czwartek, 8 października 2015

"Nocny pociąg z mięsem" ("The Midnight Meat Train"), 2008, reż. Ryuhei Kitamura

Na początku chciałbym zaznaczyć, iż także jestem głęboko zażenowany hasłami na tym plakacie.. "Taką rzeźnią jeszcze nie jechałeś", geez...

Tak czy inaczej, lubię gdy horror nie stara się na siłę opowiedzieć jakiejś wysublimowanej historii, wprowadzić widza w labirynty scenariusza, czy też zrobić z jego mózgu papkę (nomen omen). Gdy film łapie Cię za rączkę i prowadzi do finału bez przeszkód, można wygodnie zasiąść w fotelu i po prostu obejrzeć dobry slasher. "Nocny pociąg z mięsem" wprawdzie wali na koniec obuchem przez łeb, ale do tego jeszcze dojdziemy. Młody, aczkolwiek nie najgorzej radzący sobie w branży Ryuhei Kitamura wziął bardzo fajną obsadę (Vinnie Jones, Bradley Cooper) i zrobił właśnie taki sobie niezbyt skomplikowany film. O czym?

Leon jest fotografem próbującym uchwycić "serce" miasta, czyli nie to co widuje się na pocztówkach, a zwykłe, szare życie szarych ludzi w szarych murach. Nie wystarcza to jednak, aby ująć bardziej znanych fotografów, w tym Susan Hoff, która prosi Leona, aby ten "poprawił jakość swoich zdjęć", mając na myśli uchwycenie bardziej mrocznych ludzkich aktywności. Udaje mu się to już pierwszej nocy, gdy śledzi grupkę, jak się okazuje, przestępców, którzy napadają młodą kobietę w metrze. Całkiem sprytnym fortelem udaje mu się uratować damę w opałach, która może wsiąść do swojego pociągu. Nazajutrz okazuje się, że kobieta zaginęła bez śladu. Leon łączy owo zaginięcie z osobą Mahogany'ego, rzeźnika, który codziennie czeka na ostatni kursujący pociąg metra. Obsesja, której nabawił się Leon, prowadzi go do prawdy, mrocznej i brutalnej...
W założeniu fajnie i trzeba przyznać, że Kitamura przez 90% filmu dzielnie trzyma się pierwotnego założenia. Wszystkie wątki zazębiają się ładnie, odkrywamy nowe fakty w sprawie, którą Leon się zajmuje, jednocześnie będąc świadkami co raz większej obsesji, na którą zdaje się cierpieć nasz bohater. Jednocześnie warto tu zaznaczyć, że reżyser odszedł tu nieco od schematu np. w rolę ofiar wcielił tu przypadkowe osoby, nie te, które poznajemy w czasie seansu. Nie ma tu więc stereotypów slasherowych, a fabuła może swobodnie kręcić się wokół trzech głównych postaci. Powiedziałbym dwóch, aczkolwiek Maya zaczyna być nieco ważniejsza gdzieś pod koniec filmu. Generalnie jest nieźle, ale mam jedno OGROMNE zastrzeżenie. Zakończenie i wyjaśnienie motywów postępowania psychopaty jest tak pokrętne i wyciągnięte z rękawa, że aż szkoda tak fajnego seansu. Nie znam nikogo, kto nie złapałby się za głowę słysząc słowa pracodawcy Mahogany'ego. Tutaj film strzela sobie w stopę, a wydaje mi się, że nie trzeba by dużo, aby zmienić scenariusz i wprowadzić trochę logiki w wydarzenia ekranowe.
Słówko uznania dla pary głównych aktorów, bo zarówno Bradley Cooper, jak i Vinnie Jones świetnie zagrali swoje postaci. Niby należało się tego spodziewać po aktorach takiego kalibru, jednak miło widzieć zaangażowanie w wypełnianą pracę. Natomiast trzydzieści biczów temu, kto odpowiada za te paskudne efekty 3D. Widać, pod jakie kino robiony był ten film, jednak nie zmienia to faktu, że na "Nocny pociąg z mięsem" czasem aż nie chce się patrzeć. I to właśnie nie z powodu przesadnej przemocy (ba, rzekłbym nawet, że jak na slasher jest całkiem grzecznie), a z powodu tych absolutnie gównianych efektów. A są sceny gdzie Kitamura potrafi się bez tego obejść, innym jednak razem po oczach wali nam "efekt" 3D (podczas gdy na prawdę to leniwa wymówka na brak kreatywności i niechęć pracy przy efektach praktycznych). Może właśnie dlatego oceny dla tego obrazu są stosunkowo niskie (około 6.2/10 na IMDB).
A może dlatego, że "Nocny pociąg z mięsem" to jazda fajna, ale jednorazowa. Nie zostawia nic w pamięci, może poza Mahoganym, cisi mordercy w slasherach zawsze mają u mnie plus, mniej gadania, a więcej roboty, brawo. Poza tym obraz Ryuhei Kitamury poleciłbym dla seansu ze znajomymi, gdzie stracimy niewiele nasłuchując komentarzy rozochoconej publiczności. Obserwujcie główne postacie, delektujcie się przemocą, czasu nie stracicie. Polecam.

wtorek, 29 września 2015

"Dziecięce Igraszki" ("Come out and Play"), 2012, reż. Makinov

Zasiadając do oglądania horrorów co jakiś czas zadaję sobie pytanie. Jedno, tak przed seansem, żeby zmierzyć się ze swoim umysłem, skonfrontować światopogląd czy wreszcie zweryfikować pewne stereotypy krążące wokół gatunku. Pytaniem, jakie zadałem sobie przed seansem "Come out and Play" (wybaczcie, ale polski tytuł, jakkolwiek trafiony, jest zbyt zabawny, pisałbym to dłużej niż te cztery miesiące, gdy mnie nie było) to "Czy dzieci potrafią przestraszyć?"

...

Nie, nie potrafią, ale o tym za chwilę. Modnym w USA stało się trzaskanie remaków... jeden za drugim wypływają na wierzch jak śnięte ryby i doprawdy lepszego porównania dla jakości tychże produkcji nie znajdziecie w żadnym wydaniu uniwersyteckim. Ostatnimi czasy oczy twórców odwróciły się od Azji, widocznie brakło im już materiału do ściągania, gdy zdali sobie sprawę, że nawet mistrzowie gatunku popadli w rutynę. Zwrócili więc swe oczy w kierunku zachodu Europy mając pewnie nadzieję, że nikt nie dostrzeże braku własnej kreatywności. I tak, film ten jest remakiem "Death is Child's Play" ("Who can kill a child?" w niektórych wydaniach, bardzo powszechna choroba lat 80. i 90., gdy filmy posiadały z tysiąc alternatywnych tytułów), hiszpańskiego obrazu z 1976 roku. Na dodatek "Come out and Play" jest adaptacją hiszpańskiej noweli "Quien puede matar a un nino?", więc nawet scenariusza specjalnie nie trzeba było pisać. Ale, ale, wygląda na to, że pastwię się nad Makinovem (tak, tylko tyle można znaleźć na temat tej persony na IMDB, warto dodać, że ów jegomość jest również scenarzystą, scenografem, autorem zdjęć i ścieżki dźwiękowej oraz edytorem i producentem filmu... zaiste, człowiek renesansu.. na prawdę to chciałbym, żeby ktoś mnie poprawił i powiedział, że Makinov to jakieś studio filmowe), warto więc zgłębić nieco temat, prawda?

Fabuła obraca się wokół młodego małżeństwa, Beth i Francisa, którzy wybierają się na wakacje na piękną i odizolowaną od świata wyspę. Niedługo na świat przyjdzie ich trzecie dziecko, więc młodzi chcą nacieszyć się ostatnimi wakacjami przed narodzinami potomka. Po przybyciu na wyspę zauważają kompletny brak dorosłych. Na miejscu za to jest bardzo dużo dzieci. Na początku nie wzbudza to ich niepokoju, jednak już niedługo przekonają się, że dzieją się tu złe rzeczy i niedługo staną się tego mimowolnym uczestnikami...
Brzmi nieźle, prawda? Widać w tym potencjał i choć odpowiedziałem sobie na początkowe pytanie już na początku seansu, to nie odłożyłem seansu na osławione "kiedy indziej", lecz próbowałem nacieszyć się filmem. Na prawdę próbowałem, lecz Makinov i spółka co i rusz próbowali wybić mi ten pomysł z głowy. Przede wszystkim, aktorzy dziecięcy mają do siebie to, że albo są wybitni albo, najdelikatniej rzecz ujmując, kiepscy. Jako, że w filmie brakło charakterystycznej dla gatunku ciemności i atmosfery osaczenia, reżyserowi zabrano wszystkie ułatwienia. Podejrzewam nawet, że w budżecie nie znalazły się środki na kręcenie w nocy, co może uratowałoby tę produkcję. Wracając do dzieci, są do niczego. Zdaję sobie sprawę, że filmowych tubylców grała raczej ludność miejscowa (film kręcony był w Meksyku), więc akurat kunsztu aktorskiego się nie spodziewałem. Widać jednak, że nie dzieciaki nie otrzymały żadnych sensownych poleceń, jedynie w scenie "swobodnej zabawy" (jedyna stosunkowo niepokojąca sekwencja, gdy dzieciaki są "sobą", o ile to określenie można dopasować do zabawy zwłokami) to wszystko jakoś ze sobą współgra.
Całe nadzieje należałoby więc pokładać w głównych postaciach tego spektaklu. Wobec obsady ograniczonej (nie licząc dzieci) to tych dwojga chciałoby się zobaczyć występ, w którym będziemy im kibicować, przeżywać ich mękę, martwić się o ich życie. Nic z tego, skazani jesteśmy na tępą obojętność, nawet w ostatniej scenie, która mogłaby być słodko-gorzka, jest nicość, dawno już się w tym momencie poddałem. Szans na ucieczkę mieli na tyle dużo, że aż dziw bierze zwłaszcza, że żadne z dzieci nie miało przy sobie broni palnej, którą to w pewnym momencie Francis znajduje. Pomijam też fakt, że para radośnie paraduje po mieście i niczego nie psuje im fakt, iż wyspa jest wyludniona, w barze muszą obsługiwać się sami, a mężczyzna nawet będąc świadkiem morderstwa nie podejmuje natychmiastowej decyzji o zwinięciu żagli i czmychnięciu do domu. Okazuje się również, że kobiety w siódmym miesiącu ciąży całkiem szybko biegają...
Gdybym miał szukać dobrych stron tego filmu, to oprócz wymienionej wcześniej sekwencji nocnej zabawy miałbym ogromny problem, żeby cokolwiek wskazać. Może fakt, że film nie boi się uśmiercać filmowych dzieci, w kinematografii ciągle gdzieś tam siedzi przekonanie, że możemy zabić absolutnie wszystko co chodzi i oddycha, ale zabicie filmowego dziecka to już tabu i lepiej tego nie robić. Tyle dobrego, niestety nawet zdjęcia nie przyciągają uwagi, ot typowa, stereotypowa wręcz meksykańska wioska, choć w sumie nawet nie zwróciłem uwagi, w jakim kraju się znajdujemy, i nie wiem czy zapisałbym to na plus. Podsumowując, "Come out and Play" jest słaby. Nie straszy, nie przyciąga atmosferą, nie opowiada żadnej historii, ba, nie potrafi nawet stworzyć własnej historii, nie stosuje żadnych chwytów, straszaków, nie wiem, czegokolwiek. Nie dajcie się namówić na seans, no chyba, że z czystej ciekawości, z tego nas nie okradną, ze 105 minut niestety tak...

czwartek, 7 maja 2015

"Co robimy w ukryciu" ("What we do in the shadows"), 2014, reż. Jemaine Clement, Taika Waititi

Wampiryzm kojarzy się przede wszystkim z mrokiem, krwią, strachem, rzeczami stricte związanymi z horrorem. Od czasów Beli Lugosiego nie zmieniło się w tym temacie zbyt wiele, nieliczne pastisze gatunkowe raczej naśmiewały się z mitu o krwiopijcach. Gdyby zagłębić się w historię stwora, odkrylibyśmy, że wampiry (w Polskiej kulturze nazywane m.in. wąpierzami) istniały od czasów najdawniejszych, każdy dosłownie rejon świata ma swoją odmianę potwora. Nic więc dziwnego, że dotykamy raczej mrocznego gruntu bajek, opowiastek, literatury czy sztuki.
W filmie natomiast ostatnie lata to rozkwit mockumentary, gatunku, który w mojej opinii, poza kilkoma wyjątkami (mam tu na myśli chociażby "REC", "Blair Witch Project" czy japońskie "POV: A Cursed Film") wypalił się raczej szybko. Ciężko obecnie o oryginalność w tej szufladce gatunku, choć ilość prób świadczy o tym, że filmy robione praktycznie bez budżetu nie opuszczą nas zbyt szybko (bez budżetu, ale w większości również bez pomysłu). Co się stanie gdy połączymy obie wymienione powyżej konwencje? Jeśli wpadną w utalentowane ręce, otrzymamy "Co robimy w ciemności".
Viago (379 l.), Deacon (183 l.), Vladislav (862 l.) i Petyr (8000 l.) są wampirami. Prowadzą "normalne" życie na przedmieściach Wellington. W zasadzie ich egzystencja nie byłaby inna od życia czwórki facetów mieszkających w jednym domu. Ot, męskie rozrywki, zebrania domowe, wyjścia na dyskotekę. Wszystko pięknie, ale nasi wampirzy przyjaciele od czasu do czasu potrzebują świeżej krwi. I oto okiem kamery obserwujemy codziennie zmagania naszych bohaterów z XXI-wieczną rzeczywistością. Pewnego dnia wampiry poznają Stu, człowieka, i odtąd ich życia ulega znaczącej zmianie.
Krótkie wprowadzenie, ale tak na prawdę dłuższego nie potrzeba, w zasadzie cały powyższy akapit mógłbym podsumować zdaniem "mockumentary z wampirami na wesoło" i wcale bym się nie pomylił, ponieważ "What we do in the shadows" to parodia kina wampirycznego. Parodia, która jednocześnie oddaje wielki hołd tegoż segmentu horroru. Mamy Petyra, który wygląda jak żywcem wyjęty z "Nosferatu- symfonia grozy", Vlad oczywiście przypomina Vlada Palownika (choć mnie bardziej skojarzył się z modelem wampira romantycznego, w filmie jednak są wzmianki o jego przeszłości), Deacon jest wampirem-pedantem, a Viago to luzak, nie przejmuje się wszystkim aż tak, jak czasem powinien.
Film jest przezabawny. Okazuje się, że znalezienie dziewicy w XXI wieku nie jest tak proste jak kiedyś, rewelacyjnie pokazano jak wampiry dobierają odzież do wyjścia na miasto, samo wejście na imprezę jest możliwe tylko z zaproszeniem od bramkarzy. Mało tego, zamiast budzić strach, Viago, Deacon i Vlad (Petyr mieszka w trumnie ulokowanej pionowo w piwnicy, znów hołd dla "Nosferatu...") są wyśmiewani i brani za gejów. Zobaczymy również, co się dzieje, gdy wampir wgryzie się w złe miejsce na szyi (genialny fragment). Oczywiście nie mogło również zabraknąć konfliktów na linii wampiry-wilkołaki, w których dialogi są wisienką na torcie filmu (stąd bierze się mój ulubiony cytat "Who are we? Werewolves, not swearwolves"). Nie da się ukryć, że załoga bawiła się setnie kręcąc ten obraz, luz z jakim aktorzy wykonują swoją pracę wypływa z ekranu, a uśmiech z twarzy widza nie schodzi ani na minutę. Warto również zwrócić uwagę na fakt, iż wampiry w tym filmie są wyjątkowo "ludzkie", ze wszystkimi małostkami i problemami (od niezmywanych naczyń do utraconej miłości), może dlatego "What we do in the shadows" łatwiej się przyswaja, łatwiej jest również wejść w skórę bohaterów i przeżywać to, co oni.
"What we do in the shadows" spodoba się wszystkim, którzy szukają powiewu świeżości w podgatunku, który nie ma się zbyt dobrze (chodzi oczywiście o mockumentary choć trzeba przyznać, że horror również trochę kuleje) oraz tym, dla których wampiry to nic tylko przemoc, krew i strach. Obraz jest zabawny, pomysłowy i nie nudzi. Czego więcej trzeba? Polecam.

czwartek, 12 marca 2015

"Babadook" (2014), reż. Jennifer Kent

Nie jest trudno zauważyć, że horror nie ma się tak dobrze, jak chociażby w poprzednim dziesięcioleciu. Boom na azjatyckie klątwy się skończył, reżyserzy zderzali się z gatunkowymi ograniczeniami, brak pomysłu i innowacyjności gatunkowej doskwierał najbardziej, nawet używanie utartych schematów nie wychodzi najlepiej. Omawiany dziś tytuł nie jest mistrzostwem świata, ale wnosi powiew świeżego powietrza i daje pewną nadzieję. Przed Wami Babadook, debiutancki film Australijki Jennifer Kent (debiut pełnometrażowy, w 2005 roku wydała na świat 10-minutowy Monster, bardzo zresztą chwalony), opowiada historię Amelii (Essie Davis), samotnie wychowującej Samuela (Noah Wiseman), chłopca cierpiącego na potężną fobię przed potworami. W związku z czym Amelia każdego wieczora odbywa swego rodzaju rytuał polegający na sprawdzaniu w każdym kącie pokoju, czy nie ma tam żadnego monstrum. Każda próba namówienia Sama na walkę ze strachem kończy się jego gwałtowną reakcją, co nie pomaga mamie w życiu, jej nieustanna walka z dzieckiem i ciągłe histerie odsuwają od Amelii przyjaciółki, jak i również zabiera chłopcu rówieśników do zabawy. Pewnego dnia Sam wybiera książeczkę do poczytania przed snem (również część "rytuału") zatytułowaną "Babadook". Treść książki wydaje się wpływać nawet na Amelię, w jej domu zaczyna być wyczuwana dziwna obecność...
To co zasługuje na szczególną uwagę, to świetna atmosfera utrzymywana przez cały czas trwania Babadooka. Pierwsza połowa filmu to zdecydowanie dramat rodzinny, walka Amelii z własną psychiką, dręczoną koszmarami wypadku, w którym straciła męża (dodać należy do tego, że do wypadku doszło podczas drogi kobiety do szpitala, by urodzić Sama), niełatwa przeprawa przez trudy wychowywania synka, który nie jest do końca normalnym dzieckiem, to wszystko udaje się sportretować doskonale. Wielkie brawa dla Essie Davis, potrafiła świetnie pokazać wachlarz emocji głównej bohaterki, od początkowej radości, poprzez udrękę, przerażenie, nawet moment w którym Amelia "pęka" (o czym nie opowiem, zachęcam do obejrzenia) nie dość, że ukazany jest świetnie, to jeszcze doskonale wpasowuje się w kontinuum akcji. Noah Wiseman jak na aktora dziecięcego, też bardzo dobrze zachowuje się na ekranie, reżyserka nie przeciążyła chłopaka zbyt dużym zasięgiem emocjonalny, miał grać znerwicowane dziecko i to mu się właśnie udało.
Swoiste "two-man show" działa tu bardzo dobrze. Oczywiście inni aktorzy także pojawiają się na ekranie, nie są to jednak postacie, które zapadają w pamięć. Nie jest to jednak wadą, gdyż główny cel filmu to pokazanie walki matki i syna z nieznanym, ale bardzo niebezpiecznym stworzeniem. W drugiej części filmu wchodzimy do świata horroru, niewytłumaczalne zjawiska zaczynają pojawiać się w domu Amelii, która sama nie wie czy w kącie pokoju wisi płaszcz, czy to już Babadook czyhający na życie jej i Sama. Najlepsza moim zdaniem scena to ta, w której kobieta odbiera telefon, po którego drugiej stronie jest zjawa. Jasne, zerżnięte z Ringu, ale działa i pokazuje jednocześnie jak używać utartych schematów. Warto też postarać się o słowa uznania dla Radosława Łuczaka, którego zdjęcia są bardzo atmosferyczne i pomagają w kreowaniu napięcia. Już sam fakt, że w filmie dominują ciemne, zimne kolory, narzuca dość ponurą atmosferę.
Dwie rzeczy muszę zarzucić Babadookowi. Wybaczyć można, że obraz Jennifer Kent nie jest horrorem strasznym od początku do końca, takie było zamierzenie. Natomiast szkoda trochę, że samej grozy jest w filmie stosunkowo niewiele. Oczywiście, jest napięcie, niektóre sceny potrafią przyprawić o dreszczyk, jednakże podzielenie obrazu gatunkowo na dwie połowy troszeczkę psuje wrażenie. Nie zrozumcie mnie źle, Babadook jest filmem dobrym, próbuję tylko przedstawić punkt widzenia horroromaniaka i z tej perspektywy nie jestem pod aż takim wrażeniem.
Jest jeszcze jedna wada omawianego przeze mnie obrazu i jest to coś czego wybaczyć absolutnie nie mogę. Jest to zakończenie, nie mogę co prawda zdradzić co konkretnie się dzieje, jednak nie potrafię zrozumieć, jak z całkiem klimatycznego obrazu pani Kent przeszła dosłownie w kreskówkę. Pani reżyser popisała się w mojej opinii wyjątkową niekonsekwencją i troszeczkę popsuła mi przyjemność czerpaną z seansu. Niemniej jednak warto zwrócić uwagę na Babadooka, jest to horror bardzo solidny, z dobrą dramatyczną podstawą, ciekawą grą aktorską i świetnymi zdjęciami. Atmosfera jest raczej ponura, a niektóre sceny mogą wzbudzić niepokój. Warto również przyjrzeć się temu filmowi, żeby podnieść się na duchu i spojrzeć z nadzieją na przyszłe produkcje. Może ten gatunek wzniesie się w końcu na zasłużone wyżyny. 6/10

sobota, 21 lutego 2015

"Godzilla" (2014), reż. Gareth Edwards

Król potworów powraca w 60-lecie powstania, tym razem nie za sprawą japońskiego studia TOHO, tylko dzięki Amerykanom. Więcej powodów do paniki nie trzeba było podawać, wszakże "Godzilla" z 1999 roku to kompletna katastrofa, o której fani potwora nie rozmawiają, jak gdyby nigdy nie istniała. I wtedy dostaliśmy trailer, który jak zawsze wpompował w Nas pozytywne emocje. Nic dziwnego, odkrycie Godzilli odbywa się w spektakularnym stylu, podczas skoku spadochronowego. Zdrowy rozsądek nakazywał jednak wstrzymać ekscytację, zwiastun filmu z 1999 roku też był epicki, mimo to byliśmy zawiedzeni (ha, drobne niedopowiedzenie). Czy w swoje urodziny Godzilla jest w stanie wznieść się na swoje wyżyny?
W roku 1999, elektrownie Janjira zostaje zniszczona. Przyczyny są nieznane, co wpędza Joe Brody'ego (Brian Cranston) w szaleństwo na punkcie odkrycia prawdy o wypadku. Jego syn, Ford (Aaron Taylor-Johnson), żołnierz, musi zaraz po powrocie z misji udać się do Japonii, aby wyciągnąć ojca z więzienia i postawić do psychicznego pionu. Obaj odkrywają jednak co wydarzyło się 15 lat temu, gdy elektrownia się zawaliła. Są jednocześnie świadkami ożywienia potwora, gdzieś na drugim końcu globu powstaje drugi (zostają nazwane MUTO- Massive Unidentified Terrestrial Organism) i aby jeszcze wszystko pogorszyć okazuje się, że potwory są przeciwnej płci i jeśli dojdzie do złożenia jaj, ludzkość będzie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Naukowcy najbardziej obawiają się jednak Godzilli, potwora którego nieskutecznie próbowali zabić 60 lat temu (znakomite odwołanie do pierwszego filmu), nie wiedząc jednocześnie jak potężnego sprzymierzeńca zyskają.
Godzilla powraca, w glorii i chwale, nie ma powodu do paniki, wszystko jest już w porządku i wreszcie możemy zapomnieć o tym-filmie-który-nigdy-nie-istniał. Nie jest oczywiście idealnie, ale wady nie zmieniły się od 60 lat, wiec możemy spokojnie przymknąć na nie oko. Podoba się przede wszystkim design Godzilli, klasyczny, jednocześnie odpowiednio zmodyfikowany tak, aby budził grozę. No i ryk, TEN ryk w połączeniu z tym co widzimy na ekranie potrafi wywołać ciarki. Przeciwnicy Króla Potworów choć nieco mało oryginalni, stanowią prawdziwe zagrożenie i potrafią skutecznie łączyć siły w walce. Pierwszy akt filmu, gdzie występuje Brian Cranston pokazuje, że facet ciągle potrafi grać. Nie zaskakuje to specjalnie, aczkolwiek miło patrzeć jaki wachlarz emocji potrafi pokazać aktor w przeciągu swojej kariery. Dramat, jaki przeżył Joe odbija się na jego psychice, jednak jego obsesja nie jest nieuzasadniona i choć widzieliśmy ten typ postaci już setki razy (szalony z pozoru człowiek szukający prawdy, w którą nikt nie wierzy), Cranston skutecznie pokazuje, że można wciągnąć widza w świat przedstawiony. Ogromna zatem szkoda, że Joe Brody ginie i to bardzo wcześnie. Zostaje zastąpiony Fordem, którego egzystencję w filmie możemy pominąć, bo żadna czynność, którą wykonuje na ekranie, nie zapada w pamięć, jest to kompletnie płaska postać, niejednokrotnie zresztą zadawałem sobie pytanie "co ten człowiek w ogóle tu robi?", tak nieistotny jest Aaron Taylor-Johnson. W zasadzie śmierć postaci Cranstona to także śmierć wątku ludzkiego. Oczywiście, jest w tle wielki plan zniszczenia MUTO, Godzilli i uratowania świata, aczkolwiek to już nie to samo.
Ale, ale, przecież mamy do czynienia z filmem o potworach, jak więc wypadają na scenie główni aktorzy tego przedstawienia? Gdyby nie to, że walki są nieprawdopodobnie powolne, powiedziałbym, że pojedynki kopią tyłki dosłownie i w przenośni. Nie zmienia to faktu, że obserwowałem wydarzenia na ekranie z zachwytem. Może jestem mało wymagający, wprawdzie do pojedynku dochodzi po około 1,5 godziny (film trwa 122 minuty), jednak gdy potwory zaczynają walkę, jest świetnie, wygląda to epicko. Oczywiście Godzilla zgarnia wszystkie nagrody, jest niewątpliwie wisienką na filmowym torcie, pokazuje swój atomowy oddech, jego znak firmowy i kopie wszystkie tyłki na ekranie. Szkoda tylko, że tego typu starć jest tak niewiele, może budżet nie pozwolił, a może godzinna walka byłaby po prostu zbyt nudna. Nie wiem, w każdym razie warto poczekać, jest na co popatrzeć.
Co dalej? Na 2016 rok planowany jest kolejny amerykański obraz o Godzilli. Jestem trochę spokojniejszy co do końcowego efektu, ponieważ powrót w 2014 roku Król Potworów zalicza wyjątkowo dobrze. Zdjęcia są fantastyczne, warto też zobaczyć Briana Cranstona, no i gdy Godzilla się rozkręca, wtedy emocje rosną. Zdecydowanie warto poświęcić dwie godziny swojego czasu na seans, nie pożałujecie. Polecam.