak gdy potwory zaczynają walkę, jest świetnie, wygląda to epicko. Oczywiście Godzilla zgarnia wszystkie nagrody, jest niewątpliwie wisienką na filmowym torcie, pokazuje swój atomowy oddech, jego znak firmowy i kopie wszystkie tyłki na ekranie. Szkoda tylko, że tego typu starć jest tak niewiele, może budżet nie pozwolił, a może godzinna walka byłaby po prostu zbyt nudna. Nie wiem, w każdym razie warto poczekać, jest na co popatrzeć.
Co dalej? Na 2016 rok planowany jest kolejny amerykański obraz o Godzilli. Jestem trochę spokojniejszy co do końcowego efektu, ponieważ powrót w 2014 roku Król Potworów zalicza wyjątkowo dobrze. Zdjęcia są fantastyczne, warto też zobaczyć Briana Cranstona, no i gdy Godzilla się rozkręca, wtedy emocje rosną. Zdecydowanie warto poświęcić dwie godziny swojego czasu na seans, nie pożałujecie. Polecam.
piątek, 13 lutego 2015
"Death Note" ("Desu Noto"), 2006-07, reż. Tetsuro Araki
Bogowie Śmierci czasami się nudzą. Ileż można w końcu grać w kości i rozmawiać, każdy potrzebuje rozrywki. Ryuuk ma dość nudy i "gubi" Notatnik Śmierci w świecie ludzi. Znajduje go młody i genialny student, Yagami Light, który szybko zdaje sobie sprawę, że Notatnik to nie jakiś mało wyrafinowany dowcip, a potężna broń, którą wykorzysta w walce ze złem. Nie z siłami zła, to by było zbyt proste, Yagami chce oczyścić świat z przestępców, ludzi którzy dopuszczają się złych uczynków i tym podobnych. Sprawą tajemniczych zgonów przestępców zajmuje się L, ekscentryczny (delikatnie rzecz ujmując, o czym za chwilę) i jednocześnie nieprawdopodobnie błyskotliwy detektyw, który rozpoczyna z tajemniczym Kirą grę, w której stawka jest dużo większa niż się początkowo wydaje.
Tak przedstawia się fabuła "Death Note", 37-odcinkowego anime, które prosty dość koncept zabawy w Boga przedstawia w iście rewolucyjny sposób. Oto bowiem za pomocą prostego środka, którym jest notatnik, umożliwia zwykłemu człowiekowi dokonywanie sądu i egzekucji wedle własnej interpretacji. Yagami skrzętnie z tego korzysta, stawiając sobie za cel oczyszczenie świata z wszelkiego zła, którym wg niego są ludzie. Do Notatnika załączonych jest kilka zasad, np. twarz osoby, której imię i nazwisko wpisujemy, musi być w naszych myślach, inaczej nie będzie efektu. Lub jeśli nie napiszemy przyczyny śmierci, to ofiara umrze na zawał serca w przeciągu 40 sekund. Jeśli natomiast podamy przyczynę śmierci, to wszystkie szczegóły muszą zostać spisane w ciągu kolejnych 6 minut i 40 sekund. Ciekawa jest tu jednak idea Shinigami (Boga Śmierci), którego rozpoznać może tylko i wyłącznie osoba, która dotknie zeszytu. Najciekawszy wg mnie zapis to ten, który mówi, że po śmierci użytkownik zeszytu nie może trafić ani do Piekła ani do Nieba.
"Death Note" bardzo śmiało stawia przed widzem pytania: Co byś zrobił z władzą, jaką daje Notatnik? Stałbyś się sędzią i katem czy zrobiłbyś coś dla większego dobra? Jak rozumieć większe dobro? Anime prowadzi dialog ze swoim widzem, jednocześnie pokazując, jak radzi sobie młody człowiek, postawiony przed wyborem ścieżki, którą ma się udać. I mimo, że myślimy, iż droga, którą obrał Raito (Yagami Light w oryginale nazywa się Raito Yagami, znaczenie imienia jest to samo, "światło") jest całkowicie słuszna, to z tyłu głowy siedzi wątpliwość, czy z moralnego punktu widzenia osądzenie innych należy właśnie do Yagamiego. Na początku serii widzimy, jak Light ratuje młodą dziewczynę przed grupą motocyklistów i zaczynamy mu kibicować. Później jednak zastanawiamy się, jak my byśmy postąpili, i kiedy Kira (pseudonim pod którym ukrywa się Raito) wpisuje co raz więcej nazwisk do Notatnika, wątpliwości stają się większe. Jak definiujemy złą osobę? Czy tak samo potraktujemy złodzieja jabłek i rabusia, który ukradł staruszce torebkę?
Na to pytanie stara się odpowiedzieć L, genialny detektyw, choć nieco ekscentryczny. Siedzi tylko w pozycji kucznej (twierdzi, że znacząco poprawia to jego zdolności dedukcyjne), telefon komórkowy trzyma w bardzo dziwny sposób i je tylko słodycze. Nie zmienia to jednak faktu, że L jest jedną z najciekawszych postaci w historii anime, dzięki czemu przyciąga przed ekran chorych na Syndrom Jeszcze Jednego Odcinka. Pojedynek, który toczy z Kirą, jest bardzo intensywny, pełen zwrotów akcji i ryzykownych decyzji. Przykładowo gdy w jednym z początkowych odcinków L podstawia jednego z więźniów jako siebie, Kira natychmiast wpisuje nazwisko swojej ofiary. Pewny zwycięstwa odlicza sekundy do egzekucji i gdy na ekranie ukazuje się wielka, gotycka litera "L" z wiadomością od prawdziwego detektywa, pojedynek rozpoczyna się na prawdę, gdyż L nie tylko wie w jakim kraju mieszka Kira, ale także w jakim mieście, co sprawia, że Light musi podjąć wszelkie możliwe środki ostrożności. Gdy zobaczycie, co potrafi Light w celu ochrony swojej misji, szczęka opadnie Wam niejeden raz.
Fabuła jest absolutnie rewelacyjna, staje się jeszcze lepsza, gdy zaczyna się gmatwać, do końca trzymając na krawędzi fotela. Muszę jednak przyznać, że ostatnie 10-15 odcinków jest nieco pohamowane, jedno wydarzenie troszeczkę psuje cały efekt, nie mogę Wam jednak zdradzić co się stanie, ponieważ jest to chyba najważniejszy moment w całym anime. Na szczęście twórcy uniknęli rozdrobnienia historii przez postacie poboczne. Akcja toczy się w zamkniętej grupie kilku osób i nawet gdy przedstawiane nam są nowe, nie tracimy na jakości. W zasadzie oprócz jednego zwrotu akcji nie ma się do czego przyczepić, pozostaje z zapartym tchem śledzić świętą misję Kiry (Kira=Killer=Zabójca). Słowa ogromnej pochwały należą się kompozytorom muzyki do "Death Note". Ścieżka dźwiękowa jest mistrzowska, żaden utwór nie odstaje od reszty, od pompatycznych numerów orkiestralnych poprzez spokojne melodie, które powoli zarysowują przebieg akcji ("L's Theme" to mój osobisty faworyt). Co jakiś czas zdarza mi się przesłuchać OST z anime i nie traci ono na jakości, absolutny plus.
Czy jestem w stanie napisać coś złego o "Death Note"? Postaci, które pojawiają się w trzeciej części serii (dzieląc anime na standardowe, 12-odcinkowe części), choć nie psują całokształtu, niewiele także dodają, co troszeczkę zaburza przebieg oglądania i gdyby nie fantastyczna fabuła, to miałbym problem ze śledzeniem tego tytułu. I w zasadzie to wszystko, DN jest wciąż moim ulubionym anime i nie mam w kwestii wad nic więcej do dodania.
"Death Note" jest kolejnym tytułem, który zdecydowanie udowadnia, że anime to nie bajki dla dzieci. Absolutnie dojrzała i mocna historia, która zadaje widzowi trudne pytania, jednocześnie podając własne odpowiedzi, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa oraz niezapomniane postaci tworzą doskonały zestaw, dzięki któremu 37 odcinków kończy się zdecydowanie zbyt szybko. Absolutnie polecam.
sobota, 24 stycznia 2015
"Następny jesteś Ty" ("You're next"), 2011, reż. Adam Wingard
Adam Wingard to jeden z reżyserów nowej młodej fali horroru. Człowiek, który w 2012 roku stworzy świetne "V/H/S", rok wcześniej daje światu nowy film z podgatunku "home assault", tym razem bardziej w konwencji slashera. Bo tak na prawdę "Następny jesteś Ty" takim właśnie tworem jest i choć przyznać trzeba, że dzięki kilku głupotkom nie będzie to tytuł legendarny (polecam "Funny Games"), to z pewnością zajmie wysoką pozycję w moim prywatnym rankingu filmów na "czwórkę". Ale od początku..
Rodzina Davisonów zbiera się w domu rodziców, aby uczcić ich rocznicę ślubu. To, że nie jest to rodzina bez problemów dowiadujemy się w zasadzie od pierwszego spotkania Crispiana i Drake'a, w zasadzie żadne z rodzeństwa za sobą nie przepada, szybko jesteśmy świadkami awantury pomiędzy braćmi. W czasie sprzeczki nieznany sprawca za pomocą kuszy zabija Mięso Armatnie nr 1 (wybaczcie, ale formuła slasherów wymaga na mnie używanie oficjalnych imion dla postaci, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły). Wtedy właśnie rozpoczyna się walka o przetrwanie, podczas której Davisonowie muszą się zmierzyć z bezwzględnymi zabójcami oraz wilkiem w owczej skórze...
Absolutną gwiazdą filmu jest Erin, grana tu przez Sharni Vinson ("Step Up 3D"). Postać ta jest absolutną definicją słowa "badass", nie tylko od początku zachowuje zimną krew, ale równie szybko zaczyna walczyć z napastnikami, nie jest bezbronną ofiarą. Ba, do tego stopnia nią nie jest, że opracowuje różne zmyślne pułapki, które koniec końców skutecznie niweczą plany antagonistów. I choć nie wypada psuć zakończenia, to w finałowej scenie jest rewelacyjna, skutecznie odpierając ataki dwojga oponentów. Bez mrugnięcia udziela pomocy, mam jednak jedno zastrzeżenie w scenie podczas której wiecznie (jej zdaniem) niedoceniana przez rodzinę Kelly, pragnie pomóc i pobiec po kogokolwiek, wtedy właśnie ani Erin ani ktokolwiek z rodziny bez żadnych wątpliwości zawierza powodzenie całej tej szalonej operacji właśnie Kelly. I jakkolwiek efektownie się to nie kończy, to jest to właśnie jedna z tych głupotek, które odejmują trochę od całej oceny.
Szkoda właśnie, że reszta postaci jest w zasadzie tłem dla Erin i jej zmagań z mordercami. Oprócz Drake'a (Jon Swanberg) nikt jakoś nie wpadł mi w oko, nikogo nie jestem w stanie specjalnie wyróżnić, nawet Felix, który ma do odegrania większą rolę w całym przedsięwzięciu, gdzieś przepada, wtapia się w tło. I choć ktoś mógłby to powiedzieć, że z fabularnego punktu widzenia to ma sens, to ja powiem, że pojawia się jak królik z kapelusza, a jego rola i tak nie jest do końca zaznaczona. Crispian znika na 3/4 filmu, żeby pojawić się ostatniej scenie, której równie dobrze mogło zabraknąć, a film i tak skończyłby się lepiej. Cóż można powiedzieć o reszcie rodziny? Mięso armatnie. No ale takie właśnie są slashery, co prowadzi do kolejnego punktu programu, zabójstw.
Sceny śmierci są soczyste, niektóre brutalne, niektóre nieco mniej, wszystko jednak wpasowuje się doskonale w wydarzenia na ekranie, scena o której wspomniałem, choć proste, to zasługuje na szczególne uznanie. Mnie najbardziej przypadło do gustu zabójstwo w końcowej scenie, podczas walki Erin z dwojgiem napastników. Nie będę Wam psuł tej przyjemności, warto jednak przeczekać do finału.
"Następny jesteś Ty" nie jest oczywiście filmem niepozbawionym problemów. O ile to co widzimy i słyszymy jest na dobrym poziomie, to kilka logicznych błędów ciągle razi. W jednej ze scen Davisonów zapomina, że jeden z napastników ma w zanadrzu kuszę i radośnie debatuje przy oknie (nawet Erin o tym zapomina, a zostało wcześniej ustalone, że pierwszy z morderców doskonale zna teren, na którym wykonuje swoją pracę i potrafi przemieszczać się pomiędzy lokacjami dość szybko). W jednej z kolejnych Drake odurzony Vicodinem i zirytowany tym, że ma strzałę w plecach wyciąga ją, żeby na widok własnej krwi natychmiast zemdleć. I choć wiem, że to raczej normalna reakcja, to cała sytuacja wygląda przekomicznie, co w horrorze bazującym na atmosferze osaczenia nie powinno mieć miejsca.
Największym problemem, dzięki któremu za pierwszym razem zakończyłem seans po 15 minutach było nieznośnie ślamazarne tempo pierwszej połowy obrazu. Całe przedstawienie postaci (z którego w zasadzie nie dowiadujemy się niczego sensownego) wydłuża film i to nie w sposób, który wbija w fotel. Warto się wprawdzie przemęczyć, nie zmienia to faktu, że pan Wingard powinien lepiej przemyśleć całą sprawę.
"Następny jesteś Ty" to solidna produkcja. Podgatunek home assault może z dumą prezentować swoje kolejne dziecko. I choć oczywistym jest, że film ten nie jest mistrzostwem świata, to około 90 minut spędzonych przed ekranem monitora nie było dla mnie czasem straconym. Takie obrazy warto oglądać, rzecz jasna przymykając najpierw na głupotki i niedociągnięcia. Zdecydowanie polecam.
wtorek, 6 stycznia 2015
Podróż w przeszłość (4): "Milczenie owiec" (1991), reż. Jonathan Demme
Zaskakujące dla mnie jest to, jak wiele psychologicznych horrorów miało wpływ na moją fascynację gatunkiem. Poczynając od gier ("Silent Hill", "Resident Evil") poprzez filmy ("Ju-On 2") rozwijałem zarówno siebie jak i pasję, która zapłonęła parę lat temu. I choć przyznaję, że bardziej krwiste pozycje nie są mi obce (ba, uwielbiam slashery i filmy o zombie, uważam również że scena gore jest źle rozumiana i niedoceniana), to właśnie filmy takie jak "Milczenie Owiec" miały na mnie największy wpływ. Wchodzimy więc w nowy rok z przytupem, będę dzisiaj wyłącznie chwalił, jedziemy!
Współcześnie dość rzadko się zdarza, żeby adaptacja książki odniosła sukces zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Thomas Harris pisząc swoją książkę nie miał zapewne pojęcia, jak ważną franczyzą stanie się "Milczenie Owiec" (rozrośnięte obecnie do pięciu filmów i serialu) oraz jak charakterystyczną postacią w świecie horroru będzie Hannibal Lecter. Ale od początku, tym którzy jakimś cudem nie widzieli filmu, należałoby przedstawić pokrótce fabułę obrazu Jonathana Demme.
W mieście szaleje seryjny morderca skrywający swoją tożsamość pod pseudonimem "Buffalo Bill", który nie dość że swoje ofiary torturuje, zabija, to na dodatek odziera je ze skóry. Młoda agentka FBI, Clarice Starling, musi podjąć współpracę z innym zabójcą, Hannibalem Lecterem, znanym z gustowania w ludzkim mięsie. Od pierwszego spotkania tych dwojga rozpoczyna się gra psychologiczna, w której to Lecter skutecznie punktuje słabości Starling (graną tu przez Jodie Foster), natomiast młoda agentka specjalna musi wyciągnąć informacje od doktora jednocześnie odkrywając samą siebie i walcząc z demonami przeszłości.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to film legendarny. Wszelkie pochwały wobec obrazu Demme'a zostały już pewnie wypowiedziane, mimo wszystko warto to powtórzyć. Atmosfera gniecie i nie puszcza, rzadko kiedy ogląda się tak ciężkie filmy. Widać to zwłaszcza w scenach z Lecterem (Anthony Hopkins wycisnął z 16 minut, w których był na ekranie, absolutne maksimum), to właśnie rozmowy z agentką Starling jednocześnie napędzają fabułę i nadają jej tempo, dość powolne trzeba przyznać, jednak tempo, które w połączeniu z atmosferą dają niesamowity efekt. I choć przyznać trzeba, że Buffalo Bill blednie przy postaci doktora Lectera, to i on wykorzystuje w pełni potencjał postaci. Jest psychopatyczny, nie ma żadnych skrupułów i posiada swój chory rodzaj motywacji.
Ale skąd tu inspiracja do pasjonowania się horrorem? "Milczenie owiec" dobitnie pokazuje, że największym potworem może być człowiek, Twój sąsiad, Twój szef, współpracownik, sprzątaczka, ktokolwiek. Hannibal Lecter jest miłośnikiem kultury wyższej. Oczytany, piekielnie inteligentny psycholog-meloman, który zdecydowanie potrafi oczarować swoją charyzmą, żeby chwilę później podać Twój mózg na talerzu, oczywiście dobrze wypieczony. Stąd właśnie "Milczenie owiec" gości tutaj, jest to film, który zdecydowanie potrafi przytłoczyć atmosferą i choć ze strachem może mieć to mało wspólnego, to jednak uczucie silnego niepokoju jest tu najważniejszym czynnikiem. Nie da się z jednej strony ukryć, że bez postaci Hannibala Lectera ciężko by było stworzyć podobną historię, tak na prawdę to wokół doktora kręci się fabuła zarówno tego, jak i reszty filmów.
Z całego serca polecam "Milczenie owiec" tym, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć tego znakomitego obrazu. Zrozumiecie wtedy, że potwór kryje się w każdym z nas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







.jpg)








