piątek, 8 lipca 2016

"The Boy" (2016), reż. William Brent Bell

Zdaje się, że zacząłem jakiś nieszczęsny cykl rozczarowań, wszedłem na ścieżkę samozniszczenia przez zawiedzione oczekiwania. The Boy nie miał jakiegoś szczególnego potencjału, ot kolejny film, który w jakiś sposób spowodował ekscytację wśród tłumu. Tak swoją drogą, to kto normalny boi się lalek? No miejcie litość, to już trzeba na prawdę się postarać, żeby odczuwać jakąkolwiek, śladową nawet ilość niepokoju na widok kompletnie nieruchomego przedmiotu. Ktoś może mi zarzucić, że przecież powstają filmy o nawiedzonych domach, że to to samo, tylko na większą skalę. Litości...
Wracając do tematu, dzisiejsze dzieło zostało popełnione przez Williama Brenta Bella, którego filmografia nie dość, że nie jest nazbyt bogata, to i oscyluje gdzieś wokół bycia takim sobie średniakiem. To jest dopiero powód do obaw. Ale, ale, nie uprzedzajmy się. O czym więc jest The Boy?

Greta, młoda amerykanka, przyjmuje propozycję pracy w ogromnym domu w spokojnej, wiejskiej okolicy w Wielkiej Brytanii. Ma opiekować się dzieckiem państwa Heelshire, Brahms'em. Na miejscu Greta dowiaduje się, iż Brahms jest... lalką. Młoda kobieta otrzymuje listę zasad i plan dnia syna starszych państwa. Jak każda normalna osoba, Greta uznaje to za niegroźne dziwactwo i przyjmuje pracę. Od początku nie przestrzega zasad wyznaczonych przez Heelshire'ów (co też każda NORMALNA osoba by zrobiła...ekhm). Niedługo też zaczyna dochodzić do dziwnych wydarzeń, po których Greta zacznie się zastanawiać czy Brahms nie jest faktycznie żywym dzieckiem...
Brzmi sztampowo, ale nawet ze sztampy można coś uciułać, wystarczy odrobina cierpliwości i wyobraźni. Niestety, nawet wspaniała sceneria filmu nie uratuje przed nudą wiejącą z ekranu. Tu powraca moje pytanie z początku tekstu: No kto na prawdę boi się lalek? W filmie nie dzieje się nic, co chociaż przez chwilę zbijałoby widza z tropu. Ot, kolejny obraz o nawiedzonym przedmiocie. Ale tu, drodzy państwo, nasz reżyser wkracza z buta i rozwala nam całkowicie jakąkolwiek koncepcję. Aż żal, że nie mogę Wam zdradzić głównego twistu fabularnego, jest on jednak najzwyczajniej w świecie GŁUPI. Po prostu, czysta i niefiltrowana głupota. Ta historia mogłaby potoczyć się w zupełnie innym kierunku, można by nawet podciągnąć motyw zrozpaczonych rodziców, przecież nie raz widzi się ludzi przenoszących uczucia, które żywili do nieżyjących krewnych, na zwierzęta czy przedmioty, które się z nimi kojarzą. Pan Bell jednak stwierdził, że takie rozwiązanie mu nie pasuje i kompletnie rozwalił swój film, niestety. Najgorsze jest to, że The Boy trwa 97 minut, o co najmniej 15 za długo. Nie ma tu tajemnicy, to znaczy jest, ale całkowicie traci ona na znaczeniu na rzecz papki umysłowej. To, że nikt nie potrafi przewidzieć Twojego twistu, nie znaczy, że jest on tak genialny.
Czy The Boy miał potencjał stać się filmem wyjątkowym? Nie. Jest to rozczarowanie innego rodzaju. Zamiast przesiedzieć 90 minut przy nie najgorszej historii, przeżyłem 97 minut, gdzie podczas finałowych piętnastu zaczynałem tracić wiarę w mainstreamowy horror. Cóż, czas chyba poszukać gdzie indziej.

środa, 29 czerwca 2016

"Życie po życiu" ("After.Life"), 2009, reż. Agnieszka Wójtowicz-Vosloo

Ach, jakże miło powrócić do tego, co się uwielbia. Nie ma nic przyjemniejszego, aniżeli porządnie się rozczarować, prawda? Filmy, które dużo sobą obiecują, powinny zajmować osobną sekcję w każdym sklepie, na każdej stronie internetowej, ba, na prywatnych seansach powinno ostrzegać się współwidzów: Spokojnie, to nie tak jak myślicie . Z drugiej jednak strony, czyż nie łatwiej (patrząc z perspektywy reżysera) iść na fabularną łatwiznę? Nie trzeba odbywać tych wszystkich zagmatwanych dyskusji o zawiłościach scenariusza, serwujemy filmowy fast food, tu nie ma miejsca na przyjemności. A nawet jeśli jest, to dość szybko widzowi się to odbije.
Do czego piję? Życie po życiu ma bardzo obiecujący zarys. Otóż Anna (w tej roli Christina Ricci) ulega wypadkowi samochodowemu, w którym traci przytomność. Budzi się w zakładzie pogrzebowym prowadzonym przez Eliota Deacona (Liam Neeson). Eliot informuje Annę, że ta zmarła w wypadku, a zadaniem mężczyzny jest przygotowanie jej do przejścia do następnego życia (życia po życiu? Spryyyyytne). Kobieta nie wierzy w to, co słyszy, rozpoczyna się więc gra, z pozoru przynajmniej intrygująca.

Dla pani Wójtowicz-Vosloo jest to pełnometrażowy debiut, i to dość późny, ponieważ ostatnie swoje dzieło wydała na świat aż 8 lat temu (do tego była to krótkometrażówka). Nie stała jednak na straconej pozycji. Christina Ricci, Liam Neeson i Justin Long to niemal gwarant sukcesu. O ile nie da im się do pracy tak biednego i oklepanego scenariusza. A szkoda, spodziewałem się raczej dialogu pomiędzy Anną a Eliotem, czegoś w rodzaju metafizycznej rozmowy z delikatną otoczką horroru. Któż bowiem nie boi się tego, że zamiast trafić do nieba/piekła/następnego życia, trafi na stół w zakładzie pogrzebowym w sytuacji bez wyjścia, gdyż trzeba pogodzić się z własną śmiercią, wziąć ją w ramiona i zaakceptować. Zamiast ambitnego podejścia do tematu mamy tu standardowy motyw seryjnego mordercy i jego gry z ofiarą. Eliot co raz dosadniej uświadamia Annie, iż ta rzeczywiście nie żyje, a to że mężczyzna rozmawia ze zmarłymi jest jego nadnaturalną umiejętnością. I choć z początku Anna kompletnie nie wierzy w to co się dzieje, to z czasem zaczyna docierać do niej możliwość faktycznego zejścia z tego świata.
Jakkolwiek nie rozmawiać, czy też nie pisać, o tym filmie, w zasadzie nie da się go zaspoilerować w żaden sposób, gdyż film przez cały 104-minutowy czas trwania nie próbuje ani na chwilę nas zwieść, nie ma tu miejsca na domysły, od początku wiadomo, co i jak oraz, co najgorsze, co będzie dalej się działo. After.Life jest tak przewidywalny, że daję Wam 10 minut zanim rozgryziecie zagadkę podaną przez reżyserkę (oraz scenarzystkę przy okazji). A szkoda, bo obraz nie jest pozbawiony zalet. Podoba mi się pewien minimalizm scenograficzny, zwłaszcza w scenach konfrontacji Anny z Eliotem. Liam Neeson jest idealnym wyborem do roli przedsiębiorcy pogrzebowego/seryjnego mordercy. Zimny i niezwykle skrupulatny ani na chwilę nie poddaje się panice, na chłodno analizuje każdy moment pojedynku ze swoim przeciwnikiem. Christina Ricci również profesjonalnie podeszła do swojej roli, widać, że współpraca pomiędzy tymi aktorami układała się nadzwyczaj dobrze. Bardzo fajnie wypada zarówno Chandler Canterbury, jak i jego postać, a zwłaszcza motyw symbolicznego przekazania pałeczki przez Eliota. Ale to wszystko, jeśli chodzi o dobre strony. Postać Justina Longa jest sztampowa do bólu, więc i sam Long nie mógł z tego zbyt wiele wycisnąć. Całe szczęście, że After.Life nie sili się na niepotrzebne straszaki, przyznać trzeba (z żalem i cieniem radości jednocześnie), że fabuła prowadzona jest płynnie, tempo filmu jest rozsądne, jak na jego tematykę.
Dlatego właśnie tak bardzo jest mi żal, że szansa na porządny, psychologiczny film została tak boleśnie zaprzepaszczona. After.Life jest filmem średnim, niczym się nie wyróżnia i rozczarowuje. Szkoda również, że nie udało się przełamać fatum, które ciąży nad horrorem, który obecnie ani nie straszy, ani nie proponuje widzowi czegoś nowego, żeby sama myśl o temacie podejmowanym przez twórcę wywołała dreszcz emocji. No, przynajmniej nie odwala takiej głupoty, jaką zrobił The Boy
Do następnego.

wtorek, 29 marca 2016

"Silent Hill 2" (2001), Team Silent, Konami

In my restless dreams, I see that town. Silent Hill. You promised me you'd take me there again someday. But you never did. Well, I'm alone there now... In our 'special place'... Waiting for you... Waiting for you to come to see me. But you never do. And so I wait, wrapped in my cocoon of pain and loneliness. I know I've done a terrible thing to you. Something you'll never forgive me for. I wish I could change that, but I can't. I feel so pathetic and ugly laying here, waiting for you... Every day I stare up at the cracks in the ceiling and all I can think about is how unfair it all is... The doctor came today. He told me I could go home for a short stay. It’s not that I'm getting better. It’s just that this may be my last chance... I think you know what I mean... Even so, I'm glad to be coming home. I've missed you terribly. But I'm afraid, James. I'm afraid you don't really want me to come home. Whenever you come see me, I can tell how hard it is on you... I don't know if you hate me or pity me... Or maybe I just disgust you... I'm sorry about that. When I first learned that I was going to die, I just didn't want to accept it. I was so angry all the time and I struck out at everyone I loved most. Especially you, James. That's why I understand if you do hate me. But I want you to know this, James. I'll always love you. Even though our life together had to end like this, I still wouldn't trade it for the world. We had some wonderful years together. Well, this letter has gone on too long, so I'll say goodbye. I told the nurse to give this to you after I'm gone. That means that as you read this, I'm already dead. I can't tell you to remember me, but I can't bear for you to forget me. These last few years since I became ill... I'm so sorry for what I did to you, did to us... You've given me so much and I haven't been able to return a single thing. That's why I want you to live for yourself now. Do what's best for you, James. James... You made me happy.

Tak właśnie zaczyna się historia Jamesa Sunderlanda, a także historia wielu z nas, pasjonatów horroru, tak zaczęła się historia w Silent Hill 2. Ten list jest przyczyną przyjazdu głównego bohatera gry do miasteczka. I wszystko wydawałoby się w porządku gdyby nie to, że Mary, żona Jamesa, w momencie gdy ten czyta list, nie żyje od 3 lat. Czemu więc James przybywa do Silent Hill? Przez najbliższe godziny przekonamy się o tym, czym jest miłość i jak daleka droga prowadzi do odkupienia. Co najważniejsze jednak, przekonamy się, jakie koszmary czają się w ludzkim umyśle. Bo Silent Hill jest miastem wyjątkowym.

Od dawna wiadomo, że Silent Hill pełni funkcję czyśćca, miejsca do którego trafia się, aby odcierpieć grzechy przeszłości i zmierzyć się z demonami swojego umysłu. Ale nigdy SH nie dotykało tych problemów tak dogłębnie, można nawet powiedzieć, że osobiście. Każde miejsce ma swoje znaczenie, każdy potwór którego napotyka James, reprezentuje co innego, bardzo znaczącego dla jego czynów. Nie tylko jednak dla niego, ponieważ napotkana zaraz na początku drogi Angela Orosco również boryka się z trudną przeszłością, która zamelduje się po nią w jednym ze starć, w jednym z setek pokojów, w jednej z godzin spędzonych w Silent Hill. Symbolika w tej grze jest bardzo ważna i wszechobecna, to ona napędza fabułę, zwodzi gracza, jednocześnie co raz mocniej go wciągając. Śmiem twierdzić, że właśnie Silent Hill 2 jest horrorem definitywnym, ponieważ dotyka gracza na wszystkich dostępnych poziomach poznawczych i pozostawia po sobie niezaparte wrażenie na długi czas. Porozmawiajmy więc, żebym nie rzucał słów na wiatr, akurat ten przypadek wart jest obrony.

Grafikę możemy podzielić na dwa poziomy: po pierwsze gra jest ładna, wyzwala moc PS2 jeśli nie w pełnej krasie (wystarczy spojrzeć na to, co wyczyniały kolejne Final Fantasy), to zdecydowanie na tyle, żeby móc wejść w atmosferę miasteczka. Po drugie, i to chyba jest najważniejsze, Silent Hill 2 jest szare, jak depresja, i taki nastrój wywołuje gra. Stonowany, ale wybijający się nastrój depresji pojawia się od początku, w końcu przyjeżdżamy do Silent Hill za swoją zmarłą żoną, gonimy za czymś co nie ma prawa się wydarzyć. Potem ciemne jak noc korytarze, które oświetla jedynie wątłe światło naszej latarki bądź też ekran włączonego telewizora. To właśnie ten mrok kreuje strach, który nie odpuści nam już do końca. Wreszcie Otherworld. Świat usiany rdzą i metalem, krwią i brudem, świat brutalny i bezlitosny, ale świat w którym odnajdziemy prawdę. Doprawdy, nie ma chyba miejsca w wirtualnych uniwersach, w których bardziej nie chciałoby się być. Nie pomaga wcale fakt, że Otherworld kreowany jest na miarę naszych najgorszych snów i win. Pierwszym z brzegu przykładem jest choćby pierwszy napotkany potwór, nazwany Lying Figure. Widać w nim pacjenta w agonii, co ma symbolizować wewnętrzne cierpienia Jamesa, który bardzo długo obserwował cierpienia swojej umierającej żony, Mary. Takimi smaczkami usiana jest gra, to one właśnie tworzą jej niepowtarzalny klimat, to one również ujawniają nam (ze zdecydowaną pomocą Wiki dostępnej pod TYM adresem) prawdziwą motywację Jamesa (co zaczynamy składać do kupy w jednej z najbardziej ryjących banię scen w historii, podczas oglądania pewnej historii).
Dźwięk. Cóż może bardziej straszyć niż chodzenie ciemnym i przyprawiającym o dreszcze korytarzem niż jego nieskończona ciemność? Cisza. Cisza, którą przerywają jedynie kroki nadchodzącego stwora. Ale przed tym włosy na głowie jeży radio. To cholerne radio, kiedy jedynym pytaniem jest "Gdzie do cholery jest ta maszkara?" albo "Czy to ON? Niech to nie będzie ON", radio odgrywające jedynie odgłos zakłóceń, co zwiastuje pojawienie się monstrum. Znamienna jest scena, w której zasłyszawszy znajomy dźwięk powoli posuwamy się naprzód. Bardzo powoli, albowiem jesteśmy w ciasnym korytarzu w hotelu. Jeszcze bardziej powoli, ponieważ dźwięk się nasila. I wtedy stajemy twarzą twarz z NIM. Z Piramidogłowym. Z Sędzią i Katem. W jednej z najbardziej ikonicznych scen w grze po prostu stoimy i wpatrujemy się w to monstrum, które jest symbolem naszych frustracji (w końcu James obserwował bezczynnie, jak jego żona umierała, nie mógł zrobić nic, nie otrzymywał miłości, sam nie był w stanie jej oddać), manifestacją poczucia winy po śmierci Mary.
O fabule nie opowiem, wystarczająco dużo zdołałem już zdradzić. Warto jednak zagrać i doświadczyć tego, co James. Potem warto wejść na Wiki, a potem jeszcze raz zagrać, tym razem z pełnym zrozumieniem. Bardzo mało jest bowiem takich produkcji, w każdym dostępnym medium, które z jednej strony potrafiłyby wywołać niczym nie wytłumaczony strach przed naszym własnym umysłem. Bardzo mało również jest takich dzieł sztuki (bo wątpię, aby znalazł się ktokolwiek, kto byłby w stanie zaprzeczyć tej tezie), które zarówno opowiadałyby, jak i wywoływałyby tak depresyjny nastrój. Odbywając tę podróż przeżywamy swoiste katharsis, które jednak nie pozostawi czystego sumienia, ten rachunek wyjdzie raczej in minus.
Dlaczego piszę właśnie o tym? Czy związek z tym ma to, że jest to mój 50 tekst tutaj? Nie wiem, może coś w tym jest. Myślę jednak, że każdy z nas ma taki tytuł, który tkwi w naszych głowach, który zaognił nasze pasje i który popchnął nas w pewnym kierunku. Tak właśnie jest ze mną, obok Ju-On 2 to właśnie Silent Hill 2 jest przyczynkiem całego tego pisania. To własnie dzięki temu jestem w tym miejscu, pisząc ten tekst. Wreszcie, to dzięki uniwersum SH przyszła ta niezłamana pasja i chęć, żeby badać i drążyć temat, żeby ciągle uczyć się czegoś nowego o gatunku, który dał mi już tak wiele. Zapoznajcie się z tą grą, a poznacie jak to jest bać się swojego umysłu. Serdecznie polecam.


piątek, 25 marca 2016

"American Horror Story" (2011- ), reż. Ryan Murphy, Brad Falchuk, sezon piąty: Hotel

Wreszcie, bez wyrzutów sumienia mogę powiedzieć, że American Horror Story sprostało zadaniu i stworzyło dobrą, wciągającą i, co chyba najważniejsze, całkowicie spełniającą wymagania historię. Od razu można powiedzieć, że wszystkie wątki fabularne zostały zamknięte, w końcu nie pozostawiono żadnych wątpliwości czy otwartych drzwi, więc w tym punkcie zrobiono ogromny postęp w stosunku do poprzednich sezonów. Czy reszta dotrzymuje kroku? Czy natrafiłem na najlepszy sezon AHS? Cóż...
Witamy w hotelu Cortez, postawionym przez pana Jamesa Marcha (Evan Peters powraca w glorii i chwale), prowadzonym przez Hrabinę (Lady Gaga), która dba o to, abyście bawili się tu jak najlepiej i zostali jak najdłużej.. na noc.. na weekend.. na zawsze.. Oczywiście wątek wampiryczny jest tu jak najbardziej in plus, ale American Horror Story nie byłoby sobą, gdyby nie wprowadziło innych wątków. Mamy więc kochanków i rywali Hrabiny, mamy śledztwo w sprawie brutalnych morderstw Mordercy od Dziesięciu Przykazań prowadzone przez niekoniecznie stabilnego psychicznie detektywa John'a Lowe (Wes Bentley), no i wreszcie dylematy oraz problemy Liz Taylor (Denis O'Hare) i Iris (Kathy Bates), które walczą o odzyskanie (lub zyskanie w przypadku Liz) synowskiej miłości. Warto zaznaczyć w tym punkcie, że nikt nie pozostaje tu bierny, w pewnym momencie pewne osoby biorą sprawy we własne ręce i jest to wspaniałe, nareszcie w AHS zakończyła się instytucja ofiar losu, które tylko przyjmują kolejne ciosy. Ale po kolei...

Och, jakież to wszystko wciągające, wnętrza hotelu są straszliwie intrygujące, niekończące się, deliryczne korytarze robią niesamowite wrażenie, wampiry są cudowne, erotycznie pociągające, ale bezlitosne dla swoich ofiar i wrogów. Bałem się o Lady Gagę, jakkolwiek dobrą jest artystką i showmanką, obawiałem sie jej umiejętności aktorskich. Całkowicie niepotrzebnie, Gaga odwaliła kawał dobrej roboty (nie dziwi więc informacja o tym, że Lady Gaga powróci w sezonie szóstym, którego premiera planowana jest na wrzesień), stworzyła niezwykle pociągającą postać, z pozoru wampira bez uczuć, potrafiącego jednak walczyć o swoje. Jednocześnie Hrabina żąda absolutnego posłuszeństwa i nie pozwala, aby ktokolwiek wszedł jej w drogę, o czym przekona się, chociażby Liz (jak raz nie warto spoilerować, na prawdę warto śledzić ten sezon).
No właśnie, Liz to chyba najsympatyczniejsza postać całego sezonu. Nie da się tej postaci nie lubić, nie współczuć i nie przeżywać tego, co ona. Nie przeszkadza w ogóle fakt, że jest transwestytą, wręcz przeciwnie, tym bardziej kibicujemy jej poczynaniom i przyznam, że z całego Hotelu to właśnie Liz najbardziej zapadłaby mi w pamięć, gdyby nie on...
James March, grany przez Evana Petersa, jest najbardziej charyzmatyczną postacią całego piątego sezonu. To on prowadzi całą duchową gromadę (wśród których królują najbardziej znani seryjni mordercy w historii USA, w tym nawet Ted Bundy), to on wreszcie jest szefem ciemnej strony hotelu Cortez. Evan Peters znów jest wspaniały, po nieudanym Freak Show dostał rolę idealną dla siebie, jest kompletnym psycholem, ale także artystą w swoim fachu, pierwotnym Mordercą od Dziesięciu Przykazań. W ogóle sam wątek tego seryjnego mordercy oraz jego spadkobiercy jest świetnie napisany, twist który pojawia się w drugiej części sezonu doskonale wpasowuje się w trybiki tej machiny fabularnej i stanowi bodaj pierwszy satysfakcjonujący wątek poboczny w całym AHS. Szkoda, że nie mogę Wam o nim całkowicie opowiedzieć, nie czułem się tak dobrze oglądając ekranowe wydarzenia od dawna. Sarah Paulson również powraca do serialu, tym razem jako psychopatyczna i uzależniona od narkotyków Sally, która zakochuje się w detektywie Lowe i nie odpuści nikomu, kto wejdzie jej w drogę, podążając w ślad maksymy "jeśli ja nie będę go mieć, to nikt nie będzie go miał". Jest także Finn Witrock jako Tristan, odtrącony kochanek Hrabiny, który znajduje pocieszenie i miłość w ramionach Liz. Wszystko się zazębia, aktorzy współpracują ze sobą doskonale i wydaje się, że bardzo dobrze bawią się na planie.
Wydaje mi się jednak, że hotel Cortez mógłby być odrobinę żywszym miejscem. Odnosiłem czasem wrażenie, że akcja stoi w miejscu, że nic nie popycha wydarzeń do przodu i dzieją się rzeczy raczej mało znaczące. Jest to w zasadzie jedyne zastrzeżenie, jakie chciałbym zaznaczyć, jednocześnie mając oczywiście w pamięci to, że ciężko jest oczekiwać od 12-odcinkowego serialu wartkiej i zapierającej dech w piersiach akcji. Można również powiedzieć, że nie ma idealnego sezonu AHS i również będzie to prawdą. Czy nie warto jednak oczekiwać ideału? Czy nie warto wymagać od twórców całkowitego zaangażowania i wykorzystania 100% swojego talentu? Panowie Murphy i Falchuk już udowodnili, że ten talent posiadają, lecz nie potrafią tego rozciągnąć na całe sezony. Szkoda, że piąty sezon nie zmienił tego trendu. Niemniej jednak jest to sezon fantastyczny, z niesamowitą atmosferą i znakomitymi postaciami. Gdyby nie to, że oglądałem odcinki w dniu ich premiery, cały sezon połknąłbym pewnie w dwie czy trzy noce, bo warto się czasem nie wyspać :) Zdecydowanie polecam.

wtorek, 8 marca 2016

"That Dragon, Cancer"

In Memoriam. Ku pamięci. Tymi słowami oddajemy cześć tym, którzy odeszli. Nie chcemy, żeby ich życie poszło w zapomnienie, jednocześnie pragniemy pokazać jak ważna była dla nas osoba zmarła. Poprzez pieśni, wiersze, prozę czy jakąkolwiek inną formę sztuki wpisujemy je na karty historii, najważniejszym jednak jest czynnik swoistego katharsis, duchowego oczyszczenia i ukojenia w żałobie. That Dragon, Cancer jest epitafium dla małego Joela, jest jednocześnie świadectwem jego długiej i trudnej walki z rakiem.

Narrację prowadzi tu ojciec Joela, który od razu wprowadza nas w sytuację. Gdyby narracja nie wystarczyła, dostajemy scenę w klinice, gdzie doktor tłumaczy rodzinie Greenów, co dzieje się z ich synem i jak tragiczna jest prognoza. Od tej pory rozpoczyna się podróż. Podróż długa i trudna, ale pokazująca jednocześnie w sposób idealny tzw. pięć stadiów akceptacji śmierci: zaprzeczenie, gniew, negocjacje, depresja, akceptacja. Początkowo rodzice chłopca są pełni energii, wierzą, że tę walkę da się wygrać, i że ich syn będzie jeszcze zdrowy i wolny od szpitali, lekarstw, bólu i samotności. Joel ma tylko rodziców, ale to właśnie oni są jego całym światem, robią absolutnie wszystko, aby ich potomek był jak najbliżej normalnego dzieciństwa, pozbawionego nieustannej walki i terapii.
Ciekawym zabiegiem jest pozbawienie postaci w grze twarzy. Absolutnie nie ujmuje to intensywności i emocjonalności widowiska, wręcz przeciwnie, uczestnik (specjalnie unikam tu określenia "gracz" lub "widz", z racji pewnej biernej interaktywności z jaką mamy do czynienia) jeszcze bardziej zżywa się z "aktorami" dzięki identyfikacji być może z własnymi tragediami. Jestem bowiem przekonany, że duża część z Nas mogłaby opowiedzieć podobną historię o bliskim, który stoczył tę nierówną walkę. I to jest właśnie to, dzięki czemu That Dragon, Cancer trafia w sedno, jako jeden z niewielu "Symulatorów chodzenia" potrafi wciągnąć wszystkich i poruszyć do głębi. Sceny, które ja zapamiętam najbardziej to rzecz jasna ta w szpitalu; poczynając od pokazania co dzieję się podczas jednej z nieprzespanych nocy, gdy Joel niemiłosiernie cierpi z powodu choroby, a kończąc na poruszaniu się w labiryncie pocztówek, kartek, które oddają świadectwo innych, tych którzy również stracili bliskich, widzimy jak wiele bólu przynosi walka z chorobą, gdy nadzieja przeradza się w rozpacz.
Scena, która najlepiej oddaje treść tego doświadczenia, to długi rozdział, w którym ojciec tonie. Mama Joela daje swojemu dziecku komfort, bezpiecznie przewożąc go w łódce, tymczasem tata poddaje się rozpaczy, pojawiają się wątpliwości, zmęczenie i rezygnacja, czwarte stadium umierania, depresja. Listy, które zbieramy po drodze, pokazują jednak, jak wielkimi emocjami targana jest matka Joela, jak szuka swojej drogi w życiu, wreszcie jak radzi sobie z tym ogromnym ciężarem, wreszcie zawierza swoje troski Bogu, co jest jej lekarstwem, powoli kojącym ból, jakiego doświadcza.
Chciałbym powiedzieć więcej, opisać każdy zakątek tego, co widziałem. Myślę jednak, że każdy powinien doświadczyć tego sam, przeżyć tę podróż razem z rodzicami Joela. Ogromną zaletą tej produkcji jest fakt, że That Dragon, Cancer absolutnie nie gra na naszych emocjach. Jest to wzruszający i intymny list miłosny, jednocześnie będący świadectwem i reprezentantem tych, którzy podjęli walkę oraz ich bliskich. Warto zapoznać się z tym tytułem, myślę, że będzie to zastrzyk energii dla tych, którzy są w podobnej sytuacji. Polecam.