wtorek, 29 marca 2016

"Silent Hill 2" (2001), Team Silent, Konami

In my restless dreams, I see that town. Silent Hill. You promised me you'd take me there again someday. But you never did. Well, I'm alone there now... In our 'special place'... Waiting for you... Waiting for you to come to see me. But you never do. And so I wait, wrapped in my cocoon of pain and loneliness. I know I've done a terrible thing to you. Something you'll never forgive me for. I wish I could change that, but I can't. I feel so pathetic and ugly laying here, waiting for you... Every day I stare up at the cracks in the ceiling and all I can think about is how unfair it all is... The doctor came today. He told me I could go home for a short stay. It’s not that I'm getting better. It’s just that this may be my last chance... I think you know what I mean... Even so, I'm glad to be coming home. I've missed you terribly. But I'm afraid, James. I'm afraid you don't really want me to come home. Whenever you come see me, I can tell how hard it is on you... I don't know if you hate me or pity me... Or maybe I just disgust you... I'm sorry about that. When I first learned that I was going to die, I just didn't want to accept it. I was so angry all the time and I struck out at everyone I loved most. Especially you, James. That's why I understand if you do hate me. But I want you to know this, James. I'll always love you. Even though our life together had to end like this, I still wouldn't trade it for the world. We had some wonderful years together. Well, this letter has gone on too long, so I'll say goodbye. I told the nurse to give this to you after I'm gone. That means that as you read this, I'm already dead. I can't tell you to remember me, but I can't bear for you to forget me. These last few years since I became ill... I'm so sorry for what I did to you, did to us... You've given me so much and I haven't been able to return a single thing. That's why I want you to live for yourself now. Do what's best for you, James. James... You made me happy.

Tak właśnie zaczyna się historia Jamesa Sunderlanda, a także historia wielu z nas, pasjonatów horroru, tak zaczęła się historia w Silent Hill 2. Ten list jest przyczyną przyjazdu głównego bohatera gry do miasteczka. I wszystko wydawałoby się w porządku gdyby nie to, że Mary, żona Jamesa, w momencie gdy ten czyta list, nie żyje od 3 lat. Czemu więc James przybywa do Silent Hill? Przez najbliższe godziny przekonamy się o tym, czym jest miłość i jak daleka droga prowadzi do odkupienia. Co najważniejsze jednak, przekonamy się, jakie koszmary czają się w ludzkim umyśle. Bo Silent Hill jest miastem wyjątkowym.

Od dawna wiadomo, że Silent Hill pełni funkcję czyśćca, miejsca do którego trafia się, aby odcierpieć grzechy przeszłości i zmierzyć się z demonami swojego umysłu. Ale nigdy SH nie dotykało tych problemów tak dogłębnie, można nawet powiedzieć, że osobiście. Każde miejsce ma swoje znaczenie, każdy potwór którego napotyka James, reprezentuje co innego, bardzo znaczącego dla jego czynów. Nie tylko jednak dla niego, ponieważ napotkana zaraz na początku drogi Angela Orosco również boryka się z trudną przeszłością, która zamelduje się po nią w jednym ze starć, w jednym z setek pokojów, w jednej z godzin spędzonych w Silent Hill. Symbolika w tej grze jest bardzo ważna i wszechobecna, to ona napędza fabułę, zwodzi gracza, jednocześnie co raz mocniej go wciągając. Śmiem twierdzić, że właśnie Silent Hill 2 jest horrorem definitywnym, ponieważ dotyka gracza na wszystkich dostępnych poziomach poznawczych i pozostawia po sobie niezaparte wrażenie na długi czas. Porozmawiajmy więc, żebym nie rzucał słów na wiatr, akurat ten przypadek wart jest obrony.

Grafikę możemy podzielić na dwa poziomy: po pierwsze gra jest ładna, wyzwala moc PS2 jeśli nie w pełnej krasie (wystarczy spojrzeć na to, co wyczyniały kolejne Final Fantasy), to zdecydowanie na tyle, żeby móc wejść w atmosferę miasteczka. Po drugie, i to chyba jest najważniejsze, Silent Hill 2 jest szare, jak depresja, i taki nastrój wywołuje gra. Stonowany, ale wybijający się nastrój depresji pojawia się od początku, w końcu przyjeżdżamy do Silent Hill za swoją zmarłą żoną, gonimy za czymś co nie ma prawa się wydarzyć. Potem ciemne jak noc korytarze, które oświetla jedynie wątłe światło naszej latarki bądź też ekran włączonego telewizora. To właśnie ten mrok kreuje strach, który nie odpuści nam już do końca. Wreszcie Otherworld. Świat usiany rdzą i metalem, krwią i brudem, świat brutalny i bezlitosny, ale świat w którym odnajdziemy prawdę. Doprawdy, nie ma chyba miejsca w wirtualnych uniwersach, w których bardziej nie chciałoby się być. Nie pomaga wcale fakt, że Otherworld kreowany jest na miarę naszych najgorszych snów i win. Pierwszym z brzegu przykładem jest choćby pierwszy napotkany potwór, nazwany Lying Figure. Widać w nim pacjenta w agonii, co ma symbolizować wewnętrzne cierpienia Jamesa, który bardzo długo obserwował cierpienia swojej umierającej żony, Mary. Takimi smaczkami usiana jest gra, to one właśnie tworzą jej niepowtarzalny klimat, to one również ujawniają nam (ze zdecydowaną pomocą Wiki dostępnej pod TYM adresem) prawdziwą motywację Jamesa (co zaczynamy składać do kupy w jednej z najbardziej ryjących banię scen w historii, podczas oglądania pewnej historii).
Dźwięk. Cóż może bardziej straszyć niż chodzenie ciemnym i przyprawiającym o dreszcze korytarzem niż jego nieskończona ciemność? Cisza. Cisza, którą przerywają jedynie kroki nadchodzącego stwora. Ale przed tym włosy na głowie jeży radio. To cholerne radio, kiedy jedynym pytaniem jest "Gdzie do cholery jest ta maszkara?" albo "Czy to ON? Niech to nie będzie ON", radio odgrywające jedynie odgłos zakłóceń, co zwiastuje pojawienie się monstrum. Znamienna jest scena, w której zasłyszawszy znajomy dźwięk powoli posuwamy się naprzód. Bardzo powoli, albowiem jesteśmy w ciasnym korytarzu w hotelu. Jeszcze bardziej powoli, ponieważ dźwięk się nasila. I wtedy stajemy twarzą twarz z NIM. Z Piramidogłowym. Z Sędzią i Katem. W jednej z najbardziej ikonicznych scen w grze po prostu stoimy i wpatrujemy się w to monstrum, które jest symbolem naszych frustracji (w końcu James obserwował bezczynnie, jak jego żona umierała, nie mógł zrobić nic, nie otrzymywał miłości, sam nie był w stanie jej oddać), manifestacją poczucia winy po śmierci Mary.
O fabule nie opowiem, wystarczająco dużo zdołałem już zdradzić. Warto jednak zagrać i doświadczyć tego, co James. Potem warto wejść na Wiki, a potem jeszcze raz zagrać, tym razem z pełnym zrozumieniem. Bardzo mało jest bowiem takich produkcji, w każdym dostępnym medium, które z jednej strony potrafiłyby wywołać niczym nie wytłumaczony strach przed naszym własnym umysłem. Bardzo mało również jest takich dzieł sztuki (bo wątpię, aby znalazł się ktokolwiek, kto byłby w stanie zaprzeczyć tej tezie), które zarówno opowiadałyby, jak i wywoływałyby tak depresyjny nastrój. Odbywając tę podróż przeżywamy swoiste katharsis, które jednak nie pozostawi czystego sumienia, ten rachunek wyjdzie raczej in minus.
Dlaczego piszę właśnie o tym? Czy związek z tym ma to, że jest to mój 50 tekst tutaj? Nie wiem, może coś w tym jest. Myślę jednak, że każdy z nas ma taki tytuł, który tkwi w naszych głowach, który zaognił nasze pasje i który popchnął nas w pewnym kierunku. Tak właśnie jest ze mną, obok Ju-On 2 to właśnie Silent Hill 2 jest przyczynkiem całego tego pisania. To własnie dzięki temu jestem w tym miejscu, pisząc ten tekst. Wreszcie, to dzięki uniwersum SH przyszła ta niezłamana pasja i chęć, żeby badać i drążyć temat, żeby ciągle uczyć się czegoś nowego o gatunku, który dał mi już tak wiele. Zapoznajcie się z tą grą, a poznacie jak to jest bać się swojego umysłu. Serdecznie polecam.


piątek, 25 marca 2016

"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon piąty: Hotel

Wreszcie, bez wyrzutów sumienia mogę powiedzieć, że American Horror Story sprostało zadaniu i stworzyło dobrą, wciągającą i, co chyba najważniejsze, całkowicie spełniającą wymagania historię. Od razu można powiedzieć, że wszystkie wątki fabularne zostały zamknięte, w końcu nie pozostawiono żadnych wątpliwości czy otwartych drzwi, więc w tym punkcie zrobiono ogromny postęp w stosunku do poprzednich sezonów. Czy reszta dotrzymuje kroku? Czy natrafiłem na najlepszy sezon AHS? Cóż...
Witamy w hotelu Cortez, postawionym przez pana Jamesa Marcha (Evan Peters powraca w glorii i chwale), prowadzonym przez Hrabinę (Lady Gaga), która dba o to, abyście bawili się tu jak najlepiej i zostali jak najdłużej.. na noc.. na weekend.. na zawsze.. Oczywiście wątek wampiryczny jest tu jak najbardziej in plus, ale American Horror Story nie byłoby sobą, gdyby nie wprowadziło innych wątków. Mamy więc kochanków i rywali Hrabiny, mamy śledztwo w sprawie brutalnych morderstw Mordercy od Dziesięciu Przykazań prowadzone przez niekoniecznie stabilnego psychicznie detektywa John'a Lowe (Wes Bentley), no i wreszcie dylematy oraz problemy Liz Taylor (Denis O'Hare) i Iris (Kathy Bates), które walczą o odzyskanie (lub zyskanie w przypadku Liz) synowskiej miłości. Warto zaznaczyć w tym punkcie, że nikt nie pozostaje tu bierny, w pewnym momencie pewne osoby biorą sprawy we własne ręce i jest to wspaniałe, nareszcie w AHS zakończyła się instytucja ofiar losu, które tylko przyjmują kolejne ciosy. Ale po kolei...

Och, jakież to wszystko wciągające, wnętrza hotelu są straszliwie intrygujące, niekończące się, deliryczne korytarze robią niesamowite wrażenie, wampiry są cudowne, erotycznie pociągające, ale bezlitosne dla swoich ofiar i wrogów. Bałem się o Lady Gagę, jakkolwiek dobrą jest artystką i showmanką, obawiałem sie jej umiejętności aktorskich. Całkowicie niepotrzebnie, Gaga odwaliła kawał dobrej roboty (nie dziwi więc informacja o tym, że Lady Gaga powróci w sezonie szóstym, którego premiera planowana jest na wrzesień), stworzyła niezwykle pociągającą postać, z pozoru wampira bez uczuć, potrafiącego jednak walczyć o swoje. Jednocześnie Hrabina żąda absolutnego posłuszeństwa i nie pozwala, aby ktokolwiek wszedł jej w drogę, o czym przekona się, chociażby Liz (jak raz nie warto spoilerować, na prawdę warto śledzić ten sezon).
No właśnie, Liz to chyba najsympatyczniejsza postać całego sezonu. Nie da się tej postaci nie lubić, nie współczuć i nie przeżywać tego, co ona. Nie przeszkadza w ogóle fakt, że jest transwestytą, wręcz przeciwnie, tym bardziej kibicujemy jej poczynaniom i przyznam, że z całego Hotelu to właśnie Liz najbardziej zapadłaby mi w pamięć, gdyby nie on...
James March, grany przez Evana Petersa, jest najbardziej charyzmatyczną postacią całego piątego sezonu. To on prowadzi całą duchową gromadę (wśród których królują najbardziej znani seryjni mordercy w historii USA, w tym nawet Ted Bundy), to on wreszcie jest szefem ciemnej strony hotelu Cortez. Evan Peters znów jest wspaniały, po nieudanym Freak Show dostał rolę idealną dla siebie, jest kompletnym psycholem, ale także artystą w swoim fachu, pierwotnym Mordercą od Dziesięciu Przykazań. W ogóle sam wątek tego seryjnego mordercy oraz jego spadkobiercy jest świetnie napisany, twist który pojawia się w drugiej części sezonu doskonale wpasowuje się w trybiki tej machiny fabularnej i stanowi bodaj pierwszy satysfakcjonujący wątek poboczny w całym AHS. Szkoda, że nie mogę Wam o nim całkowicie opowiedzieć, nie czułem się tak dobrze oglądając ekranowe wydarzenia od dawna. Sarah Paulson również powraca do serialu, tym razem jako psychopatyczna i uzależniona od narkotyków Sally, która zakochuje się w detektywie Lowe i nie odpuści nikomu, kto wejdzie jej w drogę, podążając w ślad maksymy "jeśli ja nie będę go mieć, to nikt nie będzie go miał". Jest także Finn Witrock jako Tristan, odtrącony kochanek Hrabiny, który znajduje pocieszenie i miłość w ramionach Liz. Wszystko się zazębia, aktorzy współpracują ze sobą doskonale i wydaje się, że bardzo dobrze bawią się na planie.
Wydaje mi się jednak, że hotel Cortez mógłby być odrobinę żywszym miejscem. Odnosiłem czasem wrażenie, że akcja stoi w miejscu, że nic nie popycha wydarzeń do przodu i dzieją się rzeczy raczej mało znaczące. Jest to w zasadzie jedyne zastrzeżenie, jakie chciałbym zaznaczyć, jednocześnie mając oczywiście w pamięci to, że ciężko jest oczekiwać od 12-odcinkowego serialu wartkiej i zapierającej dech w piersiach akcji. Można również powiedzieć, że nie ma idealnego sezonu AHS i również będzie to prawdą. Czy nie warto jednak oczekiwać ideału? Czy nie warto wymagać od twórców całkowitego zaangażowania i wykorzystania 100% swojego talentu? Panowie Murphy i Falchuk już udowodnili, że ten talent posiadają, lecz nie potrafią tego rozciągnąć na całe sezony. Szkoda, że piąty sezon nie zmienił tego trendu. Niemniej jednak jest to sezon fantastyczny, z niesamowitą atmosferą i znakomitymi postaciami. Gdyby nie to, że oglądałem odcinki w dniu ich premiery, cały sezon połknąłbym pewnie w dwie czy trzy noce, bo warto się czasem nie wyspać :) Zdecydowanie polecam.

wtorek, 8 marca 2016

"That Dragon, Cancer"

In Memoriam. Ku pamięci. Tymi słowami oddajemy cześć tym, którzy odeszli. Nie chcemy, żeby ich życie poszło w zapomnienie, jednocześnie pragniemy pokazać jak ważna była dla nas osoba zmarła. Poprzez pieśni, wiersze, prozę czy jakąkolwiek inną formę sztuki wpisujemy je na karty historii, najważniejszym jednak jest czynnik swoistego katharsis, duchowego oczyszczenia i ukojenia w żałobie. That Dragon, Cancer jest epitafium dla małego Joela, jest jednocześnie świadectwem jego długiej i trudnej walki z rakiem.

Narrację prowadzi tu ojciec Joela, który od razu wprowadza nas w sytuację. Gdyby narracja nie wystarczyła, dostajemy scenę w klinice, gdzie doktor tłumaczy rodzinie Greenów, co dzieje się z ich synem i jak tragiczna jest prognoza. Od tej pory rozpoczyna się podróż. Podróż długa i trudna, ale pokazująca jednocześnie w sposób idealny tzw. pięć stadiów akceptacji śmierci: zaprzeczenie, gniew, negocjacje, depresja, akceptacja. Początkowo rodzice chłopca są pełni energii, wierzą, że tę walkę da się wygrać, i że ich syn będzie jeszcze zdrowy i wolny od szpitali, lekarstw, bólu i samotności. Joel ma tylko rodziców, ale to właśnie oni są jego całym światem, robią absolutnie wszystko, aby ich potomek był jak najbliżej normalnego dzieciństwa, pozbawionego nieustannej walki i terapii.
Ciekawym zabiegiem jest pozbawienie postaci w grze twarzy. Absolutnie nie ujmuje to intensywności i emocjonalności widowiska, wręcz przeciwnie, uczestnik (specjalnie unikam tu określenia "gracz" lub "widz", z racji pewnej biernej interaktywności z jaką mamy do czynienia) jeszcze bardziej zżywa się z "aktorami" dzięki identyfikacji być może z własnymi tragediami. Jestem bowiem przekonany, że duża część z Nas mogłaby opowiedzieć podobną historię o bliskim, który stoczył tę nierówną walkę. I to jest właśnie to, dzięki czemu That Dragon, Cancer trafia w sedno, jako jeden z niewielu "Symulatorów chodzenia" potrafi wciągnąć wszystkich i poruszyć do głębi. Sceny, które ja zapamiętam najbardziej to rzecz jasna ta w szpitalu; poczynając od pokazania co dzieję się podczas jednej z nieprzespanych nocy, gdy Joel niemiłosiernie cierpi z powodu choroby, a kończąc na poruszaniu się w labiryncie pocztówek, kartek, które oddają świadectwo innych, tych którzy również stracili bliskich, widzimy jak wiele bólu przynosi walka z chorobą, gdy nadzieja przeradza się w rozpacz.
Scena, która najlepiej oddaje treść tego doświadczenia, to długi rozdział, w którym ojciec tonie. Mama Joela daje swojemu dziecku komfort, bezpiecznie przewożąc go w łódce, tymczasem tata poddaje się rozpaczy, pojawiają się wątpliwości, zmęczenie i rezygnacja, czwarte stadium umierania, depresja. Listy, które zbieramy po drodze, pokazują jednak, jak wielkimi emocjami targana jest matka Joela, jak szuka swojej drogi w życiu, wreszcie jak radzi sobie z tym ogromnym ciężarem, wreszcie zawierza swoje troski Bogu, co jest jej lekarstwem, powoli kojącym ból, jakiego doświadcza.
Chciałbym powiedzieć więcej, opisać każdy zakątek tego, co widziałem. Myślę jednak, że każdy powinien doświadczyć tego sam, przeżyć tę podróż razem z rodzicami Joela. Ogromną zaletą tej produkcji jest fakt, że That Dragon, Cancer absolutnie nie gra na naszych emocjach. Jest to wzruszający i intymny list miłosny, jednocześnie będący świadectwem i reprezentantem tych, którzy podjęli walkę oraz ich bliskich. Warto zapoznać się z tym tytułem, myślę, że będzie to zastrzyk energii dla tych, którzy są w podobnej sytuacji. Polecam.

czwartek, 14 stycznia 2016

"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon czwarty: "Freak Show"

Czwarty sezon American Horror Story mógł być dobry. Miał do tego jak najlepsze podstawy, motyw "gabinetu osobliwości" jest wykorzystywany stosunkowo rzadko, a żeby miał on jakieś znaczenie dla kinematografii, to chyba tylko "Freaks" z 1932 roku zaznaczyły mocno obecność tego tematu (choć powiedziałbym, że to bardziej ze względu na czasy, w jakich ukazał się film, społeczeństwo nie było "przystosowane" do człowieka nieidealnego). Nie da się więc nie zobaczyć potencjału jaki konsekwentnie marnuje się nie tylko w tym konkretnym sezonie, ale i w całym serialu. Jednocześnie czwarty sezon jest nieznośny, ponieważ nie pozwala o sobie jakoś specjalnie pamiętać, co czyni moją pracę jeszcze trudniejszą. Ale czy nie da się go w ogóle lubić? Da się, ale od początku.
Po tym, jak ich matka zostaje zamordowana, bliźniaczki syjamskie Bette and Dot (Sarah Paulson) trafiają pod opiekę borykającej się z przeróżnymi problemami Elsy Mars (Jessica Lange, dzięki niebiosom), właścicielki cyrku z dziwolągami. Wśród nich Ethel Darling (Kathy Bates), kobieta z wąsem, jej syn, Jimmy Darling (Evan Peters), czyli chłopiec z rękoma homara, Pepper (Naomi Grossman) i inni członkowie grupy. Z czasem przybywają inni (ba, w jednym z ostatnich odcinków pojawia się Neil Patrick Harris, jako brzuchomówca), każdego jednak łączy zarówno pewna deformacja, fizyczna bądź psychiczna. Bliźniaczki szybko stają się główną atrakcją przedstawienia, szybko również przekonują się, jak blisko ze sobą jest cała grupa (jeden za wszystkich, wszyscy za jednego). Później do wszystkiego wmieszają się ambicje Elsy, której marzeniem jest zostanie gwiazdą telewizyjną i wykorzysta każdą nadarzającą się okazję, za wszelką cenę...
Poza cyrkiem obserwujemy losy Dandiego (Finn Witrock), rozpieszczonego bogacza, który musi mieć to czego zażąda, inaczej gotów jest na najbardziej zajadłą awanturę. Jego matka, Gloria Mott (Frances Conroy), ze wszystkich sił stara się spełniać zachcianki syna, w końcu kocha go ponad wszystko. W tym wszystkim zdaje się ignorować niestabilność psychiczną chłopaka, co może niedługo się zemścić...

Witaj, klaunie Twisty! Ten pan powyżej jest w moim odczuciu drugą gwiazdą pierwszej części sezonu, cichy morderca, zdecydowanie chory psychicznie, z jedną jedyną misją, zabijać, jednocześnie zabawiając (wiem, jak to brzmi, ale wbrew pozorom ma to sens). Szczerze mówiąc to jego poczynania interesowały mnie bardziej, niż perypetie mieszkańców cyrku. Nie to, żeby nic się nie działo, po prostu nie jest to na tyle interesujące, żebym zachodził w głowę co wydarzy się dalej. Jedyny wyjątek stanowi tutaj Elsa. Jessica Lange znowu dokonała cudu, jej kreacja jest fenomenalna, po raz kolejny ukazująca wachlarz emocji, którym dysponuje aktorka. Raz ciepła, niezwykle troskliwa i murem stająca za swoimi dziećmi, z drugiej strony zimna manipulatorka, która gotowa jest na absolutnie wszystko dla kariery. Zdecydowanie czuje się niedoceniana, co pokazują sceny jej występów. Te momenty, w których serial się zatrzymuje, żeby dać nam czas na oddech, jednocześnie przytłaczając nas surrealistyczną atmosferą, która panuje podczas tych numerów, jest tym za co lubię American Horror Story. Na palcach jednej ręki mogę zliczyć te właśnie momenty, w których czułem się tak oczarowany, a jednocześnie zaniepokojony. No, przynajmniej do momentu jak Dandy'emu odbija szajba. Nie chcę zdradzać dlaczego i do czego to prowadzi, ale muszę powiedzieć, że Finn Witrock wykonał tu kawał świetnej roboty, portretując absolutnego świra, którego nie powstrzyma nic, który musi mieć, to czego sobie zapragnie, za wszelką cenę. Rewelacyjna robota.
Bardzo dobrą robotę wykonują tu scenografowie, co stało się znakiem towarowym AHS. Zarówno cyrk, jego okolice, jak i domostwo rodziny Mottów robią wrażenie, a gdy zaczynamy pojmować, że nie wszystko jest tak sielankowe, jak by się wydawało, gdzieś z tyłu głowy pojawia się taki nieprzyjemny niepokój, który bardzo sobie cenię oglądając cokolwiek związanego z grozą.
Eh, jak zawsze, nic nie może wiecznie trwać. Czas ponarzekać, a pierwsze na co zwrócę uwagę, co już zdążyłem nadmienić, jest niezwykle zmarnowany potencjał. Freak Show z samego założenia mógł nie stać się przeciętną operą mydlaną (może z delikatnym wątkiem kryminalnym), jednak druga część sezonu wali się na łeb na szyję. Nie wiem, czemu tak jest, co scenariusz, to wciąga, fascynuje, intryguje, a potem gdzieś się to wszystko sypie. Tak też jest teraz, a pod koniec nawet nie chciało mi się już oglądać, jest słabo, nie zostaje nam odpłacony czas, który poświęciliśmy cyrkowi Elsy Mars. I jakkolwiek znakomita Jessica Lange nie uratowała tego sezonu, choć jej wątek akurat ma ciekawy finał, więc w mojej głowie powstało pytanie: "Czemu nie skupiliśmy się wyłącznie na niej?". Czas pokazuje, że pozostałe postaci nie mają aż takiego wpływu na fabułę. To Elsa jest motorem napędowym, reszta przy niej blednie. Nawet Dandy popada w marazm, kończąc swoją historię w bardzo słaby sposób (rozumiem tutaj niestabilność emocjonalną, no ale proszę...).
Ciężko mi polecić czwarty sezon American Horror Story. O ile dla Jessici Lange warto i to zdecydowanie, to nie jestem pewien, czy warto poświęcać się tak dla reszty. Choć w sumie zobaczcie pana Witrocka, który powraca w piątym sezonie, a w czwartym jest drugą wybijającą się postacią. Koniec końców, Freak Show pozostawia poczucie niedosytu, ciekawe fundamenty zostają zwieńczone paskudnym dachem, no ale "Asylum" już nie powtórzymy...

czwartek, 7 stycznia 2016

"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon trzeci: "Sabat" ("Coven")

"Mieszane uczucia". Gdybym miał określić w dwóch słowach każdy sezon American Horror Story, byłyby to właśnie te złowieszcze dla fana filmu słowa. Bo jakże dziwne jest jednoczesne radowanie się zawiłościami scenariusza, kunsztem aktorów czy różnorodnością scenografii oraz szczera nienawiść do postaci (niektórych, o tym za chwilę), łapanie się za głowę przy okazji co raz częstszych wpadek w opowiadanej historii czy spłycaniu niektórych uczestników serialu do roli bezmyślnych monstrów (eh...). Trzeci sezon "AHS" jest chyba jedynym, którego ocenę w skali szkolnej można by scharakteryzować jako "mocne 3, z zadatkami na 4", ni mniej ni więcej. Ale do rzeczy, o czym opowiada Sabat?
Zoe (Taissa Farmiga) odkrywa w sobie mroczne moce... hm, jej mroczną mocą jest wywołanie krwotoku mózgu u każdego mężczyzny, z którym uprawia seks... well, shit.. nie zrozumcie mnie źle, pojmuje, że nie każda wiedźma musi mieszać w kotle czy mieć, powiedzmy, moce telekinetyczne, ale do ciężkiej cholery, krwotok w mózgu? Serio? Niby wpisuje to się niejako w figurę sukkuba, ale uwierzcie mi, gdy poznacie Zoe i to jak nijaką jest postacią, można by przysiąść, że moce jej są zupełnie niepotrzebne, tak jak ona sama. Niedawno wspomniałem o szczerej nienawiści i właśnie tutaj ujawnia się ona u mnie najbardziej, nie znoszę gdy na ekranie pałętają mi się postaci, których równie dobrze mogłoby w serialu nie być i nic, absolutnie nic złego by się nie stało. Ale wrócę jeszcze do naszej małej Sabriny po przejściach, spokojnie.
Na swojej drodze Zoe spotyka Madison (Emma Roberts), byłą dziecięcą gwiazdę filmową, obecnie narkomankę na odwyku, która posiada zdolności telekinetyczne. Madison prowadzi nasze biedne, przestraszone dziewczę do Akademii Pani Robichaux dla młodych czarownic. Tam też okazuje się, że czarownice te są potomkami kobiet z Salem, które jakoś przetrwały czasy palenia na stosie i teraz w ukryciu rozwijają swoje zdolności... w jakimś celu. Serio, nie załapałem, dlaczego, oprócz oczywiście ochrony spuścizny czarownic z Salem, ta akademia w ogóle istnieje. Na miejscu Zoe spotyka Quinie (Gabourey Sidibe), która jest żywą laleczką voodoo tzn. potrafi skoncentrować się na celu, następnie zadać samej sobie nawet najbardziej poważną ranę (w jednym z odcinków wsadza rękę do kwasu), która przenosi się na dany cel. Poznaje również Nan (Jamie Brewer), która potrafi czytać w myślach. Akademii przewodzi Cordelia Foxx (Sarah Paulson), będąca alchemiczką, jej zaś przełożoną i tzw. Wielebną, tj. szefową wszystkich czarownic jest Fiona Goode (Jessica Lange). Nad bezpieczeństwem Akademii czuwa Rada Czarownic, z Myrtle Snow (Frances Conroy) na czele. Jednakże wrogowie Sabatu czają się tuż za rogiem, gotowi za wszelką cenę położyć kres stowarzyszeniu, płacąc nawet krwią... Dodajmy do tego sam niezwykle ciekawy wątek pani Robicheaux i dostajemy całkiem zmyślną mieszankę, prawda?

Moja miłość do American Horror Story jest bardzo trudna. Na początku jest cudownie, ona jest tajemnicza, pociągająca, owszem ma jedną irytującą wadę, ale jestem w stanie przymknąć na to oko, bo chwile, które razem spędzamy są tego warte. Jessica Lange jako Fiona jest wspaniała, po raz pierwszy poczułem, że postać kradnie cały sezon i nie miałem jej tego za złe. Nieznośna, opryskliwa, jednocześnie pragnąca uczucia i mimo wszystko kochająca swoją córkę, te wszystkie właściwości swojej postaci pani Lange przeniosła na ekran perfekcyjnie. Mało która postać potrafi utrzymać formę przez cały sezon, Fiona została pomyślana, napisana i zagrana doskonale. Wygląda na to, że rozpływam się nad odtwórczynią tej roli, ale nie mogę się powstrzymać, gdy widzę co wyprawia ta aktorka, nie jestem w stanie powstrzymać uśmiechu, jest tak dobrze. Relacje Fiony z jej głównym wrogiem, przywódczynią kultu voodoo i jego główną szamanką, Marie Laveau (Angela Bassett) są elektryzujące (co ma sens, rozejm między szamanami a czarownicami od dawna wisi na włosku) i jednocześnie intrygujące, natychmiast chcemy wiedzieć więcej. Tak też polecam oglądać serial, po dwa, nawet trzy odcinki w jednym posiedzeniu, czekanie tydzień na nowy epizod jest nieznośne. Ale do rzeczy, mamy czarownice, voodoo, zagrożenie ze strony łowców czarownic (wątek dość pobieżnie potraktowany w sezonie, całe szczęście)... i w to wszystko znowu miesza się Zoe. Otóz na jednej z imprez studenckich poznaje Kyle'a (Evan Peters), który wydaje się lubić naszą młodą Hermionę. Wszystko bierze w łeb, kiedy Madison w akcie zemsty (nie będzie spoilowaniem, gdy powiem, że Madison została odurzona i wykorzystana seksualnie na tej samej imprezie), zabija autobus drużyny footballowej, w którym znajduje się Kyle. Zrozpaczona dziewczyna w raz z Madison znajduje jednak sposób na ożywienie swojej miłości, bezczelnie zrzynając wątek potwora dr. Frankensteina... i robiąc to na dodatek w sposób, który wywołuje u mnie mdłości. O ile samo ożywienie wygląda dość klasycznie, Kyle powstaje z umarłych jako bezmyślne zombie, jednak pomysłowa Madison postanawia zabawić się uczuciami Zoe zabawiając się z Kylem. Samej Zoe za chwilę poświęcę osobny akapit, jednak zatrzymajmy się na chwilę i uczcijmy minutą ciszy pamięć Evana Petersa, genialnego w pierwszym i świetnego w drugim sezonie, bo tym razem zdecydowanie mu nie wyszło. Nie wiem, czy nie przeczytał scenariusza, czy zobowiązał go do tego kontrakt, ale Kyle Spencer nie jest w moim odczuciu pełnoprawną postacią. Jasne, powolna tresura w końcu przynosi efekt (gdzieś na koniec sezonu), ale odnoszę wrażenie, że zmarnowano tutaj olbrzymi potencjał Evana. Całe szczęście, że w piątym sezonie powrócił w glorii i chwale.
Słówko warto także poświęcić Misty Day (Lily Rabe). Z nią tez mam drobny problem, ponieważ wydaje mi się, że jest to postać z doskoku tzn. gdyby jej nie było, to źle by się nie stało, ale fajnie że jest. Łagodna i nieco naiwna, ale w odpowiednich momentach niepokojąco niebezpieczna, niemal idealna do Sabatu. Nie mogę Wam jednak zdradzić, dlaczego uważam to za kolejny przykład marnotrawienia dobrego aktora, ponieważ ma to wpływ na wydarzenia późniejszych epizodów.
Zoe Benson, nie znoszę Cię. Pomyślisz sobie pewnie, że jesteś ufna i przez to naiwna, gdy prawda jest taka, że jesteś zwyczajnie głupia, nie potrafisz używać nawet tak niecodziennej mocy, Twój "związek" z Kylem nie jest oparty na NICZYM poza kilkoma spotkaniami, nie jesteś szekspirowską Julią, choć w sumie mogłabyś być, miałbym spokój i może nie musiałbym poświęcać Ci całego akapitu. Twoja postawa nie zna odcieni szarości, jest tylko czarne (złe) i białe (dobre), choć gdyby się zastanowić to Twoja główka przetwarza tylko białe. Gdy prawie się Ciebie pozbyłem, to nagle okazałaś się "przydatna", co jeszcze bardziej mnie wkurzyło (swoją drogą, kaktus w nie-powiem-co scenarzystom za TO posunięcie). Nie ma w Tobie nic, co uczyniłoby Cię postacią chociażby znośną i fakt, że fabuła sezonu trochę kręci się wokół Twoich przygód przyprawia mnie o nerwicę.
Uff, wystarczy. A nie, wróć, nie wspomniałem o fabule, choć postaram się nie przedłużać. W pewnym momencie, mam wrażenie, że gdzieś w środku sezonu American HORROR Story zaczęło zamieniać się w operę mydlaną. Spiski, zdrady, relacje rodzinne, miłostki (te świeżo odnalezione czy te, których nie pokona nawet Śmierć).. nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zrezygnowano tu z atmosfery horroru na rzecz dramatu. Czasem mamy jakieś przebudzenie, najczęściej w postaci Fiony Goode, ale potem gdzieś się to ulatnia i zostajemy z kolejną dramą czy, o zgrozo, z Zoe. I tu własnie skończyła się moja miłość do AHS, przynajmniej sezonu trzeciego. Nie jest to co prawda poziom "Freak Show", ale niesmak pozostaje. Swoją drogą, finał sezonu też mi się nie podoba, jest zbyt pozytywny, jak gdyby żadne problemy na świecie już nie istniały.
I nie, to nie spoiler, ciągle warto obejrzeć "Sabat", choćby dla Jessici Lange czy Frances Conroy i Lily Rabe. Sarah Paulson również budzi mieszane uczucia, nie sposób jej nie lubić, ale chciałoby się czasami, żeby zakasała rękawy i w końcu wzięła się do roboty. Tak czy inaczej, sporo ponarzekałem tym razem, lecz ciągle uważam, że American Horror Story: Coven jest dobrym sezonem. Nie tak dobrym jak sezon drugi, lecz na tyle wciągającym, żeby trochę zatracić się w świecie czarownic. Dotykają go te same problemy co sezon pierwszy i końcówka drugiego, ale ma w sobie tyle unikatowej zawartości, że pozostawi widza z uczuciem zadowolenia. Polecam.