niedziela, 11 lutego 2018
"Tylko kochankowie przeżyją" ("Only lovers left alive"), 2013, reż. Jim Jarmusch
Fakt, że jeszcze nic nie napisałem o tym dziele sztuki, jest zatrważający. Jestem szczerze zakochany w tym filmie, chyba żaden obraz w moim życiu nie zdołał mnie tak strasznie zahipnotyzować, przygarnąć w miłosnym uścisku i pozostawić z żalem, że to wszystko się już skończyło. Po drugim seansie, całkiem niedawno, zacząłem zauważać coś więcej, niż prostą historię o zjednoczeniu kochanków, ten film jest po prostu ucztą dla oczu i uszu, narkotykiem, który wprowadza w 123-minutową ekstazę. Dość powiedzieć, że film rozgrywa właściwie pięciu aktorów, w tym naszą główną dwójkę, czyli Tildę Swinton i Toma Hiddlestona. Ten pozorny minimalizm jest tylko przykrywką, bo klimat filmu jest tak absorbujący, że w ogóle nie zwracamy uwagi na malutką scenę.
Więc o czym ten obraz traktuje? Gdybym miał określić to jednym zdaniem, to wydaje mi się, że najlepszym stwierdzeniem będzie "Codzienne życie wampirów we współczesnym świecie, ich radości i bolączki, życie wśród ludzi oraz wieczne namiętności". Tylko Kochankowie Przeżyją to film, który nigdzie się nie spieszy, bo w jakim celu nieśmiertelna istota ma się spieszyć? Adam (Tom Hiddleston) jest kolekcjonerem najrzadszych instrumentów muzycznych (w szczególności strunowych), komponuje, jest typowym samotnikiem, jako wampir trzyma się z dala od skupisk ludzkich, żyje w opuszczonym domu w równie opuszczonym Detroit (fantastyczna sekwencja przejażdżki Adama i Eve po ulicach miasta), co jakiś czas zagląda do niego Ian, człowiek, który zajmuje się spełnianiem życzeń Adama, sprowadza dla niego nawet najrzadziej spotykane przedmioty, oczywiście za sowitą opłatą. Adam jest wyraźnie znudzony swoją egzystencją, uważa ludzi za "zombie", którym brak własnej woli, brak tej iskry stwórczej, jedyne co potrafią to niszczyć samych siebie i wszystko dookoła. W pewnym momencie myśli nawet o samobójstwie, za pośrednictwem Iana zakupuje nabój ze specjalnego drewna, jednak to tak drastycznego aktu nigdy nie dojdzie.. Gdzieś tam, w świecie czeka na niego ona, jego nieśmiertelna kochanka, jedyny powód do radości i ktoś, kto pcha go przodu. Ewa jest przeciwieństwem Adama, jest pełna energii, uwielbia przebywać wśród ludzi, fascynują ją ich zachowania i zwyczaje. Poza tym warto zwrócić uwagę na kolorystykę ubrań naszych bohaterów, ona odziana w biel bądź inne jasne ubrania, kolor włosów również stoi w kontraście do tych Adama, jej zachowanie jest zgoła inne niż jego, Adam w pewnych sferach jest wręcz malkontentem, niechętnym do interakcji, z wyjątkiem może muzyki, której z chęcią słucha, ba, nawet udaje się obojgu wyjść do klubu, aby posłuchać utworów przez Niego tworzonych.
Z powyższego opisu wcale nie wygląda to zbyt poważnie, ot opowiastka o dwóch wamiprach, którzy pragną jedynie swojego towarzystwa, brzmi prawie jak romans. Nic bardziej mylnego, film niesamowicie nadrabia atmosferą, nawet tak zwyczajne dla krwiopijców rzeczy jak transakcje z ludźmi (np. gdy Adam kupuje potrzebną mu krew od lekarza pracującego w pobliskim szpitalu) mają w sobie pewną dozę napięcia, szczyptę do tego dodaje w tych scenach pewien minimalizm dźwiękowy, który powoduje, że nigdy nie wiemy czy znudzony życiem mężczyzna nie będzie miał dość i nie zaatakuje, choć w dłuższej perspektywie nie będzie mu się to opłacać. Tylko kochankowie przeżyją nie jest filmem brutalnym, przemocy nie ma w tym prawie wcale, krwi jak na film o wampirach prawie nie ma tzn. nie w tym sensie co zawsze. Samo żywienie jest celebrowane niczym najświętszy rytuał, nasza para nigdy nie pozwala sobie na obżarstwo, ponieważ nie chcą aby ta chwila została splugawiona prymitywnymi zwyczajami. Wyłącznie z odpowiedniego kielicha, w odpowiednim nastroju, duchowym czy muzycznym, w zaciszu własnej prywatności.
Nie zrezygnuję z powtarzania swoich słów, gdy mówię, że ten film jest hipnotyczny, wciąga niesamowicie, jednocześnie jest tak odświeżającym doświadczeniem, że gdybym od razu powtórzył seans, wcale nie poczułbym zmęczenia ani znudzenia. To jest niespotykane, zwłaszcza gdy ciągle mówi się, jak to uwielbia się horrory z krwi i kości. Na domiar wszystkiego Tylko kochankowie przeżyją jest filmem zabawnym, tylko nie w sensie typowej, głupawej komedii, w której zrywamy boki ze śmiechu, to jest humor ciepły, dobrze dobrany do sytuacji na ekranie, a przede wszystkim nie jest to humor odwracający uwagę od meritum opowiadanej nam historii, czyli zjednoczenia wiecznych kochanków.
Co więc powiedzieć więcej? Nic, tu trzeba usiąść, nalać sobie dobrego trunku i przez dwie godziny rozkoszować się tym dziełem. Polecam.
czwartek, 25 stycznia 2018
"Wojownicze żółwie ninja" ("Teenage Mutant Ninja Turtles"), 2014, reż. Jonathan Liebesmann
Nie zawsze oglądam horrory (szok!), czasem przy okazji jakiegoś leniwego wieczoru zdecyduję się na obejrzenie filmu, i choć w zalewie mainstreamowego (chodzi o największe stacje TV, które jako najnowszy film rozumieją 4-letnią produkcję) barachła dominują powtórki i kabarety (które swoją drogą lubię, ot, na wieczory w których nie chce się specjalnie myśleć), to czasem coś zwróci moją uwagę. Nie ukrywam, że Wojownicze żółwie ninja oglądałem jako bajkę i to dość często, mało tego, miałem pluszowego Leonardo przez długi czas, poza tym animacja była fajna, żywa, na luzie, w sam raz dla młodego umysłu. W ostatnich latach kinematografia dorobiła się kilku dość niepokojących trendów. Po pierwsze, wszystko musi być live action, wszystko musi wyglądać jak najbardziej realnie i choć to w sumie żadna nowość, tak wydaje mi się, że trzeba albo odpowiednio się do takiego zadania przygotować, albo przynajmniej porządnie to przemyśleć. Niestety, jako, że myślenie w Hollywood najwidoczniej jest zabronione, co i rusz dostajemy różne kwiatki, najbardziej takie "dzieła" dotykają tych, którzy dorastali ze swoimi ulubionymi bohaterami. Mnie osobiście najbardziej dotknęło to przy okazji Dragonball: Ewolucja, o którym już pisałem i ani słowa więcej na ten temat nie powiem, bo i nie o tym dziś rozmawiamy.
Po drugie, wszystko teraz musi być takie mroczne, poważne, gdzieś na skraju kina młodzieżowego i pełnoprawnej produkcji dla dorosłych, jak by nie można było już opowiedzieć jakieś lekkostrawnej historii, żeby w sobotni wieczór otworzyć chipsy i po prostu dobrze się bawić. Nie, nie możemy dobrze się bawić, musimy przeżywać rozterki i dramaty prezentowanych nam postaci, musimy być przytłoczeni atmosferą, stawką muszą być losy całego świata, no i historia poza happy endem powinna położyć podwaliny pod ewentualne kontynuacje.
Po trzecie, Michael Bay, kurtyna. Nie żebym gościa specjalnie nie lubił, uważam że seria Transformers jest bardzo efektowna, ale także bardzo durna, gdzie eksplozjami i przez "slow-motion" stara się zakrywać miałkość fabularną. Bay jest tutaj producentem, czuć więc na odległość jego "wizję", nawet Shredder wygląda jak kolega Megatrona. Stawiając na stołku reżyserskim kogoś innego niż samego siebie, Michael Bay nie mógł powstrzymać się od maczania paluchów w filmie, co skutkuje filmem miałkim, niezbyt zabawnym, przy którym ubaw miał chyba tylko on. Serio, gdyby nie żółwie, pomyśleć można, że oglądamy kolejną część Transformers, tylko na mniejszą skalę. Oczywiście, Teenage Mutant Ninja Turtles to jeden z tych filmów, który miał być "nowym początkiem" (wiem, masło maślane, ale wg mnie idealnie opisuje sytuację) dla braci wychowanych przez mistrza Splintera, jednak nie oznacza to, że ma być tak nieciekawie. Zawsze podobało mi się to, że mimo czterech tak odrębnych charakterów, w bajce udało się stworzyć tak fajny klimat. To całe kopanie tyłków przez zmutowane żółwie było zabawne, postaci nie były nudne, nawet Rafael mimo bariery, którą zawsze starał się wokół siebie tworzyć, był częścią paczki, w końcu braci się nie traci.
Fabuła jest nieistotna, serio. Klan Stopy przejmuje kontrolę nad miastem, dzieje się źle, w końcu tajemniczy ktoś zaczyna z nimi walczyć. Shredder się wkurza, współpracuje z naukowcem, dostaje strój Decepticona i próbuje skopać żółwie tyłki. Nie udaje mu się, bo choć momentami bracia w siebie wątpią, to koniec końców udaje im się znaleźć porozumienie i wspólnie zwalczają zagrożenie. Jest tam jeszcze jakiś wątek ludzki, ale podobnie jak w Transformers jest on kompletnie nieistotny, więc darujmy sobie. Zastanawiające jest natomiast to, jak można było tak prosty koncept po prostu popsuć i uczynić z tego nudny oraz męczący seans. Mało się w tym filmie na prawdę dzieje, co jak na (mimo wszystko) kino akcji jest zdumiewające, podczas oglądania na prawdę są momenty, w których szuka się jakiegoś zajęcia.
Inna sprawa, film jest po prostu brzydki, ciemny ("mroczny" zabrzmi jak gruba przesada) i jakby kompletnie nie w klimacie TMNT. Żółwie przy pierwszym spotkaniu wyglądają po prostu przerażająco (ktoś kto wpadł na pomysł, żeby zdejmowali swoje maski, powinien niczym Alex w Mechanicznej Pomarańczy oglądać tę scenę do śmierci), a zanim zdołamy się jakimś cudem do tego przyzwyczaić (no bo jedyne, za co tak na prawdę można pochwalić modele postaci to fakt, że ich fizyczność całkiem wiernie oddaje cechy ich charakterów), to film się kończy, bo finałowe starcie jest tak krótkie i nieciekawe, że aż boli. Poza tym, skoro fabuła sugeruje jakieś niesamowite zagrożenie dla miasta/ludzkości, to warto by może sprowokować widza do tego, żeby zaczęło mu zależeć na odwróceniu nieszczęsnego losu. Mnie tam było wszystko jedno, bo o skażeniu, które groziło mieszkańcom miasta, zapomniałem tak szybko, jak szybko zostało to zagrożenie przedstawione.
Powstaje więc pytanie, "czy coś w filmie działa?". Otóż TMNT przypomina wrak niegdyś pięknego, sportowego samochodu, z którym mamy świetne wspomnienia, a który z wiekiem co raz bardziej wysiada, zżera go rdza, odpadają poszczególne części, a wyciek płynów traktujemy z pobłażaniem. Auto jednak jeździ, a my tylko ze względu na sentyment nie wyrzucamy go na śmietnik, a im większa liczba mechaników się nim zajmuje, tym w zasadzie jest gorzej (filmem zajęło się trzech scenarzystów). Trochę boję zabrać się za sequel, ale nadzieja na lepsze chwile z żółwiami trochę mnie motywuje. Ale tylko trochę.
czwartek, 2 listopada 2017
"Demon" (2015), reż. Marcin Wrona
Oj ciężko o dobry, polski horror, przez już ponad 100 lat istnienia gatunku na palcach jednej ręki nieostrożnego drwala można by zliczyć produkcje, które mogą zasiąść na stałe w pamięci widza i miłośnika gatunku. Samo pojęcie "polski horror" jest swego rodzaju oksymoronem, groza w naszym rodzimym wydaniu schodzi na drugi plan na rzecz realistycznych i mrocznych dramatów (które z reguły wychodzą nam świetnie) bądź tematycznie nastawionych komedii romantycznych (o których z litości nie powiem nic). Pojawił się wtedy Demon uznanego już na scenie Marcina Wrony i od razu wzbudził pozytywne emocje, co długo się nie zdarzyło. Czy oznacza to więc, że w końcu pojawił się godny przedstawiciel gatunku, którego z dumą można pokazywać na scenie chociażby europejskiej? Cóż...
Zacznę od pozytywów, bo to wcale nie jest tak, że film jest zły, wręcz przeciwnie. Atmosfera jest świetna, miejscami przytłaczająca, nawet potocznie radosne sceny nie zdejmują z barków ciężaru, jaki kładzie Wrona w swej ostatniej przedśmiertnej produkcji. Od początku widać, że coś jest nie tak i że będziemy świadkami niezbyt miłych wydarzeń, zresztą dość szybko dostajemy pierwsze sygnały, na szczęście nie jest to obraz, który 3/4 czasu trwanie buduje napięcie tylko po to, żeby w ostatnim akcie zwalić na widza lawinę akcji i informacji. Demon jest na tyle minimalistyczny, że pozwala całkowicie skupić się na prezentowanych wydarzeniach, jednocześnie od pierwszej do prawie ostatniej minuty wszystko pokazywane jest na tyle sprawnie, że po prostu się nie nudzimy. No właśnie, powiedziałem "prawie", bo mimo wszystkich zalet przez cały czas wydawało mi się, że gdzieś już to widziałem. Ba, u Wrony mamy nawet do czynienia z próbą egzorcyzmu, nie sposób więc nie ulec wrażeniu, że temat raczej nowy nie jest. I tu leży największa bolączka oglądania Demona: jeśli oglądaliście już filmy podejmujące tematykę nawiedzeń i opętań, to bardzo dużo stracicie. Owszem, opakowane to wszystko jest fajnie, jest przygnębiająco i mrocznie, wszystkie motywy muzyczne doskonale wpasowują się w nastrój każdej kolejnej sceny, skupienie na kilku głównych postaciach uczestniczących w weselu jest dużym plusem, nie ma też nazbyt zawiłych opowiastek biograficzno-historycznych, ot jest sobie trup, pochowany bez zachowania obrządków, nie może więc spocząć spokojnie, nawiedza więc tego, kto go znajdzie, dzieją się niewytłumaczalne rzeczy, a nasz bohater co raz mocniej ulega wpływom ducha. Jednak to wszystko już było i tylko dlatego, że jest to bardziej efektywne jak efetowne, nie ma co filmu za to besztać.
Mimo wszystko, należy docenić kroki podjęte w celu popularyzacji horroru w Polsce, bo bardzo mocno brakuje wyjścia z pewnego schematu dla polskiego filmu. Wojtek Smarzowski pokazuje, jak zbudować niepokojącą i przerażająco realistyczną scenę dla nadchodzących wydarzeń, niczym w makabrycznym teatrze. Marcin Wrona spróbował na scenę zaprosić aktorów, aby pomogli w budowaniu mocnej historii. Według mnie udało się to w niewielkim stopniu, aczkolwiek nie będę zaprzeczał argumentom, które mówią o pewnej hipnozie, jakiej zostali poddani. I choć pewne rozwiązania fabularne są dla mnie irytujące, to polecam obejrzeć ten film. Demon może się stać prekursorem nowoczesnego horroru w Polsce i o tym należy pamiętać. 6/10.
poniedziałek, 23 października 2017
Resident Evil 3: Nemesis (1999), Capcom
Gdybym miał wyszukać moje pierwsze wspomnienia związane z horrorem, byłoby to zapewne asystowanie (polegające na trzymaniu solucji) przy przechodzeniu pierwszego Silent Hill, przy czym atmosfera nawet przy włączonym świetle była tak napięta, że nie sposób było nie wsiąknąć w tę produkcję. Moje osobiste wejście do świata gier grozy nastąpiło przy okazji ogrywania produkcji, którą omawiam dzisiaj, Resident Evil 3: Nemesis, pierwszej próby wprowadzenia sprawdzonej formuły RE (czyli powolna eksploracja, metodyczne odkrywanie układanki fabularnej, wreszcie strach, gdyż za każdym rogiem mogło coś na nas czyhać) w nieco bardziej żywy świat gier akcji. Na szczęście nie zrobiło się bardzo arcade'owo, Capcom postawiło tutaj bardziej na zwiększoną ilość walk, trochę hojniej również obdarowywano gracza amunicją i przedmiotami leczniczymi, wreszcie wprowadzono tutaj bardzo ciekawy element w postaci nieustającego i niemal niezniszczalnego zagrożenia, jakim był Nemesis.
Jeśli chodzi o lore, to długo można się rozpisywać na temat zawiłości pozornie głupiutkiej fabuły o apokalipsie zombie, do której doprowadziła korporacja Umbrella. Czy uniwersum jest przesadnie zawiłe? I tak, i nie, natomiast nie sposób odmówić Japończykom kreatywności, gdy trzeba ożywić daną markę, ale także nie sposób nie wyjść z podziwu, ponieważ każda gra w serii przyniosła co najmniej jedną godną zapamiętania na lata postać. Tutaj mamy oczywiście elitarny oddział S.T.A.R.S, w trzeciej części gry z Racoon City stara się uciec Jill Valentine, w tle oczywiście mamy politykę korporacji, eksperymenty biologiczne, no i tego słynnego wirusa, który przechodzi co raz to ciekawsze modyfikacje. Osobiście bardzo podobał mi się pomysł z Nemesisem, który spowodował, że nieustannie czułem się zagrożony, wiedziałem, że gdzieś tam na mnie poluje i może w każdej chwili objawić się, gotowy do mordu. Jeszcze ciekawszym był fakt, że prawie w ogóle nie trzeba było z nim walczyć (zawsze można było wybrać ucieczkę), natomiast pokonanie go (no, przynajmniej kolejnej jego postaci) było sowicie nagradzane, choćby częściami do specjalnych broni, które siały popłoch w szeregach niemilców.
Słówko warto wspomnieć o eksploracji. Wspomniałem wcześniej, że RE3 jest zorientowane bardziej w kierunku akcji. I poniekąd jest to prawda, walczymy dość często, na normalnym poziomie trudności raczej nie musimy martwić się o amunicję, fajne jest również to, że gdzieniegdzie można wykorzystać środowisko (np. wybuchowe beczki), żeby oszczędzić naboje i szybciej przedostać się do kolejnej lokacji. Natomiast gdy gra zwalnia i wchodzimy do ciasnych pomieszczeń, na chwilę uspokaja się bicie serca, a włącza się niepokojące myślenie, że przecież gdzieś za rogiem, może kryć się kolejny potwór, co będzie gdy wpadniemy na Nemesisa (a warto wspomnieć, że nie zawsze wpadamy na niego na otwartym terenie, w ciasnych korytarzach komisariatu jest jeszcze gorzej) bez przygotowania? Myślę, że to właśnie jest największy sukces każdego horroru i to niezależnie od medium: wywołać w uczestniku poczucie zaszczucia, gdzie nigdy nie wiadomo gdzie czai się zagrożenie. Do czasu premiery siódmej głównej części będzie to zresztą ostatnia odsłona RE, gdy Capcom położy taki nacisk na atmosferę podczas odkrywania terenu (czwarta część, choć fantastyczna, jak dla mnie trochę za bardzo ucieka w akcję, gdzieś tam odrzucając psychologiczny aspekt horroru), więc warto docenić to co dzieje się w Racoon City. Oczywiście nie muszę chyba dopowiadać, że grać należałoby z dobrymi słuchawkami na uszach, żeby czerpać z doświadczenia garściami i żeby mieć w przyszłości o czym opowiadać.
Dlaczego więc dla mnie ta gra jest tak wyjątkowa? Przełamała pewną barierę, bardziej psychologiczną, która powodowała niemoc w chwyceniu za pada i wejścia w świat wirtualnego horroru. RE3 zdecydowanie popchnęło mnie ku fascynacji gatunkiem i choć nie zrobiło dla mnie tyle, co filmowe Ju-On, to nadal zdarza mi się trochę w "rezidenta" pograć, choćby ze względu na nostalgię, co i Wam polecam.
niedziela, 15 października 2017
American Horror Story: Roanoke (2016), Ryan Murphy
W związku z premierą siódmego sezonu American Horror Story postanowiłem cofnąć się w czasie o rok i ponownie spojrzeć na Roanoke, szóstą odsłonę serii, która budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony drugi i piąty sezon uważam za świetne, mocno idące w atmosferę niepokoju, natomiast reszta ma za dużo wzlotów i upadków, żebym chciał do nich wracać. Zajmowałem się już pięcioma poprzednimi sezonami, pora więc pójść za ciosem i odpowiedzieć na pytanie "Czy AHS wciąż potrafi zaskakiwać?".
Matt (Cuba Gooding Jr.) i Shelby (Sarah Paulson) wyprowadzają się z Los Angeles i kupują dom na odludziu w Północnej Karolinie, żeby zacząć nowe, spokojne życie. Okazuje się jednak, że dom jest nawiedzony i nie zamierza młodemu małżeństwu odpuścić. Co się dzieje w tym domostwie i czy wszystkim uda się ujść z życiem?
Roanoke, jak to w tradycji całego serialu, na początku obiecuje dużo, i kusi, bo pierwsze dwa, trzy odcinki przedstawiają bardzo ogólnikowy zarys fabuły, powoli ujawniając tajemnice domu Millerów. Zawsze mi się to podobało, w końcu skoro mamy 12 czy 13 odcinków w sezonie, to nie mam żadnych problemów z tym, żeby powoli wprowadzać widza w meandry historii. Rzecz jasna o ile robi się to dobrze. Co zawodzi w Roanoke? Poniekąd odwaga twórców w wypróbowaniu nowego formatu, gdzie mamy do czynienia z programem dokumentalnym, gdzie "spowiedź" bohaterów przeplatana jest odpowiednio odgrywanymi scenami. Dla mnie to nie działa, i to z dość prozaicznego powodu. Przyznam się do tego, że zacząłem wsiąkać w przedstawianą mi historię, aż do momentu w którym treść czysto dokumentalna zaczęła przerywać dobrą zabawę. Nie mogłem się skoncentrować na odkrywaniu zagadki tego domu, nie mogłem się skupić na Rzeźniku, na Wiedźmie i całej reszcie dość ciekawego lore. Co prawda cała ta dokumentalna treść kończy się w połowie sezonu, gdy prawdziwi uczestnicy niesamowitych wydarzeń, które były nam przedstawiane wcześniej, wracają do posiadłości, tym razem na potrzeby reality show, którego zakulisowa część również zabierała mnie z tego intrygującego świata, rujnując po raz kolejny zabawę. Nie wiem czy tylko mnie to irytuje, bowiem patrząc na oceny szóstego sezonu American Horror Story dochodzę do wniosku, że jestem w mniejszości. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że przekombinowano tu z próbą odświeżenia formuły, czego jak dla mnie nie trzeba było robić, siłą poprzednich sezonów było właśnie wciągnięcie widza w świat przedstawiony, wtedy razem z postaciami przyjemniej odkrywało się wszystkie karty. Sezon dzieli się tak na prawdę na dwa seriale, które próbują różnych rzeczy na dwa sposoby, nie potrafi jednak wybić się ponad płaską linię przeciętności.
Wkurza również tak duży nacisk na dramat rodzinny, wydaje mi się, że można było to nieco zmodyfikować, choć przyznać trzeba, że finał tego wątku jest przyzwoicie zawiązany. Dużo narzekam, można by zadać pytanie "Czy Tobie się jeszcze coś tam podoba?". Owszem, gdybyśmy odrzucili akcent dokumentalny, Roanoke całkiem nieźle się broni na polu seriali grozy. Atmosfera jest przyjemnie chłodna, sam dom robi wrażenie wnętrzem, historią, lasem otaczającym swoją mroczną opieką posiadłość, także w kwestii paranormalnej jak zawsze na poziomie. Tak jak w pierwszym sezonie, dopóki twórcy trzymają się wymyślonej formuły, to wszystko jest w najlepszym porządku. Zawsze jednak zdarza się tak, że zmieniają koncepcję i wtedy właśnie wszystko pada na twarz. A szkoda, pozostaje mieć nadzieję, że Kult przywróci dobre tradycje American Horror Story i będę mógł w końcu napisać jakiś pochwalny tekst. Do następnego.
Matt (Cuba Gooding Jr.) i Shelby (Sarah Paulson) wyprowadzają się z Los Angeles i kupują dom na odludziu w Północnej Karolinie, żeby zacząć nowe, spokojne życie. Okazuje się jednak, że dom jest nawiedzony i nie zamierza młodemu małżeństwu odpuścić. Co się dzieje w tym domostwie i czy wszystkim uda się ujść z życiem?
Roanoke, jak to w tradycji całego serialu, na początku obiecuje dużo, i kusi, bo pierwsze dwa, trzy odcinki przedstawiają bardzo ogólnikowy zarys fabuły, powoli ujawniając tajemnice domu Millerów. Zawsze mi się to podobało, w końcu skoro mamy 12 czy 13 odcinków w sezonie, to nie mam żadnych problemów z tym, żeby powoli wprowadzać widza w meandry historii. Rzecz jasna o ile robi się to dobrze. Co zawodzi w Roanoke? Poniekąd odwaga twórców w wypróbowaniu nowego formatu, gdzie mamy do czynienia z programem dokumentalnym, gdzie "spowiedź" bohaterów przeplatana jest odpowiednio odgrywanymi scenami. Dla mnie to nie działa, i to z dość prozaicznego powodu. Przyznam się do tego, że zacząłem wsiąkać w przedstawianą mi historię, aż do momentu w którym treść czysto dokumentalna zaczęła przerywać dobrą zabawę. Nie mogłem się skoncentrować na odkrywaniu zagadki tego domu, nie mogłem się skupić na Rzeźniku, na Wiedźmie i całej reszcie dość ciekawego lore. Co prawda cała ta dokumentalna treść kończy się w połowie sezonu, gdy prawdziwi uczestnicy niesamowitych wydarzeń, które były nam przedstawiane wcześniej, wracają do posiadłości, tym razem na potrzeby reality show, którego zakulisowa część również zabierała mnie z tego intrygującego świata, rujnując po raz kolejny zabawę. Nie wiem czy tylko mnie to irytuje, bowiem patrząc na oceny szóstego sezonu American Horror Story dochodzę do wniosku, że jestem w mniejszości. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że przekombinowano tu z próbą odświeżenia formuły, czego jak dla mnie nie trzeba było robić, siłą poprzednich sezonów było właśnie wciągnięcie widza w świat przedstawiony, wtedy razem z postaciami przyjemniej odkrywało się wszystkie karty. Sezon dzieli się tak na prawdę na dwa seriale, które próbują różnych rzeczy na dwa sposoby, nie potrafi jednak wybić się ponad płaską linię przeciętności.
Wkurza również tak duży nacisk na dramat rodzinny, wydaje mi się, że można było to nieco zmodyfikować, choć przyznać trzeba, że finał tego wątku jest przyzwoicie zawiązany. Dużo narzekam, można by zadać pytanie "Czy Tobie się jeszcze coś tam podoba?". Owszem, gdybyśmy odrzucili akcent dokumentalny, Roanoke całkiem nieźle się broni na polu seriali grozy. Atmosfera jest przyjemnie chłodna, sam dom robi wrażenie wnętrzem, historią, lasem otaczającym swoją mroczną opieką posiadłość, także w kwestii paranormalnej jak zawsze na poziomie. Tak jak w pierwszym sezonie, dopóki twórcy trzymają się wymyślonej formuły, to wszystko jest w najlepszym porządku. Zawsze jednak zdarza się tak, że zmieniają koncepcję i wtedy właśnie wszystko pada na twarz. A szkoda, pozostaje mieć nadzieję, że Kult przywróci dobre tradycje American Horror Story i będę mógł w końcu napisać jakiś pochwalny tekst. Do następnego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












