poniedziałek, 23 grudnia 2013

Historia horroru- cz.1

Za pierwszy oficjalny horror uznaje się „Studenta z Pragi” Stellana Rye. Jego premiera miała miejsce 22 sierpnia 1913 roku w Berlinie. Zanim jednak przejdziemy do tego dzieła, cofnijmy się trzy lata wstecz, do roku 1910. Jeszcze w epoce kina jarmarcznego powstał film, który przyciągnął uwagę krytyków i do dzisiaj jest białym krukiem kina grozy. Mam tu na myśli „Frankensteina”, wyprodukowanego przez studio Thomasa Edisona.

Trzeba tu mieć na uwadze, że adaptacje największych dzieł literatury grozy miały się świetnie w początkach kina, w związku z tym nie dziwi taki wysyp tytułów. Na samym motywie „Fausta” Goethego powstało 12 filmów, i to tylko w latach 1896-1911. Film James’a Searle’a Dowley’a, który uważał się za pierwszego reżysera filmowego, nie zaskakuje w warstwie fabularnej, w końcu to dość wierna adaptacja książki Mary Shelley, reżyser natomiast proponuje kilka ciekawych rozwiązań technicznych. Warto zwrócić uwagę na to, że sceny w filmie są nakręcone z użyciem różnych filtrów. I tak sceny z założenia groźne, takie jak np. narodziny Monstrum, są zrobione w tonacji sepii i ciemnego brązu, a sceny radosne np. spotkania Frankensteina z narzeczoną w kolorach jasnych i mocno oświetlonych. Cieszy oko także scena powstawania potwora, gdzie wykorzystano taśmę puszczoną od tyłu, a także scena z lustrem, gdzie kamera pokazuje wchodzącego do pokoju potwora w lustrze oraz siedzącego w fotelu naukowca. Niby nic, ale jak na standardy tamtych czasów był to znak kunsztu reżyserskiego. W tym i w dużej części filmów niemych widać zarówno wpływ literatury romantycznej, jak i teatru. Frankenstein przystępuje tu do eksperymentu z czystymi intencjami, lecz w trakcie w jego serce wkrada się zło i pycha, nie dziwi więc wynik końcowy. Sama teatralność aktorów będzie dla wielu wadą, ale po raz kolejny wypada mieć na względzie czasy, o których mowa.

Scena powstania monstrum, dzięki grze kolorów doskonale widać, w jakim nastroju toczy się scena


Frankenstein zrealizowany został 3 lata przed oficjalnymi narodzinami horroru – powstaniem „Studenta z Pragi”. Film Stellana Rye jest adaptacją „Fausta” Goethego i opowiada historię Balduina, młodego studenta, który ratując pewnego dnia hrabiankę Margit przed utonięciem, zakochuje się w niej. Niestety jest zbyt biedny, żeby zdobyć jej serce, sprzedaje więc tajemniczemu Scapinelliemu swoje odbicie w lustrze za 100 sztuk złota i powodzenie w życiu. Scapinelli oczekuje od Balduina tylko jednego, jego własnego odbicia w lustrze. Student nie widząc w tym nic złego podpisuje dokument i od tego właśnie momentu traci odbicie, które zaczyna żyć własnym życiem, co rujnuje Balduina. Film Duńczyka można podziwiać za kilka rzeczy. Przede wszystkim wprowadził do kina coś, co zwłaszcza w kinie niemieckim, dojrzewało, żeby w końcu zalśnić m.in. u Fritza Langa, czyli motyw fatalnej dwoistości ludzkiej natury, której nie można się pozbyć, a która czyni człowieka nieszczęśliwym. Kilka scen szczególnie zapada w pamięć, np. scena wychodzenia odbicia Balduina z lustra czy scena gry w karty z sobowtórem.
W filmie po raz pierwszy zalśniła gwiazda Paula Wegenera, jednego z największych aktorów kina niemego. Zagrał w ponad 70 filmach, najbardziej jednak zapamiętano jego rolę w „Golemie” z 1915 (film zaginął) i 1920 roku (remake filmu z 1915 r.). „Golem” to opowieść mająca miejsce w Pradze. Uczony rabin Loewe wypatruje w gwiazdach przyszłości narodu żydowskiego, który czeka klęska. Próbuje jakoś temu zapobiec powiadamiając innych, jest jednak za późno, ponieważ rycerz Florian został już wysłany przez Imperatora z dekretem nakazującym Żydom opuszczenie getta, z powodu uprawiania czarnej magii i kontaktów z Szatanem. Loewe prosi Imperatora o audiencję, na co ten się zgadza pod warunkiem, ze rabin będzie zabawiał go magicznymi sztuczkami. Loewe tworzy więc strażnika, który ma chronić naród żydowski przed zagrożeniami. Golem wymyka się spod kontroli i zaczyna siać chaos w okolicy… Film jest piękny – ze znakomitą muzyką i dekoracjami (realizowany w żydowskim getcie w Pradze) i dobrą grą aktorską, jednym ze znaków przemiany, jakiej zaczyna w tym momencie ulegać kino, odsuwając teatralne korzenie. Ciekawą rzeczą jest fakt, że w filmie gra Lyda Salmonova, żona Wegenera.
Rok 1920 to przełom, narodziny nurtu, który dominował w późniejszym kinie przez wiele lat. Eksprezjonizm niemiecki, czyli świadoma deformacja rzeczywistości, kreowana na koszmar senny, pełen krzywizn i załamań. Dodatkowo pomagała tu czarno-biała sceneria filmów. Reżyserzy bardzo często sięgali w związku z tym po opowieści niesamowite, zawsze przyprawiane aurą tajemniczości i niepokoju. Największymi przedstawicielami nurtu ekspresjonistycznego są Fritz Lang i Friedrich Wilhelm Murnau, jednak zanim przejdę do filmów tych twórców, chwilę uwagi chciałbym poświęcić obrazowi, który rozwinął ten nurt i aż do dzisiaj jest uważany za naprawdę przerażający, mianowicie „Gabinet Doktora Caligari” Roberta Wiene. Do miasteczka przybywa wędrowny hipnotyzer. Przybywa razem ze swoim medium, Cesarem, który jest somnambulikiem. Wkrótce w mieście zaczynają ginąć ludzie. Przyjaciel jednego z zabitych, Francis, rozpoczyna własne dochodzenie i odkrywa, że hipnotyzer jest reinkarnacją mrocznego doktora Caligari, który używa swojego medium do popełniania zbrodni.
Film jest fantastyczny - scenerie są świetne, muzyka znakomicie oddaje nastrój panujący na ekranie, a kreacja zarówno Cesara, jak i Caligariego zasługują na najwyższe uznanie. Nic więc dziwnego, że na początku lat 30. film ten przerażał widzów. „Gabinet..” miał tak mocny wpływ na kinematografię, że aż do lat 70., czyli do czasu fali kina gore, twórcy posługiwali się językiem tego obrazu. Rok 1921 to „Zmęczona Śmierć” Langa - opowieść o nieuchronności śmierci poprowadzona w czterech odrębnych historiach, a 1922 to „Nosferatu - Symfonia Grozy” Murnaua.
Film jest adaptacją dzieła Brama Stokera, „Drakula”. Problemem Murnaua był brak praw autorskich, w związku z tym wymuszono na twórcach zmiany w scenariuszu. Zmiany dotyczyły w gruncie rzeczy tylko nazw i imion, historia pozostała prawie niezmieniona. Jednocześnie film daje nam to, za co kochamy horrory dzisiaj: znakomicie ucharakteryzowanego głównego bohatera (o samym odtwórcy, Maxu Schrecku, krążyły legendy. Jego współpracownicy twierdzili, że jest wampirem. Miłośnicy tej legendy utrzymywali, że podczas kręcenia Schreck ani razu nie zamrugał powiekami, a w scenie powstawania z trumny miał wstać pod idealnym kątem prostym - w rzeczywistości posłużyła mu do tego sprężyna), cudownie nakręcone sceny grozy i atmosferę terroru, która nie opuszcza nas przez cały film. Obraz ten został uznany za pierwsze arcydzieło gatunku, a legenda o filmie rozwinęła się do tego stopnia, że w filmie z 2000 roku pod tytułem „Cień wampira”, Schreck (którego grał William Dafoe) został faktycznie pokazany jako wampir wysysający krew z członków ekipy. Rewelacyjne zabiegi techniczne (gra cieni jest znakomita) gruntownie przyczyniły się do stworzenia niesamowitej atmosfery obrazu.
1922 rok przyniósł jeszcze jeden z zapomnianych obrazów grozy: „Haxan”, opowiadający o czasach inkwizycji (akcja filmu dzieje się pod koniec XV. wieku), który nie straszy jednak tak, jak Nosferatu, można go obejrzeć ze względu na ciekawe ujęcie tamtych mrocznych czasów. Horror kontynuował dominację w kinie niemym, a w 1925 powstał „Upiór w Operze”, w którym wystąpił Lon Chaney. - jedna z ikon kinematografii, zwłaszcza tej poświęconej horrorowi, nazwany „człowiekiem o tysiącu twarzach”. Był mistrzem charakteryzacji, posiadał własny zestaw do tego celu i zatrzymał sekrety warsztatu aż do śmierci. Obecnie ten słynny zestaw znajduje się w Los Angeles County Museum - został tam przekazany przez żonę aktora, trzy lata po jego śmierci. A jego śmierć była dość kuriozalna, bowiem podczas kręcenia „Błyskawicy” w 1929 roku nabawił się zapalenia płuc, dość ciężkiej do leczenia choroby w tamtych czasach. Niedługo potem zdiagnozowano u niego raka płuc. Mimo intensywnej terapii nie udało się uratować aktora, a jego śmierć pogrążyła w żałobie cały filmowy świat. Kochano go tak, że podczas pogrzebu US Marine Corps pełnili honorową wartę przy jego krypcie, która znajduje się w Forest Lawn Memorial Park Cemetery w Glendale w Kalifornii. Pozostała ona nieoznaczona. Jego syn, Creighton Tull Chaney (znany jako Lon Chaney jr.) kontynuował dziedzictwo ojca, ale aktorstwem zajął się dopiero po jego śmierci. Jego ikoniczną i najbardziej rozpoznawalną rolą była kreacja wilkołaka w „The Wolf Man” (1941). Poza tym jest jedynym aktorem, który zagrał wszystkie cztery sztandarowe potwory studia Universal: Wilkołaka, Mumię, potwora dr. Frankensteina (w filmie „Duch Frankensteina”) oraz syna Draculi w filmie o tym samym tytule z 1943 roku. Zmarł na atak serca w wieku 67 lat w roku 1973.

Lon Chaney


Creighton Tull Chaney (Lon Chaney jr.)


No właśnie, Universal. To studio, które na początku kina dźwiękowego zdobyło dominującą pozycję w świecie filmowym, prym wiodło zwłaszcza w horrorach, dając nam wspomniane wcześniej potwory. W 1931 ukazały się dwa najbardziej znane i po czasy obecne uwielbiane i docenianie filmy studia: „Drakula” oraz „Frankenstein”. Universal pomógł dotrzeć na szczyt dwóm wielkim aktorom: Beli Lugosiemu i Borisowi Karloffowi. Ten ostatni, którego prawdziwe nazwisko brzmi: William Henry Pratt, nazwany później nawet „Karloffem niesamowitym” największą sławę zdobył dzięki roli monstrum w „Frankensteinie”. Pomimo grania głównie czarnych charakterów w swoich filmach, poza planem miał opinie miłego dżentelmena, który znany był ze współpracy z organizacjami dobroczynnymi. Ponadto był pierwszym aktorem, który do kontraktu dołączył klauzulę o tym, że czas charakteryzacji będzie doliczany do jego gaży. Aktor żenił się 6 razy, ale urodziła mu się tylko jedna córka, Sara Karloff. Podobno aktor miał opuścić plan zdjęciowy „Syna Frankensteina” i w pełnej charakteryzacji pognać do szpitala. Zmarł 2 lutego 1969 roku przeżywszy 82 lata. Rolę monstrum proponowano Lugosiemu, lecz ten po sukcesie Drakuli stwierdził, że jest zbyt przystojny do grania potwora, poza tym niema rola nie przystawała takiej gwieździe (jak sam twierdził). Krąży anegdota, że gdy James Whale, reżyser filmu, spotkał w barze Karloffa i zaproponował mu rolę potwora, aktor był oburzony – „w końcu wyglądałem całkiem elegancko” miał powiedzieć. W filmie są dwie kontrowersyjne sceny. Pierwszą z nich była scena, w której Frankenstein po stworzeniu potwora mówi: „To żyje, to żyje! Teraz nareszcie wiem, jak to jest być bogiem!”. Miało to urazić uczucia religijne widzów. Drugą sceną, która wywołała prawdziwe oburzenie był moment, w którym potwór bawi się z małą dziewczynką i nieświadomie topi ją w jeziorze.
No i wreszcie „Drakula” Toda Browninga, dzięki której to Bela Lugosi wzniósł się na wyżyny sławy. Dużą rolę w jego sukcesie odegrała genialna kreacja księcia, co w gruncie rzeczy Lugosi zawdzięczał temu, że jako węgierski emigrant długo nie mógł nauczyć się języka, w związku z czym uczył się swoich kwestii fonetycznie, co dało fantastyczny efekt. Jego pierwsze spotkanie z Renfieldem, to absolutne mistrzostwo w budowaniu napięcia, a słowa „I… AM Dracula oraz „I never drink… wine” to jedne z najsłynniejszych kwestii jakie padły w horrorze.
Sam Lugosi (w zasadzie Bela Blasko, nazwisko sceniczne przyjął od nazwy miasteczka, w którym się urodził, Lugos) dostał rolę Drakuli dzięki śmierci Chaneya, któremu pierwotnie ją zaproponowano. Różne opinie dotyczyły jego relacji z Karloffem, z którym Węgier współpracował przy kilku produkcjach m.in. w „Synu Frankensteina”. Jedni mówili, że Lugosi nie znosił Anglika, zazdroszcząc mu większych ról, jakie dostawał, inni znowu twierdzili, że w tych czasach byli dobrymi przyjaciółmi. Sam Karloff powiedział, że z początku Lugosi był dość nieufny, bał się, że Anglik będzie chciał przyćmić jego grę aktorską. Gdy okazało się to nieprawdą, Lugosi miał polubić Karloffa i od tej pory ze sobą współpracowali. Chociaż później komentowano, że Lugosi bardzo denerwował się na Karloffa, gdy ten żądał… przerw na popołudniową herbatę. Lugosi cierpiał, ponieważ Universal wolał obsadzać w swoich filmach właśnie Karlofa i przeżywał kryzys artystyczny. Jego uzależnienie od morfiny i metadonu tylko pogłębiło kryzys. Pogłębiło go do tego stopnia, że przy tworzeniu pastiszu filmów o potworach z udziałem znanych postaci slap-stickowych, Abotta i Costello („Abott i Costello Meet Frankenstein”) twórcy filmu myśleli nawet, ze Lugosi nie żyje i chcieli dać rolę Drakuli Ianowi Keithowi. Ten film był ostatnią wysokobudżetową produkcją z udziałem Lugosiego. Później odnalazł go w biedzie Ed Wood (znany jako najgorszy reżyser wszech czasów, choć myślę, że Uwe Boll mógłby się obruszyć), który dał mu kilka ról w swoich filmach. Uzależnił się od demerolu. Zmarł 16 sierpnia 1956 roku w wieku 73 lat na atak serca. Pochowano go w pelerynie Drakuli. Co ciekawe, oryginalna peleryna z 1931 roku przetrwała i jest w posiadaniu studia Universal.
Następne lata to czas sequeli popularnych filmów grozy. Temat został wyeksploatowany do granic możliwości, powstawały jednak perełki, stojące gdzieś obok gigantów kina np. „Pies Baskervillów” (1939) czy „Dr. Jekyll i Mr. Hyde” (1931). II wojna światowa przyniosła ze sobą nowy rodzaj zniszczenia, bombę atomową, a w kinie rozpoczęła się nowa epoka- epoka monster movies.

niedziela, 17 listopada 2013

"Ninja Assassin" (2009), reż. James McTeigue

Witajcie, Są takie filmy, o których w zasadzie niewiele wiadomo, które przechodzą bez echa i słuch po nich ginie. Niektóre obrazy na to zasługują, inne cierpią niezasłużenie. Filmem z drugiej kategorii jest niewątpliwie "Ninja Assassin"
Wyreżyserowany przez James'a McTeigue'a obraz jasno stawia sobie cel i określa dla jakiej widowni jest zrobiony. Oto przed Wami 1,5 - godzinny film akcji, akcji i jeszcze raz akcji. Dzieje się bardzo dużo, krew się leje hektolitrami, a my dobrze się bawimy (o ile oczywiście nie będziemy chcieli obejrzeć ambitnego obrazu dającego do myślenia, a po prostu zrelaksować się przy dobrym kinie). Fabuła w "Ninja Assassin" od początku schodzi na drugi plan. Oczywiście, jest całkiem fajnie opowiedziana historia Raizo, członka klanu Ozuma, który odwraca się od swojej 'rodziny' i odtąd staje się poszukiwany przez ninja. W międzyczasie poznaje agentkę Interpolu, Mikę, którą ratuje z opresji i odtąd dziewczyna pomaga mu w zrealizowaniu swojej zemsty na mentorze Raizo. Raizo chce się zemścić za zamordowanie.... i tu zakończę opowieści o fabule (trąci trochę melodramatem, ale tylko przez chwilkę), bo fajnie się to wszystko ogląda. Napisałem wyżej, że fabuła zeszła na drugi plan. Stało się tak, ponieważ twórcy filmu chcieli, żebyśmy po prostu dobrze się bawili, skupiając się na rzeźni z ninja w roli głównej. I używając słowa 'rzeźnia' wcale nie żartuję. Krwi leje się cholernie dużo, trup ściele się gęsto, a wszystko podlane orientalnym sosem ze znakomitych scen walki. Scena otwierająca film zwiastuje nam to, co będzie działo się przez kolejne 80 minut (film bez napisów końcowych trwa jakieś 85 minut) i robi to w wielkim stylu. Zawsze chciałem zobaczyć wschodnie sztuki walki w hollywoodzkim wydaniu i dzięki "Ninja Assassin" udało mi się i nadal jestem pod wrażeniem. Może to moja słabość do katan, ale sekwencje z udziałem ninja są świetnie wyreżyserowane, a pojedynek Raizo ze swoim mistrzem choć krótki, to i tak ogląda się z przyjemnością. O udźwiękowieniu mogę powiedzieć tyle, że wpasowuje się do tego, co dzieje się na ekranie. Kiedy trzeba jest spokojnie, kiedy zaś zaczyna się dziać, muzyka odpowiednio przyspiesza, żeby nadać scenie dynamizmu. Podoba mi się zwłaszcza jeden motyw przygrywany na japońskiej odmianie skrzypiec (skrzypce nazywają się bodajże kokyu, ale tego już nie jestem pewien). W filmie wykorzystano również pewną część arsenału wojowników ninja. Są katany, shurikeny i kusari-gamy (kusari-gama to broń o długości ok. 3 metrów, składająca się z łańcucha zakończonego sierpem) i wszystkie one w rękach profesjonalistów robią naprawdę ogromne wrażenie. Nie ma tu sceny walki, którą możnaby uznać za mocno niedorobioną czy też niepotrzebną.
Są rzeczy, które w "Ninja Assassin" nie przypadły mi do gustu. Po pierwsze, jeżeli ktoś nastawia się na fabułę, srodze się zawiedzie, gdyż mamy do czynienia z tradycyjną historią o zemście, przeplataną mnóstwem retrospekcji połączonymi z wątkiem miłosnym. Drugi minus należy się twórcom za pewną niekonsekwencję. Otóż Raizo, jako świetnie wyszkolony ninja, ma wyostrzone zmysły (głównie chodzi o słuch). W niektórych jednak momentach (zwłaszcza w scenach z udziałem Miki) Raizo zdaje się zapominać o swoich umiejętnościach (czyżby kobiety były jedyną słabością ninja? ;p), co razi w niektórych momentach. Ostatnia sprawa to finałowa scena. Nie podoba mi się fakt, że do DOJO POŁOŻONEGO WYSOKO W NIEDOSTĘPNYCH GÓRACH (!) wdziera się armia agentów Interpolu z ciężką artylerią. Można to było inaczej rozwiązać. Swoją drogą, zastanawiam się w jaki sposób ok. 40 wysoce wyszkolonych zabójców ( wraz z ich mentorem, który, jeżeli obejrzycie film, okaże się jakimś mega-ninją) nie wyczuło obecności wrogiej siły, która zbliża się ku ich świątyni. Razi mnie jeszcze jedna rzecz. Obsada filmu to w 85% Japończycy, więc dlaczego w filmie nie pada ani jedno słowo w ich ojczystym języku?! Nawet w retrospekcjach nie ma nawet słówka po japońsku. Duży minus, panowie... Pomimo tych wad zapewniam Was, że będziecie się świetnie bawili oglądając "Ninja Assassin", bowiem jest to jeden z tych filmów, który przeszedł bez echa całkowicie niezasłużenie. Na imdb obraz zebrał jak na razie ocenę 6.3/10, a znalazłem w tymże serwisie kilka recenzji użytkowników, które stanowczo się nie zgadzają z tak niską oceną. Ja również myślę, że film jest zbyt nisko oceniony przez widownię, ale nie przesadzałbym również z wychwalaniem go pod niebiosa. Jest to porządne, dobrze zrealizowane kino akcji, które przyjemnie się ogląda w gronie znajomych. Nie zawiedziecie się ;) Moja ocena: 7.5/10 Kilka zdjęć
W kąciku muzycznym Vanessa Mae

czwartek, 14 listopada 2013

Limbo

Witajcie, Ostatnimi czasy naprawdę rzadko spotyka się grę, która mimo swojego teoretycznego minimalizmu, oferuje zawiłą rozgrywkę i pozostawia po sobie ślad w głowie. Nie są to zazwyczaj gry wielkich koncernów kasujących wielkie pieniądze za nie do końca udane tytuły. Przykładem niech tu będzie Bulletstorm, który jest definicją słowa "zabawa", jednocześnie cierpiącą na poważne niedostatki fabularne. Wielkie gry małych producentów rzadko przebijają się przez ocean wysokobudżetowych produkcji. Na szczęście Limbo się to udało. Historia jest tu najmniej ważnym elementem, a to dlatego, że w gruncie rzeczy jej nie ma. Sterujemy chłopcem, który budzi się w środku mrocznego lasu. Okazuje się również, że jego siostra zaginęła i musi ją odnaleźć. Zakończenie gry mówi dość niewiele (wysłałem maila do twórców gry z pytaniem co właściwie ma ono oznaczać), a mogę Wam zdradzić jedynie to, że mamy do czynienia z zakończeniem otwartym. Niestety nie dowiedziałem się tego z oficjalnej strony gry, a ze strony PSN, na której można zakupić ten produkt (dostępny również na Steamie i XBLA). Fabuły więc w zasadzie nie ma, ale nie historia jest tu motorem napędowym gry. Są to świetnie przemyślane zagadki do rozwiązania (niektóre z nich są godne podziwu i wymagające niekiedy refleksu) i genialny klimat świata przedstawionego. Efekt ten chłopaki ze studia Playdead osiągnęli poprzez monochromatyczność, czyli przedstawienie gry w zasadzie trzech kolorach: czarnym, białym i szarym. Wspomniane rozwiązanie zagęściło klimat gry, zmieniając ją w mroczną i brutalną rozgrywkę. Tak, brutalną, ponieważ praktycznie wszystko w tej grze chce gracza zabić. Głazy, piły tarczowe, pająk, a nawet grawitacja mogą być zarówno naszymi sprzymierzeńcami, jak i bezwzględnymi katami. Weźmy na przykład moment w grze, w którym musimy uciekać, później zmierzyć się, a na końcu wykorzystać pająka do przejścia na dalszy etap gry. Po ucieczce musimy podstawić pułapkę na niedźwiedzie w takim momencie, żeby pająk w momencie, gdy ma nas zranić jednym ze swoich odnóży, nadział się na tą pułapkę. Czynność musimy powtórzyć do pewnego momentu (chcę zdradzić jak najmniej szczegółów, bo to trzeba samemu przeżyć). Później musimy użyć zwłok zwierzęcia, żeby przejść dalej m.in. urwać mu ostatnią nogę. Wszystko ukazane bez ogródek, komiksowych dymków i innych cenzorskich narzędzi. No właśnie, każda śmierć chłopca jest pokazana jak najbardziej brutalnie, tak, żeby niejako ukarać gracza za pośpiech czy brak pomyślunku. Możemy zostać m.in. przygnieceni, poharatani piłą oraz wielokrotnie postrzeleni przez minigun'a. Całość ma nas zmusić do dokładnego przemyślenia sytuacji i opracowania idealnego planu działania.
Warto jeszcze wspomnieć o dźwięku, który doskonale komponuje się z tym, co dzieje się na ekranie. Muzyki prawie nie ma, a odgłosy maszyn czy innych rzeczy w grze są idealne. Miło również napisać, że gra nie ma minusów. Jest trochę krótka, ale niesamowicie wciągająca. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że jest to najlepsza niezależna gra w jaką było mi dane grać. I obym spotkał więcej takich zaskoczeń w przemyśle gier :) Ocena: 10/10

wtorek, 12 listopada 2013

"World War Z" (2013), reż. Mark Forster

Filmy o zombie przeżywają renesans niemal w każdym rejonie świata. Dodatkowo połączone z motywem apokalipsy, również dziwacznie modnym, dają receptę na wysoką oglądalność. Rzadko jednak ogląda się hollywoodzkie superprodukcje, które wsparte gwiazdorską obsadą i odpowiednim budżetem stworzyłyby coś wielkiego. Ba, śmiem twierdzić, że nie robi się ich wcale, co dziwi, biorąc pod uwagę to, że Hollywood rzuca się, pożera i skutecznie rujnuje wszystko, co ma jakikolwiek potencjał (no dobra, przesadzam, nadal mam żal o Dragonball: Ewolucję). Na "ratunek" wychodzi nam tym razem Brad Pitt, bożyszcze kobiet, ojciec wszystkich dzieci na świecie i do tego niezgorszy aktor. Sarkazm jest tu potrzebny zwłaszcza patrząc na oceny "World War Z" np. na IMDB (7,1/10, chociaż nadzieja nie umarła, na metacritic.com 46/100), bo omawiany dzisiaj film jest w najlepszych momentach średni. Dlaczego? Zapraszam.
Gerry Lane jest pracownikiem ONZ. A raczej był, ponieważ postanowił poświęcić się rodzinie. Podczas jednej z przejażdżek przez miasto ledwo uchodzą z życiem z ataku, jak się później okazuje, zarażonych tajemniczym wirusem ludzi, zombie, dla uproszczenia. Gerry zgadza się (oczywiście po twardej rozmowie ze swoim przyjacielem) na znalezienie remedium na chorobę i tak rozpoczyna się wyścig z czasem, bowiem ludzkość jest zagrożona.
Pobawimy się w "ile utartych i niejadalnych już cliches udało Wam się znaleźć?"
1. Idylliczne życie rodzinne zostaje zakłócone przez wydarzenie zagrażające ludzkości
2. Agent dowolnej organizacji na emeryturze, który nie chce wracać, poświęca się rodzinie
3. Przełożony/przyjaciel namawia go do powrotu
4. Ma krytycznie mało czasu na uratowanie świata
"World War Z" powiela schematy filmów akcji z lat 80., w dodatku otrzymał kategorię PG-13, co zakrawa na absurd w filmie o istotach JEDZĄCYCH LUDZKIE MIĘSO! A to nie wszystko, lekarstwo na zombie jest jednym z najbardziej absurdalnych pomysłów w historii kina.

UWAGA! MEGA SPOILER UJAWNIAJĄCY ZAKOŃCZENIE

Naukowcy z placówki WHO w Walii, do którego trafia Gerry, oznajmili, że można ominąć zombie, gdyż te reagują agresją na żywe organizmy. Wymyślili więc, że potrzebują ampułek z najgroźniejszymi chorobami śmiertelnymi w celu znalezienia antygenu i odseparowania go tak, żeby w konsekwencji nie zabił zaszczepionego. Pomijam fakt, że zajęłoby to lata, w ciągu których wszyscy umarliby z głodu/przez zombie/zabijając się, lecimy dalej. Gerry po dotarciu do komory z ampułkami zostaje uwięziony przez zainfekowanego, który znajduje się za drzwiami i nie daje za wygraną. Nasz bohater jest zrozpaczony, musi natychmiast coś wymyślić, przecież w niebezpieczeństwie jest jego rodzina. Uważajcie, trzymajcie się krzeseł: Gerry bierze losowo wybraną ampułkę i ZASZCZEPIA SIĘ. Jak trzeźwo myśląca osoba mogła wpaść na taki pomysł? A pomyśleć można, że to Ylvis byli na haju kręcąc klip "The Fox". Oto powody:
1. Wszczepiając sobie losową ampułkę zaraża się LOSOWĄ chorobą. Nie wiadomo jakie ma działanie, jak szybko uśmierca, jak szybko zaczyna działać i przede wszystkim JAKIE JEST LEKARSTWO!
2. Nikt później nie pyta o szczepionkę, nie zajmuje się Gerrym, on sam wydaje się czuć dobrze. Cud, placebo czy nieświadomy debilizm?

KONIEC SPOILERU
Różne inne głupotki przydarzają się w filmie. Przykładem niech będzie irracjonalne zachowanie ocalałych, znajdujących się w Jerozolimie. Zombie reagują na głośne dźwięki, więc zaczynają oni śpiewać. Z mikrofonami, wielkimi głośnikami i całym koncertowym sprzętem. Facepalm.
W całym filmie spodobały mi się dwie sceny: początkowa gdzie z ujęcia z pokładu helikoptera widać panikę w mieście oraz scena wspinaczki zombie po wielkim murze w Jerozolimie. Poza tym "World War Z" jest najdroższym średniakiem na świecie, 190 milionów dolarów wydane zostało chyba na gażę dla Pitta i opłacenie efektów komputerowych, których jest tu zatrzęsienie. Film jest nudny, długi, posiada durne zakończenie, jedynym pozytywem są tu zombie, choć i one w jednej scenie zachowują się absurdalnie, wydając z siebie bardzo dziwne dźwięki. Szkoda, Hollywood potwierdza tezę, że nie chce mu się nawet postarać zrobić dobry film na modnym motywie.
5/10

sobota, 2 listopada 2013

"Martwe zło" (2013), reż. Fede Alvarez

Nie ma chyba nic bardziej irytującego dla kinomaniaka, niż nieudany remake filmu, który bardzo polubił. W końcu bezcześci się klasyczny, tak dobry przecież obraz, który mimo upływu lat wciąż jest przyjemny w odbiorze. Nie twierdzę oczywiście, że wszystkie remake'i są złe, słabe i powinno się je palić na stosie. Zdaję sobie sprawę, że są na rynku filmy udane, takie, które składają hołd swoim poprzednikom. Oczywiście, Hollywood jako miejsce wyjątkowo odporne na wiedzę i sugestie wciąż kaleczy filmy, na których się wzoruje. Cała ta moda (bo kręcenie klasycznych filmów na nowo, to nie pierwszyzna, już w czasach kina niemego remake'i były dość częstym zjawiskiem vide "Golem" z 1920 roku) na tworzenie remake'ów to w moim odczuciu zasługa Azjatyckiego przemysły kinowego. Przecież to "Ring" i "Klątwa" zrobiły największą karierę i niemal natychmiast zostały przerobione na potrzeby amerykańskiej publiczności. Nie mówię, że dobrze, filmy były, delikatnie mówiąc, przeciętne, inni twórcy dostrzegli w tym szansę na szybki zarobek praktycznie zerowym kosztem, no i z roku na rok mieliśmy do czynienia z rosnącą liczbą remake'ów.
I tak dochodzimy do dzisiejszego filmu, "Martwe Zło", pierwszego z czterech obrazów pokazanych na Nocnym Maratonie Horrorów, który odbył się 25 października. O reszcie filmów też napiszę, zdecydowałem się na cztery osobne teksty, ponieważ w moim odczuciu każdy z tych filmów na to zasługuje. Przy okazji, w obliczu newsa o starcie produkcji "Armii Ciemności 2", wypada kilka słów napisać o pierwszej próbie "ożywienia" filmu (co także jest niezłym pretekstem do napisania małej retrospektywy).
Oryginał nakręcony w 1981 roku starzeje się doskonale. Coś, co zaczęło się jako zwykły horror klasy B nakręcony praktycznie zerowym kosztem (375 tysięcy dolarów to znikoma suma, nawet jak na tamte czasy), okazało się pracą pasjonata, skutecznie przechodził z groteski do straszenia, no i wykreował gwiazdę Bruce'a Campbella, który zagrał swoją postać w "Evil Dead 2" i "Army of Darkness. Warto przy tym wspomnieć, że film wyreżyserował Sam Raimi, późniejszy reżyser trylogii o Spider-manie (ciekawym jest tu to, ilu znanych dziś reżyserów rozpoczynało od niskobudżetowych horrorów. Peter Jackson zanim nakręcił trylogię "Władcy Pierścienia" stworzył "Zły Smak" i "Martwicę Mózgu, absolutnie rewelacyjne filmy gore).
Trailer najnowszego "Martwego Zła" wywołał u mnie uśmiech satysfakcji. Pomyślałem wtedy, że w końcu ktoś wziął się poważnie za swoją robotę i ujrzę unowocześnioną, mocną i brutalną wersję filmu, że odejdziemy od kampowości na rzecz porządnego wykonania. Cóż.. Po seansie miałem uczucia co najmniej mieszane. Film dobry nie był, ale nie skazałbym go na wygnanie. W dodatku wiadomość o wycięciu kilku scen z zamiarem dodania ich do edycji DVD wcale nie poprawił sytuacji Alvareza i spółki. No właśnie, Federico Alvarez to gość, który nakręcił cztery krótkometrażowe produkcje (o dwóch nie wiadomo nic, dla dwóch najnowszych IMDB nie ma prawie żadnych informacji), co wcale nie zachęca. Nie twierdzę, żeby nie dawać wyzwań młodym reżyserom, ale nie w przypadku, gdy mamy do czynienia z serią uwielbianą przez masę ludzi. Reżyseria wypada przyzwoicie, tu i ówdzie widać nawet pewien hołd dla Sama Raimiego (przykładem niech będzie scena, w której Mia siedzi w tym samym aucie, którym do kabiny w lesie jechali bohaterowie oryginału), jest jednak kilka rzeczy, która rażą. Przykład z autem, który przed chwilą przytoczyłem, jest małym szczególikiem, nieistotnym w zasadzie elementem, brakuje konsekwencji, a koniec końców mamy do czynienia ze sztandarową obecnie dla Hollywood próbą odcinania kuponów od znanej marki.
No, ale żeby nie było, że wszystkiego, co jest remakiem nienawidzę. Pomijając fakt, że postaci w filmie to absolutnie szablonowe slasherowe mięso armatnie, to Jane Levy grająca Mię, dziewczynę uzależnioną od narkotyków, która przybywa do domku w celu wyciszenia się (w zasadzie to pomysł jej przyjaciół i brata, którzy sobie z nią nie radzą), wykonała bardzo dobrą robotę. Na tyle dobrą, że tranzycja z narkomanki do osoby opętanej przez ciemne moce odbywa się bardzo płynnie. Sceny gore są porządne, a ostatnia scena, mimo kilku niezbyt inteligentnych momentów (wysychająca krew na twarzy Mii, mimo padającego krwawego deszczu czy problemy z piłą łańcuchową, która w jednym kadrze jest odpalona, a w drugim nie) jest interesujący i z pewnością nie zanudzi widza.
Głównym problemem obrazu Alvareza jest fakt, że "Evil Dead" Raimiego poprzez swoje amatorstwo miał niewątpliwy urok. Poza tym kopiowanie pewnych schematów gatunkowych, gra z widzem czy popadanie nawet w parodiowanie konwencji zapewniło sukces pierwowzoru. Tutaj postaci są absolutnie szablonowe, Necronomicon zostaje potraktowany po macoszemu (nie czepiałbym się, gdyby nie to, że w oryginale Księga Umarłych stanowiła portal, dzięki któremu demony atakowały bohaterów), sztuczne dialogi, brak w zasadzie jakiejkolwiek inwencji twórczej reżysera (propsy za pistolet na gwoździe), wycięcie niektórych scen przeznaczonych do wydania DVD (co jest grzechem absolutnym, jak można kazać ludziom płacić pieniądze za bilet kinowy, gdy podczas seansu pokazuje im się środkowy palec i mówi "kupujcie DVD"... I wielkie zdziwienie na twarzach twórców, gdy ich "dzieła" są piracone na potęgę) no i przede wszystkim wspomniana już próba odcinania kuponów. Szczerze mówiąc, gdyby nie maraton horrorów, to pewnie bym nie poszedł na "Martwe Zło", nie dziwię się w ogóle negatywnym recenzjom w Sieci.
Szkoda.