wtorek, 8 sierpnia 2017

In Memoriam: Chester Bennington

Chester,
Poznaliśmy się, gdy miałem 10-11 lat. "In The End" było pierwszym utworem Linkin Park, na jaki natrafiłem i od razu mnie wciągnęło, od razu wiedziałem, że będzie to przyjaźń na lata. Fascynacja pierwszymi płytami, utrudniona w czasach braku internetu, YT, czy choćby kasy na kupno i odsłuch, była niezmiennie mocna i do dziś z uśmiechem na ustach i udawanym śpiewem słucham tych piosenek. Zresztą nie tylko tych, wszystkich. Od początków, od Xero, od wczesnych dem, poprzez remixy (Reanimation) kończąc na najnowszej, ostatniej niestety płycie, która jakkolwiek dźwiękowo budzi mieszane uczucia, tak lirycznie jest mistrzostwem. Zresztą od zawsze śpiewałeś dla nas, dla nastolatków, którzy nie potrafili się odnaleźć w świecie dorastania. Twoja energia i Twój głos (którego zasięg pozostanie chyba nieznany, kosmos, stary) podnosiły mnie z łóżka i trudne czasy zmieniały w te mniej trudne, z tym właśnie wsparciem w postaci LP. Oglądanie niezliczonych nagrań z koncertów nigdy się nie nudziło, choć codziennie robiłeś to samo, wkładałeś w to tyle samo serducha i pasji, widać było, że kochałeś swój zawód, swoje powołanie.
Chciałem tu napisać coś więcej, coś podniosłego, szykowałem się do tego długo, siedząc teraz przed klawiaturą słowa gdzieś grzęzną, gdzieś się gubią, nawet przy akompaniamencie wszystkich Twoich piosenek, wszystkich sekund, minut i godzin spędzonych przy tym, co ukształtowało mnie jako osobę i wprowadziło w dorosłość, gdzie zacząłem muzycznie się rozwijać, poszukiwać nowości.
Nigdy nie rozumiałem samobójstwa, zawsze wyobrażałem sobie to jako słabe wyjście z sytuacji. Nigdy jednak nie doszło do mnie to, że ktoś może nie widzieć innego wyjścia. Gdy nie ma innej drogi, a walka wydaje się przegrana, głowa podpowiada tylko jedno... Dziś żegnam Cię (długo się zbierałem, przyznaję) jako przyjaciela, jako kogoś, kto zawsze był u mego boku, niezależnie od momentu w życiu zawsze mogłem na Ciebie liczyć. Pokazałeś, jak trudna jest walka z samym sobą, jak poważną chorobą jest depresja, jak bardzo musimy dbać o swoich bliskich. Ja jednak zapamiętam Cię jako gościa, który pokazał jak ważne jest robić to co się kocha i jaką radość potrafi to dać. Dobranoc...

wtorek, 11 lipca 2017

"Split" (2016), reż. M. Night Shyamalan

Na filmy M. Night Shyamalana czeka się jak na wystrzał w rosyjskiej ruletce. No bo raz będzie pusty magazynek ("Szósty Zmysł"), a innym razem dostaniemy strzał w łeb ("Zdarzenie"). Z jednej strony jego filmy potrafią być niedorzecznie i nieumyślnie zabawne ("Znaki"), co powoduje że nigdy nie będziemy się nudzić. I znowu, Shyamalan zaczął robić nowy film, a my obstawialiśmy, czy tym razem będzie to hit czy najemy się popcornu i pośmiejemy się do rozpuku. Aż do momentu gdy nadciągnął zwiastun. Ze stosownym tym razem ładunkiem dystansu i nabytej po drodze ostrożności, otrzymałem kolejne życiodajne dawki nadziei. Czy w końcu nadszedł czas na tryumf reżyserski człowieka, który nigdy nie przestanie dawać nam rozrywki tak dziś kinu potrzebnej?
Trzy dziewczyny (ich imiona są tak mało ważne w tej historii, że uznać należy to za dziwne) zostają pewnego dnia porwane przez... no właśnie, Dennisa/Orwella/Barry'ego? Przez ich wszystkich, bowiem porywacz cierpi na dysocjacyjne zaburzenie osobowości, w danym momencie kontrolę nad jego mózgiem (czy też "dostęp do światła" jak mawia bohater grany przez Jamesa McAvoya) przejmuje jedna z 23 osobowości. Wszystkie te persony łączy jedna rzecz, wszystkie bowiem wieszczą nadejście 24 jaźni, "Bestii", której boją się wszyscy pozostali. Rozpoczyna się gra o przetrwanie, przypominająca momentami polowanie.

Wyznacznikiem talentu aktora jest m.in. umiejętność zżycia się z graną przez siebie postacią, "wejście" w nią, przeobrażenie się i zrzucenie z siebie osobowości aktora jednocześnie. Co jeśli masz zagrać 9 postaci? Zatrudniasz McAvoya. Gość całkowicie zmiótł wszystkich pozostałych. Dostał niebywale trudne zadanie, epizodyczne wcielenie się w daną postać nie może być łatwe, tym bardziej gdy takie zmiany następują po dwa lub trzy razy w danej scenie. Opiekuńcza Patricia, 9-letni Hedwig, pedantyczny Dennis to tylko trzy z DZIEWIĘCIU odsłon młodego człowieka targanego tym niezwykle trudnym w leczeniu zaburzeniem. Jednocześnie nasuwa się myśl o tym, jak potężnym narzędziem jest ludzki mózg i jak przerażające jest to, że nie do końca możemy kontrolować jego pracę. Split, za pomocą aktora ukazuje zanik osobowości właściwej na rzecz całej sztuki teatralnej, gdzie aktorzy pojawiają się i znikają jak w kalejdoskopie. Tym bardziej na uznanie zasługuje gra aktorska McAvoya. Ktoś może powiedzieć, że to w końcu jego zawód, ja jednak powiem, że jeśli w jednym filmie wierzę w to, że aktor gra pobożną matczyną figurę, żeby za chwilę stać się małym chłopcem, i robi to tak sugestywnie jak gdyby poprzednie wcielenia nie istniały, to wtedy mówimy o pasji. Szkoda, że film reklamował się 23 wcieleniami głównego bohatera, ale rozumiem również jak niemożliwe byłoby to choćby ze względu na scenariusz i długość trwania filmu. Jak dla mnie najlepszą sceną w filmie jest jedna z ostatnich scen rozmowy z psychologiem Dr. Karen Fletcher (Betty Buckley), podczas której ujawnia się jedna z najmocniej dominujących osobowości mężczyzny. Zimne spojrzenie, które przeszywa na wskroś oraz niemal pyszna pewność siebie w głosie tworzą na prawdę niebywałą atmosferę. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo.
Dawno nie oglądałem filmu, w którym narracja jest tak dobrze prowadzona, gdzie postaci pobocznych nie ma zbyt dużo, akcja prowadzona jest dobrym tempem, a zakończenie nie rozczarowuje. Rzekłbym nawet, że takie słodko-gorzkie końcówki są wręcz pożądane przez fanów dobrego suspensu. Nie da się ukryć, że filmowi szkodzi PG-13, które wstrzymało Shyamalana przed mocniejszymi scenami, o które czasem aż się prosi, wtedy atmosfera filmu, ciężka jak cholera, dopasowała by się do efektów wizualnych. Nareszcie główna bohaterka znajduje się gdzieś po środku, nie jest nad wyraz "mądra", czyli nie znajduje wszystkich wskazówek, tak potrzebnych do odzyskania wolności, "bo scenariusz tak chciał". Nie jest też na tyle głupia, żeby wpadać w każdą pułapkę zastawianą przez swojego adwersarza. Zadanie Casey (Anna Taylor-Joy) jest o tyle trudne, że nie ma przecież do czynienia z jednym przeciwnikiem, musi więc znaleźć i wykorzystać słabości każdego z nich, zanim "Bestia" pokaże swoje pazury.
Jeśli chodzi o tę finałową osobowość, to jest w niej coś magnetycznie przerażającego, to coś nie z tego świata, jednocześnie nie sposób oderwać od tego wzrok, żeby zobaczyć czy wypełni swoją misję oczyszczania. Shyamalan fenomenalnie znalazł balans i ekranowy czas dla każdej persony, ta ostatnia zdecydowanie nie rozczarowuje, podkreślę po raz kolejny świetną grę aktorską.
I właśnie o to chodziło, tak trzeba było od początku Panie "Mnajt". Skromna obsada powoduje, że nie jesteśmy co chwilę rozpraszani, spójny scenariusz i gęsta atmosfera trzymają odpowiednio w napięciu, szkoda tylko, że nie udało się stworzyć w pełni filmu dla dorosłych, PG-13 mocno ograniczyło pewnie reżyserowi życie. Niemniej jednak Split jest świetnym filmem, dawno tak dobrze nie bawiłem się podczas seansu.

środa, 31 maja 2017

"Autopsja Jane Doe" ("The Autopsy of Jane Doe"), 2017, reż. André Øvredal

Horror to gatunek filmowy, który najlepiej wiąże się z innymi dziedzinami filmowymi. Czy to komedia, dokument czy najzwyklejszy gorefest, w każdym przypadku można bez problemu wpleść do akcji elementy grozy, bardzo często z korzyścią dla filmu. Łączenie horroru z kryminałem w najlepszym przypadku oznacza rozwiązywanie pewnej zagadki w gęstej atmosferze, przy niepokojących odgłosach wokół nas i uczuciem bycia obserwowanym. Autopsja Jane Doe próbuje właśnie tego, przy czym od razu zarzucić należy pewną niekonsekwencję, o czym za chwilę.
Tommy (Brian Cox) oraz jego syn, Austin (Emile Hirsch) są koronerami, dokonując niezliczonych sekcji zwłok pomagają policji w ustalaniu przyczyn śmierci. Pewnego wieczora Szeryf Burke (Michael McElhatton) przywozi do kostnicy zwłoki młodej kobiety (Olwen Kelly). Wobec braku danych umożliwiających zidentyfikowanie ciała mężczyźni nazywają ją Jane Doe (jest to normalna praktyka w Stanach Zjednoczonych, kiedy nie można uzyskać danych denata, w przypadku mężczyzn nadaje im się przydomek John Doe). Co ciekawe, na ciele kobiety nie widać żadnych znaków przemocy, z zewnątrz zwłoki są w doskonałym stanie, przez co na pierwszy rzut oka niemożliwe wydaje się wskazanie przyczyny śmierci. Niestrudzeni początkowymi trudnościami Tommy i Austin rozpoczynają sekcję, co staje się początkiem serii niewytłumaczalnych wydarzeń.
Niemal rok temu, w recenzji Życia po życiu (Zapraszam tutaj) napisałem, że jest mi niezwykle żal, gdy film o obiecującym zarysie scenariusza zawodzi i pozostawia po sobie drobny niesmak. Niestety podobnie jest tutaj, powiem nawet, że pierwsza połowa filmu przyciąga przed ekran i uruchamia machinę domysłów i teorii na temat tego, kim jest tytułowa Jane Doe, dlaczego trafiła do kostnicy i co się z nią stało. Odkrywając kolejne szczegóły zbrodni jest jeszcze ciekawiej, tajemnicze nacięcia organów wewnętrznych, spalone od wewnątrz płuca i kilka innych szczegółów, których zdradzić chyba nie powinienem, tworzą na prawdę intrygującą potrawę. Także minimalistyczna sceneria musi przypaść do gustu. Podobnie jak w wyżej wspomnianym Życiu po życiu akcja filmu ma miejsce w 90% wyłącznie w kostnicy, w sali autopsji. Spektakl trzech aktorów (no bo nie można nie wspomnieć o Olwen Kelly, która może nie porywa graniem trupa, ale wnosi swoją obecnością element niepokoju) ogląda się bardzo przyjemnie, powoli odkrywane rąbki tajemnicy bardzo dobrze łączą się w całość, a główny twist potrafi zaskoczyć.
Pora więc porozmawiać o drugiej połowie filmu, gdzie wszystko idzie w łeb. Dzięki wprowadzeniu elementów ghost story Autopsja... traci swoją atmosferę, efekty "jumpscare" bardzo mocno psują przyjemność oglądania, dość powiedzieć, że ani trochę nie są zaskakujące, a efekty dźwiękowe będące wyznacznikiem momentu w którym należy wyskoczyć z fotela są wręcz obrazą inteligencji widza. Zabrzmiało to pewnie brutalnie, ale raz, że nie znoszę tych niepotrzebnych bajerów, a dwa, że w takim filmie są one czymś, co nie powinno mieć w ogóle miejsca. Oczywiście, cała tajemnica tożsamości Jane nadal trzyma się całości i moim zdaniem wszystko wygląda całkiem fajnie, jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że reżyserowi w którymś momencie zabrakło pomysłu na atmosferyczny horror.
Co by jednak nie powiedzieć o filmie, warto spędzić 86 minut na seansie. Jest to na prawdę świetnie opowiedziana, bardzo ładnie wyglądająca opowieść, w której brakuje tylko konsekwencji. Cieszy również świadomość, że wśród lasu tandetnych horrorów dla popcornowej publiczności, pojawiają się perełki, które ratują obraz gatunku. Polecam.

czwartek, 2 marca 2017

"Pociąg do Busan" ("Busanhaeng"), 2016, reż. Sang-ho Yeon

Korea Południowa to kraj, który w kinematografii jak mało który potrafi połączyć horror i dramat, czego najlepszym przykładem niech będzie Opowieść o dwóch siostrach. Nie wiem, czy to ja za każdym razem daje się złapać w tę pułapkę czy po prostu oni są w tym tak dobrzy, w każdym razie witam na pokładzie pociągu, ale uważajcie, bo do stacji docelowej daleka droga i tylko od Was zależy czy przeżyjecie. Jaką taktykę przyjmiecie, wygrają najsilniejsi czy może Ci, którzy na pierwszym miejscu stawiają dobro innych? Gdyby w jednym zdaniu podsumować motyw przewodni "Pociągu do Busan", byłbym skłonny postawić taką właśnie tezę.
Archetypy postaci są tu tak znajome, że każdy miłośnik kina grozy może z pamięci wyrecytować o co w tym wszystkim chodzi. Mamy młodego biznesmena, który karierę postawił ponad rodzinę, na czym najbardziej cierpi dziecko. Mamy mięśniaka o złotym sercu. Mamy damy w opałach, których jedynym celem jest panika i krzyki. Mamy starego biznesmena, wypranego z empatii, stawiającego na pierwszym miejscu siebie i tylko siebie, nawet kosztem innych. Mamy parę, której będzie nam bardzo żal (w tym przypadku to siostry, ich wątek jest wspaniały). Młody biznesmen w obliczu zagrożenia życia swojego i bliskich stanie się przykładem męstwa i wzorem do naśladowania, mięśniak poświęci całego siebie żeby ratować to co kocha, stary biznesmen będzie manipulantem i generalnie strasznym skurwysynem, damy w opałach.. cóż, pozostaną damami w opałach.
Po co więc oglądać? Czemu poświęcić, bagatela, dwie godziny naszego czasu, żeby zobaczyć jakiś tam koreański horror? Odpowiedź jest prosta: Jest to najbardziej niezwykły i poruszający obraz od czasu Opowieści o dwóch siostrach. Poruszamy się po kliszach i schematach, mimo to Sang-ho Yeon tak nas prowadzi, że nie zwracamy na to uwagi. Bo czy nie przejmiemy się losem Seok-woo i Soo-an, ich podróży ku pojednaniu i walce o przeżycie? Czy nie chcemy zobaczyć szczęśliwego zakończenia dla Sang-hwa i jego ciężarnej żony, Seong-kyeong? Czy siostry (IMDB mi tutaj nie pomogło, nie podam ich imion) nie zasługują na spokojne dożycie swoich ostatnich dni, razem? Jasna cholera, w życiu nie spodziewałem się, że podczas oglądania horroru łza stanie mi w oku, a jednak finałowa scena jest tak pełna dramaturgii, że nie idzie wytrzymać. Ba, takich momentów jest jeszcze kilka i za każdym razem każe nam się przemyśleć, jak my zachowalibyśmy się w takiej sytuacji.

Strasznie podoba mi się ten pomysł na zombie. Większa część filmu rozgrywa się w pociągu, gdzie nie ma miejsca na manewrowanie, przez co umarlaki nie mogą polegać na dzikim instynkcie. Postawiono tu na mieszaninę czułego słuchu i wzroku. Nie są to jednak niepokonane maszyny, gdyż w ciemności zombie nie są w stanie nic zobaczyć, co kilkukrotnie jest wykorzystane przez naszych bohaterów. W ogóle sceny gdy dokonuje się przemiana są rewelacyjne, aktorzy, których obserwujemy na prawdę pokazują porządny warsztat.
To, co w filmie urzeka najbardziej, to właśnie ludzkie portrety. Ich zachowanie w czasie apokalipsy zombie doskonale odzwierciedla ludzkie stereotypy. Jedni pomagają sobie, swoim ukochanym i każdemu kogo da się uratować, gdy inni uciekną się do manipulacji i poświęcenia jednostki do osiągnięcia własnych celów. Warto tu zwrócić uwagę na świetnie zarysowaną postać antagonisty, którym wbrew pozorom nie są zombie, i o to tu chodziło. Człowiek człowiekowi wilkiem, taką maksymę moglibyśmy przypisać Yon-Suk, staremu biznesmenowi, który najpierw domaga się królewskiego traktowania, a gdy wybucha pandemia, idzie po trupach do celu, byle tylko samemu przeżyć (czyżby ukryta metafora wyścigu szczurów?). Tym bardziej więc doceniamy poświęcenia, których dokonują nasi bohaterowie, tym bardziej kibicujemy jednej z sióstr, która dokonuje karmicznej zemsty w imię wszystkich, którzy nie zasłużyli na zły los.
Oczywiście, żeby uniknąć niedomówień, przestrzegam. Pociąg do Busan trwa bez mała dwie godziny, a podczas pierwszej akcja toczy się powoli, budowany jest świat, postaci i cała otoczka. Tak to zwykle bywa w azjatyckich produkcjach, gdzie duży nacisk położony jest na opowiadaną historię, tak było w Opowieści o dwóch siostrach, tak jest i teraz, wiem że wielu z Was to skutecznie zniechęci. Dla tych jednak, którzy wytrwają i dadzą się porwać, czeka nagroda w postaci świetnego twistu i równie świetnie opowiedzianej historii. Polecam.

niedziela, 7 sierpnia 2016

"Legion Sambojców" ("Suicide Squad"), 2016, reż. David Ayer

Muszę się do czegoś przyznać: pierwszy raz od bardzo dawna napaliłem się na film. Pierwszy raz nie mogłem doczekać się seansu i byłem targany jednocześnie radością, jak i niepewnością związaną z brakiem zdolności do powstrzymania się przed zapoznawaniem się z opiniami innych krytyków, którzy obejrzeli film wcześniej. To dla mnie tak niespotykane, że długo nie mogłem wyjść z szoku. Aż do początku filmu, potem już tylko cieszyłem się jak dziecko.
Przyznać się także powinienem, że główną przyczyną mojego zainteresowanie obrazem był Joker, grany tu przez Jareda Leto, chyba mojego ulubionego człowieka-orkiestry na rynku. Zwiastun, który obejrzałem (jedyny zresztą, nie lubię sobie psuć zabawy pustymi obietnicami), zapowiadał, że Joker będzie jedną z najbardziej interesujących postaci. Po seansie moją uwagę zwróciło to, że większość moich współwidzów rozmawiała wyłącznie o występie Leto. Co jest tym bardziej niespotykane, że Jokera prawie na ekranie nie gościmy. Jeszcze bardziej nie rozumiem, jak można mieć o to pretensje, Joker nie był postacią wokół której kręciła się fabuła (o czym za chwilę), mogę śmiało wręcz stwierdzić, że znajdował się tam na doczepkę. Cholernie ważną doczepkę, inaczej moglibyśmy nie zdać sobie sprawy z relacji łączących szaleńca z Harely Quinn i stopnia oddania, którym oboje się darzą. Dobrze wiemy, jak dziwny jest związek tych postaci, w tym filmie bardzo fajnie zaznaczono, jak daleko są w stanie się dla siebie posunąć, bez cienia egoizmu, w szaleńczym tańcu miłosnym. Jared Leto wykonał doskonałą robotę, jego Joker jest absolutnie nienormalny, nigdy nie wiadomo kiedy mu odbije, to jeden z powodów dla którego postaci tej można się wręcz bać. Śmiech, który nie wszyscy lubią, wydał mi się idealnym zwieńczeniem charakterystyki postaci, jest to nie tyle śmiech radosny, o ile szaleńczy i niesamowicie niepokojący.

A jak przedstawia się historia i reszta postaci w filmie? Zacznijmy od historii, która do skomplikowanych raczej nie należy. No bo mamy tu starożytne zło, tymczasowo pod kontrolą Amandy Waller (Viola Davis), szefowej projektu Task Force X. Projektu, który zakłada stworzenie oddziału superzłoczyńców, którzy będą mieli za zadanie zniszczyć ww zło. Zło pod postacią Wiedźmy (znanej tu i ówdzie jako Enchantress), która zamierza stworzyć broń niszczącą wszystkich ludzi. Wiedźma wchodzi w posiadanie ciała June Moore (Cara Delevingne) i mimo interwencji pani Waller (która posiada jej serce a.k.a "ten artefakt, którego potrzebuje ten zły") oraz jej ukochanego, Ricka Flaga (Joel Kinnaman), zaczyna siać chaos w Midway City. I tu do gry wchodzą nasi bohaterowie: wspomniany już Rick, Deadshot (Will Smitch), Harley Quinn (Margot Robbie), Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje), Kapitan Boomerang (Jai Courtney), El Diablo (Jay Hernandez) oraz Slipknot (Adam Beach), który jednak ginie zaraz na początku akcji, więc nie będzie istotny. Do pomocy Rickowi przydzielona zostaje tajemnicza Katana (Karen Fukuhara), która ma chronić żołnierza przed złoczyńcami. Dodatkowo w ich szyjach zamontowany jest mini ładunek wybuchowy, więc nie mają oni wyjścia i posłusznie ruszają do wykonania zadania.
Widzimy więc, że fabuła nie jest zbyt trudna do ogarnięcia i dzięki bogom Hollywood za to, że nie próbowali zbytnio odchodzić od tematu, tylko dali postaciom mnóstwo pola do zabawy. Show zdecydowanie kradnie Harley. Występ Margot Robbie był wspaniały, strasznie zabawny i w pewnym sensie uroczy. Szaleństwo można pokazać na różne sposoby, tutaj zobaczyliśmy jak bardzo rozrywkowi mogą być pomyleńcy. Harley rzuca one-linerami na lewo i prawo, co tylko dodaje jej uroku. Jednocześnie nie pozwala zapominać jak niebezpieczna potrafi być, gdy dostanie na to szansę. Z drugiej strony jej absolutne oddanie Jokerowi owocuje kilkoma na prawdę fajnymi scenami (można by tu pobawić się w analizę postaci pod kątem Syndromu Sztokholmskiego, ale zepsułoby to całą radość), w których doskonale widać chemię między postaciami.
Kroku dotrzymuje Deadshot. Will Smith zagrał postać płatnego zabójcy ponad wszystko kochającego swoją córkę. Nawet Batman nie jest dla niego powodem, dla którego chciałby się z nią rozstać. Jego znakiem firmowym jest 100% skuteczność, jeden strzał to jeden trup, zawsze i wszędzie. Jedną z moich ulubionych scen w filmie jest ta, gdy nasz oddział po raz pierwszy spotyka żołnierzy Wiedźmy. Wtedy Deadshot staje na dachu samochodu i jak rasowy badass likwiduje wrogów jednego po drugim. W strugach deszczu. Przy akompaniamencie orkiestry. To jest właśnie ten moment, po którym chciałem wstać i krzyknąć "FUCK YEAH!", tyle radochy dało mi te kilkanaście sekund.
Jedną z moich ulubionych postaci w filmie jest Amanda Waller. Szefowa pełną gębą, nie boi się nikogo, jest twarda jak stal, ma pełną kontrolę nad swoim projektem i "podopiecznymi", którym potrafi nawet grozić, gdy zachodzi taka potrzeba. Pozbędzie się także każdego, kto jest niepowołany do posiadania wiedzy o Task Force X i oprócz finału to na prawdę się sprawdza, bo w pewnym momencie wszystko się sypie i to Legion zaczyna przejmować akcję. Reszta postaci.. cóż, gdzieś tam jest, można by jeszcze parę słów powiedzieć o Boomerang'u, którego cięty język i wieczne kombinowanie sprawia, że nie da się go nie lubić.
Jednak cały ten pomysł z wiedźmą wydaje mi się dodany odrobinę na siłę, tak żeby wepchnąć gdzieś w scenariusz wątek nadnaturalny, w tym wypadku tego przedwiecznego zła, które trzeba zlikwidować. Cara Delevingne ze swojej roli wywiązała się poprawnie, jednak dla mnie sama jej postać jest trochę zbyt wtopiona w tło. W pewnym momencie dochodzi do śmieszności w stylu "Ostatni Boss, który ma swojego super silnego pomocnika, musi przygotować jakiś tam artefakt, no ale musi go przecież naładować jakimś-tam-czymś-tam". Co sprowadza się głównie do podniesienia rąk i kręcenia bioderkami. Nie jest to w żaden sposób przekonujące, czy też nie wywołuje we mnie poczucia zagrożenia dla świata przedstawionego. Mogę za to powiedzieć, że pojedynek 5vs1, którym zostajemy uraczeni, wygląda bardzo fajnie. A raczej wyglądałby, gdyby nie ta dziwna cecha twórców współczesnego kina akcji do maksymalnego utrudnienia widzialności rzeczonej akcji. Chodzi mi o to, że jak już dostajemy scenę, to kamera wykonuje tak dziwne ruchy, jak gdyby gdzieś brakło statywu, a kamerzysta był absolutnie nawalony. Szkoda, bo to co można było zobaczyć robiło wrażenie.
Ścieżka dźwiękowa jest na prawdę fajna, składa się zarówno ze znanych szerokiej publiczności utworów, jak i z podkładu orkiestrowego, który robi świetną atmosferę, najbardziej w scenach akcji, gdzie poziom adrenaliny podnosi się od samego słuchania. Film wygląda również bardzo ładnie, czuć niemal w każdej scenie komiksowy powiew i może dlatego Legion Samobójców tak bardzo się podoba. Humor również jest na wysokim poziomie, może dzięki tym one-linerom, których ilość przekracza wszystkie normy. Nie da się jednak odczuć, że taki właśnie był zamiar, dać ludziom film, który nie traktuje całego uniwersum tak bardzo serio, przy którym można po prostu się rozerwać, trochę pośmiać oraz trochę zastanowić nad motywacją bohaterów.
Dlatego tak bardzo podobają mi się krótkie, acz treściwe rozwinięcia postaci Deadshota i Harley. Chciałbym bardzo zobaczyć osobny film, w którym wystąpią wspomniane osoby, posypane nutką Jokera, bez którego taki film nie będzie udany. Legion Samobójców zdecydowanie jest czymś, na co warto wydać pieniądze. Dwie godziny czystej zabawy, która przypomina jazdę kolejką górską, po wszystkim czujemy zmęczenie, ale jesteśmy zadowoleni z całego przeżycia. Polecam.