wtorek, 8 kwietnia 2014
"Silent Hill" (2006), reż. Christophe Gans
"Silent Hill" to bez wątpienia jedna z najbardziej przerażających serii w historii gier komputerowych. Atmosfera jak w żadnym innym horrorze, fenomenalne użycie dźwięków (minimalizm w najczystszej formie) oraz fakt, że w każdej historii uczestniczą zwykli ludzie, poszukujący odpowiedzi i odkupienia (Harry Mason za wszelką cenę szuka córki, James Sunderland z miłości do żony i poczucia winy przechodzi swoje piekło) czynią SH topową markę w dziedzinie wirtualnej rozrywki. Przebogata symbolika (każdy potwór ma swoje znaczenie dla głównych bohaterów lub postaci napotkanych po drodze) to także niezaprzeczalny atut serii. Jak każda odnosząca sukcesy gra wideo, musiała zostać przeniesiona na srebrny ekran. I, jeśli już mnie poznaliście, nie zamierzam hejtować tego typu prób. Jasne, z reguły są one tandetne i nijak mają się do swoich pierwowzorów, ale nie sposób nie docenić starań twórców, żebyśmy mogli zobaczyć swoje ulubione postacie w filmie, rozrywce dużo łatwiej przyswajalnej niż gry wideo. Dobrze jest wtedy, gdy za kamerą staje miłośnik danej gry, ponieważ włoży w pracę nie tylko swój warsztat, ale także serce, ponieważ nie będzie chciał żadnej fuszerki, nie będzie chciał popsuć swojej, być może, ulubionej gry. I taki jest Christophe Gans, co też sam przyznawał w wielu wywiadach, do czego zresztą jeszcze powrócę.
Nieco wyżej napisałem, że doceniam starania twórców w przeniesieniu wrażeń z gier komputerowych na srebrny ekran. Co wcale nie oznacza, że za każdym razem nie opada mnie blady strach, gdy słyszę kolejne doniesienia o tego typu ekranizacjach. Zresztą, Hollywood co i rusz daje ku temu powody, pozwalając na przykład pracować Uwe Bollowi (House of The Dead, Alone in The Dark i Bloodrayne to tylko trzy z wielu), więc z zaniepokojeniem przyglądałem się informacjom o ekranizacji "Silent Hill". Jak wyszło?
Fabuła filmu opowiada o Sharon (Jodelle Ferland), której nocne lunatykowanie staje się ekstremalnie niebezpieczne (w filmie widzimy, że jest bliska upadku z urwiska). W czasie swoich wędrówek wykrzykuje nazwę miasta, Silent Hill. Zaniepokojona tym stanem matka dziewczynki, Rose da Silva (Radha Mitchell), postanawia zabrać córkę do tego miasteczka, żeby wyjaśnić i być może wyleczyć przypadłość Sharon. Sprzeciwia się temu Christopher da Silva (Sean Bean), który próbuje znaleźć jakieś bardziej racjonalne wytłumaczenie zachowania dziewczynki. Rose wbrew woli męża zabiera Sharon do Silent Hill, po drodze jednak ulega wypadkowi i traci przytomność...
Brzmi znajomo? Otóż tak, to w gruncie rzeczy wariacja na temat fabuły pierwszej gry, z dodanym segmentem tłumaczącym wyjazd do kurortu. Mógłbym się przyczepić, że w grze Harry zabiera Cheryl do Silent Hill na wakacje, ale takie poprowadzenie fabuły też mi odpowiada, zwłaszcza, że w tych początkowych fragmentach nie ma żadnych dłużyzn. Gans w wywiadach przyznał, że fabułę filmu wzorował na pierwszej części serii, co widać. Widać również dobre poprowadzenie historii, zdesperowana Rose decyduje się nawet na ucieczkę podczas kontroli policyjnej (którą przeprowadza nie kto inny, jak znana z gry Cybil Benett, propsy), żeby dotrzeć do miasta i wyleczyć córkę. Gdy docieramy do miasteczka, wszystko jest idealne, mgła przesłania widok, miasteczko jest opuszczone, czuć atmosferę grozy i cierpienia. Mam w zasadzie jedno zastrzeżenie, POPIÓŁ. W grze jest wyraźnie powiedziane, że to, co spada z nieba, to śnieg, doktor Kaufmann dziwi się zresztą, dlaczego ma do czynienia ze śniegiem o wakacyjnej porze roku. Sama historia z popiołem byłaby nawet ciekawa, Silent Hill 50 lat wcześniej spłonęło doszczętnie, co poniekąd wyjaśnia i nie wyjaśnia padającego z nieba popiołu. Popiołu, który nie brudzi. Zdaję sobie sprawę, że to ma znaczenie raczej symboliczne, ale opady śniegu też miałyby swoje zastosowanie i nie trzeba się wtedy podpierać historią, która z główną osią fabularną ma niewiele wspólnego.
Żałuję również, że postacie drugoplanowe są dość niewyraźne, Dahlia Gillespie została zepchnięta do roli zwariowanego proroka (została zastąpiona w swej pierwotnej roli przez Christabelle), Cybil Benett ma marginalne znaczenie dla historii, nawet Chris w swoim poszukiwaniu żony wypada niespecjalnie. Wszystko to jednak przesłanie bardzo dobra rola Radhy Mitchell. Jako matka nie cofnie się przed niczym, żeby uratować życie Sharon, przejdzie przez piekło tylko po to, żeby jej córeczka była zdrowa. Tu jest świetnie, atmosfera osaczenia w Silent Hill zawsze była obecna i w filmie jest nie inaczej, absolutnie rewelacyjna jest scena z pielęgniarkami, Piramidogłowy robi swoje (choć znowu, postać zmarginalizowana), z twarzy bohaterki wyczytujemy całą paletę emocji, od strachu poprzez niesamowitą determinację. Na szczęście muzyka, a w zasadzie jej minimalne użycie, nie przeszkadza w odbiorze filmu, co zwłaszcza docenia się przy oglądaniu wędrówki Rose przez miasto. Małą zadrą w oku jest fakt, że kobieta prawie nigdy nie jest sama, często ktoś przy niej jest, żeby pomóc, ostrzec czy poprowadzić.
A jak przedstawia się Otherworld, miejsce najgorszych koszmarów w Silent Hill, w zasadzie drugie wcielenie miasteczka (którego transformacja zarówno w grze jak i w filmie sygnalizowana jest syreną, rewelacja)? Fenomenalnie. Lokacje wyglądają jak należy, jest brud, rdza, zaschnięta krew na ścianach, kreatury, które tylko czekają, żeby pozbawić życia naszą bohaterkę. Nie mam zastrzeżeń, wszystko wygląda jak należy, można momentami poczuć ciarki na plecach.
Jedyny śmiertelny grzech Gansa to końcówka, która jest absolutnie przegięta, zaskakuje fatalnym użyciem efektów komputerowych i w moim mniemaniu powinna zostać rozegrana nieco inaczej. Nie zmienia to jednak faktu, że "Silent Hill" to dobry film. Puszcza oko do fanów, nie będąc jednocześnie niedostępna dla tych, którzy z grami nie mają wiele wspólnego. Sam reżyser zapowiedział, że chciałby stworzyć z tego serię filmów, co oczywiście schrzaniło Hollywood, wypuszczając "Silent Hill: Apokalipsa" (tekst TUTAJ). "Silent Hill" trwa dwie godziny, ale na całe szczęście czas ten się nie dłuży. Tu i ówdzie mamy momenty przestoju, ale służą one tylko i wyłącznie po to, żeby złapać trochę oddechu. Chwała Gansowi za to i mam nadzieję, że powróci do kręcenia serii oraz że będziemy mogli zapomnieć o "SH:Apokalipsa". Polecam.
sobota, 5 kwietnia 2014
"Przypadek 39" ("Case 39"), 2009, reż. Cristian Alvart
Demon w skórze dziecka wydaje się być już wyświechtanym motywem i chyba jednym z najłatwiejszych do zrealizowania. W końcu kontrast wcielonego zła i dziecięcej niewinności widzieliśmy wielokrotnie (np. w postaci powolnej transformacji Regan w demona) w większych i mniejszych produkcjach. Potrzeba nie lada talentu, żeby powtórzony po stokroć motyw uczynić unikatowym. Czy tym razem się udało?
Emily Jenkins pracuje w opiece społecznej, zajmując się przypadkami "trudnych rodzin". Przy okazji, zastanawia mnie, jak wyrabia się czasowo, prowadząc jednocześnie TRZYDZIEŚCI OSIEM spraw. Nie mamy jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać, gdyż Emily dostaje kolejną sprawę, swój 39 przypadek. Niepokojące rzeczy dzieją się w rodzinie 10-letniej Lilith (jakieś skojarzenia? ktokolwiek?) Sullivan i przełożony kobiety, Wayne, zleca jej zajęcie się tą sprawą. Z początku wygląda to jak kolejny przypadek przemocy psychicznej wobec dziewczynki, a gdy rodzice Lilith próbują zabić ją w piekarniku, miarka się przebiera, Edward Sullivan trafia do więzienia, jego żona Margaret do zakładu psychiatrycznego. Lilith błaga Emily o to, żeby kobieta przygarnęła ją do siebie, sytuacje wspomaga fakt, że wytworzyła się między nimi rodzinna więź. Sytuacja niedługo staje się przerażająca, ponieważ Lilith nie jest tym, za kogo się podawała.
Imponuje mi Jodelle Farland, która w tym filmie gra Lilith. Zbudowała sobie całkiem imponujące CV (zapraszam TUTAJ) i wydaje mi się, że szczególnie upodobała sobie horrory. Nie dziwi więc, że właśnie tam błyszczy. Pierwszy raz zobaczyłem ją w "Silent Hill", gdzie zagrała podwójną rolę Cheryl/Alessy i tam też pokazała, że potrafi grać zarówno małą, bezbronną dziewczynkę jak i jej demoniczne alter ego. Nie inaczej jest tutaj, Lilith jest postacią zarówno zbudowaną jak i zagraną ze smakiem, pod pokrywą skrzywdzonej, pragnącej jedynie miłości dziewczynki, kryje się manipulujący ludźmi demon, który nie cofnie się przed niczym, żeby postawić na swoim. Podoba mi się zwłaszcza motyw eksploracji najbardziej skrywanych lęków, zwłaszcza w jej "konfrontacji" z doktorem Douglasem Amesem. Wtedy właśnie Lilith ukazuje swoje prawdziwe oblicze i trzeba przyznać robi to dość efektownie.
Nie zapominajmy jednak, że film tak na prawdę posiada dwie główne postacie. Emily Jenkins, grana przez Renee Zellweger, jest silną kobietą, która dobro dzieci, a jednocześnie swoją karierę, przekłada ponad życie osobiste i nawet, gdy jej świat staje na głowie po przyjęciu do siebie Lilith, nie poddaje się i walczy z losem oraz siłami nadprzyrodzonymi. Podoba mi się Renee w tym filmie, w końcu wyszła ze skóry Bridget Jones czy Dorothy Boyd i zagrała główną rolę w poważnym filmie. Trzeba przyznać, że wychodzi jej to na piątkę i daje nadzieje, że aktorka dostanie jakiś angaż do wielkiej produkcji, w której mocniej zabłyśnie.
Pochwalić też należy stronę wizualną filmu, kolorystyka jest delikatnie depresyjna, ale pasuje do tonacji obrazu, wzmacnia atmosferę przekazywanego nam scenariusza. W dzisiejszych czasach rzadko spotyka się filmy, w których nie epatuje się mocnymi scenami tortur, w których posoka leje się litrami, a ofiary liczy się w dziesiątkach. Jednocześnie niektóre sceny potrafią poruszyć (może nie wstrząsnąć, ale widać że Crisitan Alvart nie boi się pokazać ciemniejszej strony życia) i nawet zakończenie wydaje się być troszeczkę gorzkawe mimo ogólnego dobrego tonu.
Co się zaś tyczy wad, niewątpliwie ciężko podciągnąć "Case 39" pod kategorię horroru tylko dlatego, że zawiera w sobie wątek paranormalny (co niejako wynikałoby z definicji, ale po przeczytaniu tysięcznej takiej próby wyjaśnienia czym jest gatunek, można sobie chyba pozwolić na małą dowolność interpretacyjną). Jednocześnie film balansuje na granicy dramatu i thrillera, umiejętnie żonglując nastrojem tak, żeby widz nie znudził się dramatem, ale też żeby nie wystraszyć z projekcji tych nieco wrażliwszych widzów. Jednak, nadal zaliczę to jako wadę, gdyż nawet na IMDB "Przypadek 39" widnieje pod tagiem "horror, thriller".
Kolejną rzeczą, która do mnie nie przemawia, jest postać Lilith, a mianowicie zastosowanie mitologicznej postaci w filmie. Jasne, dziewczynka manipuluje, popycha do zbrodni, wreszcie sama "brudzi ręce", ale czy nie można było tego zastosować bez sugestii wstąpienia tego akurat demona w dziecko? Trochę to rozdmuchane, zwłaszcza, że po czymś takim można by oczekiwać dużo więcej.
Ogólnie "Case 39" to solidne kino, przestraszyć może i nie przestraszy, ale mimo wszystko warto spędzić te 90 minut przed ekranem, nie będzie to czas stracony. Polecam.
wtorek, 25 marca 2014
Podróż w przeszłość (2): "Piątek 13-ego"
Slasher to niemal idealny gatunek filmowy. Nie wymaga tęgiego intelektu, by objąć nim praktycznie nieistniejącą fabułę, większość filmów zamyka się w 90 minutach, można więc zrobić sobie szybki seans np. przed snem czy wyjściem. Wielbiciele efektowności również znajdą coś dla siebie, ponieważ wydaje się, że każdy slasher próbuje znaleźć nowy, lepszy i czasem mniej poważny sposób uśmiercania bohaterów.
No, ale w epoce, w której dominowało hasło "sex, drugs and rock 'n' roll" taki gatunek był jak znalazł. O zasadach obowiązujących w slasherach kiedy indziej, to co teraz powinniście zapamiętać to: cycki, nastolatki uprawiające wolną miłość, koniecznie alkohol i narkotyki. No i oczywiście żądny krwi morderca, niekoniecznie powiązany z kimkolwiek z obsady.
Opinie co do początków gatunku są podzielone, jedni twierdzą, że wszystko zaczęło się od "Psychozy", inni znowu za pierwowzór wszystkich slasherow uznają "Bay of blood" Mario Bavy. Jednak w mojej opinii pierwszym filmem, który wywarł taki wpływ na przemysł, jest "Piątek Trzynastego".
Chociaż tak na prawdę to "Halloween" Johna Carpentera, nakręcone w 1978 roku, rozpoczęło boom na slashery, to właśnie film Seana Cunninghama wyznaczył standardy i ustanowił zasady panujące w tym gatunku. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest to obraz w żaden sposób rewolucyjny, powiedziałbym raczej, że jest kamieniem milowym dla horroru.
Fabuła przedstawia się następująco: grupa nastolatków organizuje obóz w Crystal Lake, oczywiście w międzyczasie chcąc się trochę zabawić. Komuś się to jednak nie podoba, rozpoczyna więc zabawę w "Zabij obozowicza". Czyli w sumie standard, grupka nastolatków, morderca, wszechobecne poczucie zagrożenia. Nawet Betty Palmer, która grała rolę Pameli Voorhees, przyznała, że gdyby nie ogromna potrzeba kupna samochodu, w życiu nie zdecydowałaby się na tak słaby scenariusz. To sporo mówi. Oczywiście, jak każde miejsce w uniwersum horroru, także Crystal Lake ma swoją straszną legendę. Tym razem chodzi o tragiczne utonięcie dziecka (czy muszę tutaj mówić, kim okaże się dziecko?).
Ciekawe jest to, że to nie Jason jest mordercą. Tak na prawdę "Piątek 13-ego" miał być pojedynczym filmem, wcale nie miał zapoczątkować tak wielkiej serii (na chwilę obecną światło dzienne ujrzało 11, nie licząc filmu fanowskiego oraz dokumentu o historii sagi), zrozumiałe jest więc, że to nie on zabija nastolatków. Oczywiście, skrypt jest słaby, aktorstwo jeszcze gorsze (nawet młody Kevin Bacon nie ratuje scenariusza), nie zmienia to jednak faktu, że tak jak z większością slasherów, mamy kupę zabawy obserwując rosnącą listę ofiar. A ostatnia scena jest na szczęście rozegrana po mistrzowsku, pozostawiając za sobą więcej pytań niż odpowiedzi.
"Piątek 13-ego" to obecnie ogromna franczyza, skupiająca fanów na całym świecie, a Jason Voorhees stał się ikoną horroru, obok takich tuz jak Michael Myers, Chucky, Leatherface czy Freddie Krueger. Obecnie każdy nowy slasher stara się na nowo odkryć gatunek, najczęściej poprzez bardziej efektowne zabójstwa czy (o, zgrozo!) użycie 3D, co często odbija się czkawką. W świecie, w którym seryjni mordercy mordują nawet za pomocą wiertarek (Driller Killer) nic nie dziwi. Pamiętać należy jednak od czego to wszystko się zaczęło, tych pięciu przed chwilą wymienionych dżentelmenów stanowi główną siłę i główne źródło inspiracji dla twórców slasherów. I dobrze, ponieważ gatunek ten, mimo tego, że nie stanowi rozrywki dla umysłu, jest idealnym pomysłem na odstresowanie po ciężkim dniu pracy. Oby tak dalej :)
poniedziałek, 10 marca 2014
"Maniac" (2012), reż. Frank Khalfoun
O giallo wiem stosunkowo niewiele. Żółte (z włoskiego "giallo" oznacza żółty, stąd nazwa gatunku) książeczki wydawane we Włoszech w latach 60. i 70. były krótkimi historiami z dreszczykiem. Czynnikiem je wyróżniającym była duża brutalność opisywana na łamach książek. Nurt ten szybko został zaadaptowany przez kino i niedługo później produkcji o tematyce giallo nie dało się zliczyć. "Suspiria", "Deep Red" czy "Blood and the Black Lace" to najgłośniejsze filmy tego gatunku, zdominowanego przez m.in. Dario Argento i Claudio Bavę. Amerykanie wyczuli w tej modzie spory pieniądz, w związku z czym również zaczęli kręcić giallo, z różnym skutkiem. Najbardziej udaną próbą zaadaptowania gatunku na amerykańskiej ziemi był "Maniak" z 1980 roku.
I choć giallo to gatunek już wymarły, to "Maniac" Frank'a Khalfoun'a jest nie tylko remakiem, ale także ambitną próbą złożenia hołdu dla tego nurtu. Próba całkiem udana, muszę przyznać.
W dzisiejszych czasach film musi się wyróżnić, żeby trafić do widza. W zależności od gatunku, w ramach którego reżyser zamierza operować, trzeba zaskoczyć czymś innym, to logiczne. W horrorze, którym mam przyjemność się zajmować, można to zrobić na kilka sposobów, znów zależnych od ram podgatunkowych (a wydawać by się mogło, że np. slasher to prosty do "zrobienia" gatunek). Można postawić na 3D, minimalizm, przesadny naturalizm, można postawić na atmosferę lub jej brak, gore lub opowieść o duchach itd. itp. Zmiana treści nie zawsze pomaga, w związku z czym Khalfoun zdecydował się na ciekawy zabieg, a mianowicie zaprezentowanie filmu z perspektywy seryjnego mordercy. Zabieg, który udaje się znakomicie, rzadko bowiem zdarza się, żeby widz tak "wszedł" w skórę psychopaty, poznał jego myśli, "kierował" jego rękoma, bezsilnie patrzył, jak Frank powiększa swoją makabryczną kolekcję. Przy czym wielkie brawa należą się Elijah Wood'owi za wykreowanie postaci głównego bohatera. Na większe uznanie zasługuje fakt, że Wood pracował w dość nietypowych warunkach:
Fabuła stanowi w zasadzie powielenie schematu o seryjnym mordercy z traumatyczną przeszłością. Frank jest właścicielem niefunkcjonującego sklepu z manekinami. Psychotropami stara się zakłócać demony przeszłości, czyli matkę, która zajmowała się prostytucją i, delikatnie mówiąc, nie interesowała się swoim dzieckiem. Pozostawiło to w nim traumę, która uniemożliwiła mu wejście w normalne relacje z kobietami. Ta sama trauma jak i (co tyleż intrygujące, co bardzo niepokojące) wspomnienia z chwil, kiedy czesał jej włosy, uwalniają w nim niepohamowaną żądzę mordu. Każda ofiara Franka musi być jednak idealna i spodobać się jego matce. Frank dochodzi do wniosku, że idealnymi figurami kobiecymi są manekiny, które od lat wytwarza i odrestaurowuje. Manekiny nie posiadają jednak włosów, a najlepsze peruki wytwarza się przecież ludzkich włosów.. Świeżo zdjętych z głowy...
Nie jest to film łatwy w odbiorze. Zastosowanie techniki POV (point of view) wzmacnia atmosferę niepokoju, w związku z czym postać Franka jest jeszcze bardziej niekomfortowa dla widza, bo co innego patrzeć na mordercę, a już całkowicie co innego "być" zabójcą. I to właśnie udaje się perfekcyjnie, czujemy się niewygodnie, śledzimy losy naszego bohatera z coraz większym niepokojem, wszystko zakończone słodko-gorzkim finałem. Czytałem wiele negatywnych opinii pod względem postaci Anny, która zafascynowana Frankiem i jego pracą, nawiązuje z nim znajomość, która znowu dla mężczyzny jest kolejnym impulsem. Opinie te opierały się o fakt, że żadna zdrowa psychicznie kobieta nie weszła by do miejsca, w którym cały czas panuje półmrok i którego jedynym rezydentem jest samotny facet zajmujący się manekinami. I o ile fakt ten aż krzyczy "UWAGA! UWAGA! NIEPOKOJĄCY CZŁOWIEK W ŚRODKU! NIE DOKARMIAĆ JEGO PSYCHOZY!", to wiele razy w kinematografii obserwujemy motyw tzw. niezdrowej fascynacji, która nie ma szans się pozytywnie zakończyć, często jednak dostrzegamy, że postaci są dla siebie stworzone, choćby dlatego, że mamy do czynienia z fikcją. Anna nie zna przeszłości Franka, nie wie jak się zachowuje w określonych okolicznościach, jedyne co ją interesuje, to niesamowita dbałość o szczegóły w jego pracy, jak i całkiem przyjemny charakter. Frank nie zachowuje się jak maniak przez cały czas, jest mentalnie zniszczonym człowiekiem, który nie potrafi opanować swoich demonów. Ale jest człowiekiem i właśnie to przyciąga do niego Annę.
Jedynym problemem dla mnie jest fakt, że kwestie Franka były nagrywane w studiu, co odziera film ze swojego realizmu i mocno psuje wrażenie, jakie swoją grą wywarł na mnie Elijah Wood. Poza tym efekty gore są bardzo dobre, morderstwa są mocne, a sam scenariusz, choć dość prosty i przewidywalny, jest zrealizowany na porządnym poziomie.
Jeśli więc chcecie obejrzeć one-man show w horrorowej stylistyce, to dajcie filmowi szansę. Gwarantuję, że się nie zawiedziecie. Polecam
piątek, 7 marca 2014
"Cockneys vs zombies" (2012), reż. Matthias Hoene
Wielka Brytania dla horroru najwięcej wniosła w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych dzięki wytwórni Hammer, wyznaczając swego rodzaju punkt ewolucji gatunku. Skończyła się era teatralności filmu, więcej było dosłowności, kolorowe obrazy robiły się bardziej krwiste, a nowe wcielenia znanych postaci, takich jak Drakula czy potwór Frankensteina (przy czym to Drakula jest bardziej zapamiętany, głównie dzięki Cristopherowi Lee), śmiało rywalizowały ze swoimi przodkami. Niestety, wytwórnia Hammer upadła (obecnie wspierana innymi studiami zaczyna powstawać z grobu, aczkolwiek są to próby raczej nieśmiałe) i brytyjska dominacja w horrorze skończyła się. Obecnie filmy grozy z Wielkiej Brytanii idą w jednym z dwu kierunków: albo są śmiertelnie poważne i często zamiast straszyć bardziej skupiają się na opowiedzeniu tragicznej historii (co zawsze wyjaśnia, czemu dany duch straszy, koniecznie w wiktoriańskiej scenerii) albo idą w czarną komedię. I to właśnie robią po mistrzowsku.
"Cockneys vs zombies" przedstawia historię braci, Terry'ego i Andy'ego, którzy nie chcą dopuścić, aby dom spokojnej starości, w którym przebywa ich dziadek, został wyburzony, a jego mieszkańcy przesiedleni do innych miejsc. W związku z tym wpadają na pomysł obrabowania banku, w czym pomaga im ich kuzynka Katy, kolega Davy i psychopata Mental Mickey, który ma kontener wypełniony bronią, co ma pomóc w negocjacjach z kasjerkami. Wszystko się sypie, gdy na miejsce napadu przybywają policjanci. Niedługo później, wszystko cichnie, a gdy nasi rabusie wychodzą z banku, ich oczom ukazują się zombie. W tym samym czasie rzeczone zombie przypuszczają szturm na dom spokojnej starości. Nie wiedzą jednak, że Ray, dziadek Terry'ego i Andy'ego, jest weteranem drugiej wojny światowej, i nie da sobie w taki sposób odebrać życia.
Wiem, że motyw napadu na bank to tylko tło, mało istotne w obliczu apokalipsy zombie. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że gdyby nie to, naszych bohaterów nie dałoby się lubić w sposób, w który ja ich polubiłem. Terry i Andy to zwykli ludzie, którzy przejmują się losem ich dziadka i nie chcą dopuścić do tego, żeby zakłócano mu emeryturę. Jednocześnie chłopaki zachowują się i rozmawiają jak normalni ludzie postawieni w nietypowej sytuacji, nie zamieniają się nagle w nieśmiertelnych herosów, co dodatkowo wzmacnia sympatię widza wobec nich. Ale nie można także zapominać o pensjonariuszach domu spokojnej starości, którzy nie chcą tak łatwo się poddać i zamienić się w zombie. Jeśli mają umrzeć, to na własnych warunkach i to motywuje ich do działania. Te proste zagrania to ogromny plus filmu, jednak i to blednie przy rewelacyjnym humorze, który dosłownie wylewa się z ekranu. Obejrzyjcie sobie tę scenę jako przykład tego, z czym mamy w filmie do czynienia:
Film jest wypełniony tego typu scenami, które bardzo umilają seans i sprawiają, że 88 minut, które spędzamy na seansie, nie jest czasem straconym. Bardzo podoba mi się również świadomość istnienia monstrum w uniwersum filmu. Prostym dialogiem, w którym jedna z bohaterek wyjaśnia czym jest zombie, popierając swoje słowa zdaniem "Przecież wszyscy to wiedzą", zniszczona zostaje bariera ignorancji, obecna w niemal każdym obrazie o żywych trupach (co dziwi i niekiedy bawi).
Po "Inbred" i "Stiches" trafiłem na kolejną perełkę, film który wie czym jest czarna komedia i znakomicie wykorzystuje tę wiedzę. Charakteryzacja zombie jest wykonana starannie, efekty gore się sprawdzają, tu i ówdzie widać jednak niedostatki budżetowe, co jest jednak na tyle nieistotne, że nie przeszkadza w cieszeniu się filmem. Okazuje się, że jeżeli weźmie się swój i film, jak i gatunek, którym się operuje nie do końca serio, można stworzyć coś dla wszystkich. Bać się może i nie ma czego, ale za to uśmiać można się do łez. Polecam z ręką na sercu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















