piątek, 15 sierpnia 2014

"Dragonball: Ewolucja" (2009), reż. James Wong

UWAGA! TEKST MOŻE I PRAWDOPODOBNIE BĘDZIE ZAWIERAŁ ŚLADOWE ILOŚCI PRZEKLEŃSTW, CO WRAŻLIWSZYCH PROSZĘ O PRZYMKNIĘCIE NA TO OKA
James Wong, Ty podły sukinsynu.
Każdy człowiek na świecie ma coś, z czym dorastał, co pomagało mu przy zrozumieniu pewnych wartości i przy okazji dostarczało rozrywki, było stałym towarzyszem zabaw o podwórkowych dyskusji. Zabawki, gry wideo czy filmy towarzyszyły nam od zawsze i każdy ma coś ukochanego, bez czego nie wyobraża sobie dzieciństwa. Pokolenie, którego częścią byłem i jestem, miało przede wszystkim Dragon Ball'a. Jasne, Sailor Moon, Power Rangers, cosobotnie kreskówki na odkodowanym Canal+ były, ale DB to było coś więcej niż tylko bajka (zanim zaczniemy dyskusję, wiem, że anime to nie bajka, chcę tylko uprościć sprawę na rzecz recenzji), to było zjawisko. Przy okazji niekończących się bitew, fizycznych i dialogowych, mieliśmy tu do czynienia z epicką opowieścią o przyjaźni i poświęceniu, o dumie i honorze, o tym, że czyste serce przezwycięża nawet największe zło. Dragon Ball był dla nas pewnym źródłem moralnych wartości i jeśli miałbym odpowiedzieć swojemu dziecku na pytanie "czym jest przyjaźń?", pokazał bym mu przyjaźń Goku i Vegety. "Czym jest duma?", Vegeta, książę Sayian. "Czym jest miłość i poświęcenie?", Goku podczas Cell Games.
I WTEDY NADESZŁO HOLLYWOOD!
To jest jeden z tych filmów, które wystarczy obejrzeć raz, żeby zapamiętać na całe życie. Niestety, "Dragonball: Ewolucja" zostanie zapamiętana z kompletnie innych powodów, jako obraza dla każdego kto żywi choć trochę sympatii dla anime. Nie mam pojęcia, dlaczego Akira Toryiama nie wystąpił z grubym pozwem wobec Wonga i spółki za zdeptanie wszystkiego, czym był dla fanów Dragon Ball. Nigdy w życiu nie spodziewałem się, że znienawidzę film, medium które absolutnie uwielbiam i wokół którego kręci się mój świat, aczkolwiek Wong tego dokonał. Dokonał do tego stopnia, że dziś wolę mówić, że ten film nie istnieje, niż że kiedykolwiek go obejrzałem. I w tym miejscu powinienem zakończyć recenzję, po co pisać więcej i otwierać kolejne rany, prawda? Nie, to musi być powiedziane, średnia ocen na IMDB (2.8/10) nie kłamie, ludzie nienawidzą tego filmu, a jedyne oceny powyżej 1 to oceny ludzi, którzy nie znają pierwowzoru. Ale, zapytacie, co z tym filmem jest nie tak?
WSZYSTKO!
Wong miał wszystko, gotową fabułę (wczesny DB, pojedynek Goku z Piccolo), budżet (45 mln dolarów wystarczyłoby każdemu AMBITNEMU twórcy, żeby zrobić porządny film) i dobrych aktorów (chociaż Justin Chatwin jako Goku jakoś mi tu nie pasuje, włosy nie uczynią z Ciebie Goku, chłopcze). Co więc poszło nie tak? Cóż, fabuła jest piekielnie głupia i ma pełno dziur, aktorzy nie dają z siebie stu procent na planie, Bulma jest jakąś pieprzoną agentką specjalna, Yamcha nie istnieje, Roshi to żart, Kamehameha... Kamehameha... No żesz kurwa, tak nie można, nie mogę zachować poważnego tonu recenzji, gdy w taki sposób trawestuje się najbardziej legendarny, epicki i ukochany motyw serii. Kamehameha, ogromna fala energii, która decydowała o losach Ziemi wiele razy (pojedynek z Komórczakiem to tylko przykład), to tutaj jakaś cholerna Macarena! Zresztą nie mogę być gołosłowny, łapcie klip:

EDIT: Haha, wiecie co? Scena z mistrzem Roshim uczącym Goku Kamehameha jest tak żenujaca, że nie ma jej na YouTube! To mówi wiele. Nie ma sensu pokazywać pierwowzoru, wszyscy go znamy i wspomnienie tego, jak mogło być, będzie bolało bardziej.
Fabuła nie ma sensu, Goku jest uczniem szkoły średniej, zakochuje się w Chi Chi (w czasie trwania pierwszej serii Goku nawet nie wiedział, czym jest kobieta, bardziej zachodził w głowę dlaczego wszyscy nie mają ogona, tak jak on), ma nawet swojego łobuza, który nie daje mu żyć (oczywiście później odpłaca mu się z nawiązką). Wow, High School Drama, huh? Piccolo owszem gdzieś tam jest, ale w tle, film jest rozgrywany na utartych zasadach "główny bohater jest utrudzonym życiem uczniakiem, który musi stanąć na wysokości zadania wobec zła, które zagraża światu", na dodatek rozgrywa je kompletnie nie tak. Piccolo to żart, mutant szprycujący się sterydami, Bulma nie ma niebieskich włosów i jest jakąś agentką specjalną, nauka Kamehameha to śmiech na sali, a i sama egzekucja podczas finałowej "walki" jest godna pożałowania.
Najgorszą rzeczą jest to, że nie ma w tym filmie pozytywów, nie ma do czego się odwrócić w poszukiwaniu komfortu i strzępków bezpieczeństwa, wszystko jest złe i nie tak, nic się nie zgadza. A teraz najciekawsze, Wong w wywiadach twierdził, że chciał uczynić film bardziej realistycznym... Noż kurwa, katana w kieszeni się otwiera.
"Dragonball: Ewolucja" to absolutne zero, nawet gdyby nie miał za sobą anime i mangi, byłby nijakim filmem s-f, a biorąc pod uwagę, że ma za sobą niesamowitą historię i fanów, boli tym bardziej. Nie polecam absolutnie nikomu, palcie kopie DVD, powiedzcie znajomym, którzy jeszcze nie oglądali, a żywią choć trochę sympatii do Goku i reszty. Matko, co za dno.

PS. Miałem nie wstawiać, ale odezwała się we mnie nostalgia. PRAWDZIWE Kamehameha

niedziela, 3 sierpnia 2014

Jak pisać?

Nie jestem "zawodowym" krytykiem. Nie znam wszystkich filmów z wszystkich gatunków z wszystkich krajów, ba, nie odkryłem jeszcze wszystkich horrorów w historii (a wierzcie, gdy już myślicie że znacie wszystko, pojawia się film o nawiedzonej lodówce pożerającej ludzi). Dlaczego więc piszę ten poradnik? Właśnie dlatego, że nie jestem zawodowcem. Jestem pasjonatem, a moja miłość do gatunku pomaga czerpać inspirację w chwilach, gdy przychodzi do pisania. Postanowiłem więc wypisać kilka rad dla wszystkich, którzy chcieliby rozpocząć przygodę z recenzowaniem dowolnych form sztuki (gry wideo to także sztuka, jeśli mi nie wierzycie, pograjcie w Limbo, a potem wróćcie), z punktu widzenia domorosłego krytyka. Zaczynajmy!
1. Nie bójcie się wyrażać swojego zdania
Recenzja to chyba najbardziej subiektywna forma oceny, nie ma czegoś takiego jak obiektywizm w wyrażaniu WŁASNEGO zdania. W związku z tym nie bójcie się komukolwiek narazić, tylko dlatego, że dany film Wam się podoba lub nie. Oczywiście musicie być przygotowani na wymianę argumentów, przyszykujcie więc sobie od razu podstawy do dyskusji, żeby Wasz oponent nie mógł Was zaskoczyć. Najważniejsze jednak jest, byście się nie bali, jeśli coś się nie podoba, piszcie dlaczego. Jest to o tyle oczywiste, co konieczne (nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, a z recenzji do hejtu krótka droga), ponieważ nie można pisać "nie podoba mi się X, bo go nie lubię", to dziecinne.

2. Znajomość tematu
Mam tu na myśli przede wszystkim znajomość gatunku wokół którego się obracacie, jego historii i korzeni, wpływu wcześniejszych filmów na ten recenzowany. Musimy też brać pod uwagę ograniczenia różnego rodzaju (np. ograniczenia techniczne związane z datą produkcji obrazu vide "Frankenstein" z 1910 roku), budżet filmu czy chociażby obsadę (oczywiste chyba jest to, że amatorzy będą grali inaczej i trzeba na nich spojrzeć łaskawszym okiem). Nikt również nie karze Wam znać absolutnie wszystkich filmów, aktorów, reżyserów itd. ale odpowiedni research jest absolutnie konieczny. Polecam przy tym największa internetową bazę filmową na świecie, zawiera ona wszystkie potrzebne informacje i dużo, dużo więcej, przy każdym filmie wypisane są ciekawostki, odniesienia, czy chociażby wyjaśnienia elementów fabuły, przy których czasem drapiemy się po głowie. Recenzje użytkowników serwisu również bywają bardzo pomocne. Taki research powinien trwać tak długo, dopóki nie upewnicie się w tym, co chcecie napisać z prostej przyczyny, o ile gafy zdarzają się każdemu, o tyle pomyłki wynikające z niewiedzy są niewybaczalne (o ile nie rozmawiamy o tematach mocno niszowych).

3. Krótka recenzja to też recenzja
Zauważycie z pewnością, że niektóre teksty są krótsze od innych. Jasne, każdą recenzję można streścić w jednym słowie, "dobry", "zły", "kicz", "geniusz" itd. Nie ma co bać się długich tekstów, jednak nie przeciągajcie tematu, jeżeli nie ma o czym pisać, ponieważ film był nijaki, napiszcie właśnie o tym i dlaczego tak uważacie. Podstawowy błąd, jaki możecie popełnić, to wyznaczenie minimalnego limitu słów/znaków. Wierzcie mi, że czasem nie ma po prostu o czym pisać, a czasem jesteście tak zachwyceni/zniesmaczeni obrazem, że chcecie o tym pisać i pisać i pisać, żeby wszyscy poznali Wasze zdanie. No właśnie, Wasze zdanie jest najważniejsze, więc piszcie tak, żeby to było Wasze dzieło.

4. Deadline
Jeśli nie piszecie dla jakiegoś pisma, które terminy oddania ma z góry wyznaczone, to nie róbcie sobie krzywdy ustalania terminu pisania. Takie postępowanie blokuje wenę i powoduje niepotrzebne błędy. Ja z reguły robię tak, że z danym filmem muszę się "przespać", robię tylko mentalne notatki (tak, po seansie siedzę chwilę i rozmyślam o tym, co mi się podobało a co nie, tak łatwiej zapamiętać szczegóły filmu, co jest pomocne w obrazach, które nie są najlepsze), a potem odkładam pisanie na następny dzień. W przypadku niektórych filmów warto zrobić bardzo dokładny research, zwłaszcza przy produkcjach "ambitnych", po to, żeby zrozumieć zamiar reżysera czy też odczytać niektóre symbole zawarte w obrazie. Przede wszystkim jednak, nie piszcie zaraz po zakończeniu seansu, za dużo jest wtedy emocji, dekoncentracji i tekst może się okazać bublem. Notatki tak, recenzja "na gorąco" nie.

5. Ograniczcie się do jednego gatunku
Nie ma na świecie omnibusów, jest tylko kilku krytyków na świecie, którzy są w stanie ogarnąć zagadnienia wszystkich gatunków filmowych, a i nawet oni czasem popełniają błędy. Każdy człowiek ma swój ulubiony gatunek, starajcie się więc ograniczyć do tego jednego, z prostych powodów. Po pierwsze, macie wtedy większe szanse na poznanie specyficznych cech, podgatunków, wyznaczników gatunkowych, aktorów specjalizujących się w danym gatunku i filmów, które wygrzebujemy gdzieś z samego dna zapomnienia. Po drugie, jeśli poznacie dany gatunek na wylot, macie szansę stać się ekspertami w danej dziedzinie, a stąd krótka droga to wykładów, konferencji i tego typu podobnych imprez (bez pomocy z zewnątrz prawdopodobnie się nie obędzie, mnie bardzo pomogło Koło Krytyków Filmowych UŁ), a uwierzcie mi, że takie wyjazdy to kupa zabawy i szansa na pogłębienie swojej wiedzy.
Mając takie podstawy, możecie śmiało zaczynać krytykę filmową. Oczywiście są ludzie, którzy skrytykują mój brak profesjonalizmu, na co ja odpowiem, że wiedzie mnie pasja i to ona zaniosła mnie tu, gdzie jestem teraz. Jeżeli coś kochacie i macie zdanie na dany temat, dzielcie się nim i nie bójcie się go, bo jeśli się przygotujecie, to jesteście w stanie wygrać każdy spór.

PS. Dziękuję Wam za wsparcie, nie było mnie ponad miesiąc tutaj, z powodów różnych, czasu mi raczej nie brakuje, ale są chwile, kiedy odmawia psychika. W związku z tym, dziękuję, że jesteście i czytacie, to właśnie napędza mnie do działania. Wracam z nowymi siłami, a czeka nas niezła jazda, na początek "Dragonball: Ewolucja", a to tylko przedsmak tego, co Was czeka. Do następnego!

czwartek, 5 czerwca 2014

"Diabelskie nasienie" ("Devil's Due"), 2014, reż.

Problem z filmami found footage jest tylko jeden: obecnie mamy ich przesyt. Oprócz wymówki dla małego budżetu (7 milionów dolarów wcale nie brzmi skromnie, ale jeśli spojrzymy na koszty produkcji innych "większych" produkcji, to faktycznie wypada spojrzeć na tę sumę z politowaniem) i chęci wykorzystania sposobu kręcenia dla łatwych oraz tanich "straszaków" ("Rec"), trzeba czegoś więcej, żeby w dzisiejszych, trudnych dla horroru, czasach wystraszyć widza. Osobiście nie jestem fanem tego typu produkcji. Owszem "Blair Witch Project" był niezły, "Cannibal Holocaust" nawet dobry, "POV: A Cursed Film" też był ciekawy, aczkolwiek nigdy nie spodziewałem się, że ten podgatunek znajdzie aż tylu naśladowców. Z drugiej strony, do kręcenia takich filmów nie trzeba dużych pieniędzy, efekty można przygotować samemu, a i nie potrzeba do tego aktorów z najwyższej półki. Wydaje się jednak, że moda na kalkowanie "Rec" i "Paranormal Activity" ustaje, niedawno jednak do kin wszedł najnowszy obraz dwójki reżyserów (Matta Bettinelliego- Oplina oraz Tylera Gilletta), którzy doświadczenie zdobyli przy kręceniu "V/H/S" (przyzwoity film, niedawno ukazał się sequel), "Diabelskie Nasienie".
Fabuła filmu opowiada o młodym małżeństwie, Samancie (Allison Miller) i Zacku (Zach McCall), którzy na swoją podróż poślubną wybrali urokliwą Dominikanę. Obsesją (nie można tego nazwać hobby, o czym później) Zacka jest kręcenie kroniki rodzinnej (którą zaczyna dzień przed ich ślubem), w związku z czym filmuje on każdy dzień ich pobytu na wyspie. Ostatniej nocy gubią się, odnajdują jednak taksówkę, której kierowca namawia ich, żeby pojechali z nim do "tajemniczego miejsca", gdzie czeka ich doskonała zabawa. Po krótkiej dyskusji młoda para udaje się taksówką we wskazane miejsce, żeby odnaleźć podziemny nocny klub. Wszystko idzie doskonale, młodzi bawią się doskonale, aż do momentu, w którym oboje padają z przepicia (możliwe, że związane są z tym narkotyki, nie widziałem, żeby ktokolwiek coś im dopisywał). Kierowca okazuje się wyznawcą dawnej sekty, której zadaniem jest (oczywiście) sprowadzenie Antychrysta na świat (sekty, której logo do złudzenia przypomina mi logo gry "Quake 2"), w związku z czym przenoszą nieprzytomną parę do miejsca rytuału i tam zapładniają kobietę (nie dosłownie, przy pomocy jakiegoś zaklęcia. Przy okazji, niezłe efekty specjalne)). Kilka dni po powrocie Samantha powiadamia Zacka o ciąży. Początkowa radość szybko ustępuje po tym, jak Allison zaczyna zachowywać się najpierw nietypowo, a później po prostu niebezpiecznie. Zegar tyka...
Motyw opętania, a ściślej mówiąc "diabelskiej ciąży" już widzieliśmy". Opętanie widzimy w każdym filmie o egzorcyzmie, "Dziecko Rosemary" przychodzi mi na myśl jeśli chodzi o szatańskie dziecko. Ważną rzeczą w tego typu obrazach jest budowanie napięcia do momentu rozwiązania, czyli de facto ostatniego aktu. I tutaj nie jest najgorzej, obserwujemy coraz poważniejsze objawy opętania w raz z późniejszymi stadiami ciąży, wszystko odegrane jest dobrze, działa tu brak muzyki albo ambient potęgujący napięcie kolejnych scen. Myślę tylko, że twórcy strzelili sobie w stopę metodą kręcenia filmu, bowiem Zack obsesyjnie wręcz filmuje każde wydarzenia z życia swojej rodziny, co czasem przechodzi w absurd np. gdy Samantha czuje się fatalnie i idzie na badanie wód płodowych, podczas którego przeszywa ją niesamowity ból. Albo gdy para wraca przez parking, a Samantha w napadzie furii gołymi rękoma rozbija szyby przypadkowego auta, które niecelowo prawie w nią uderzyło. Na prawdę chcesz to pokazać swojemu dziecku, Zack? To będzie właśnie film puszczany podczas rodzinnych pikników w ogródku? I wiem, że można poszczególne sceny z kamery wyciąć jednym kliknięciem, ale takie rzeczy powtarzają się do końca filmu. Później wprawdzie mamy ukryte kamery rozmieszczone w całym domu, ale nie poprawia to rany w stopie reżyserów. Drugim poważnym problemem w mojej opinii jest scena, gdzie Zack przegląda nagrania z podróży poślubnej w celu znalezienia jakichś wskazówek co do zachowania żony. Klik! I jesteśmy w jednej z pierwszych scen filmu. Klik! I z zegarmistrzowską precyzją jesteśmy w kolejnej, rozpoczętej DOKŁADNIE OD MOMENTU, W KTÓRYM ZACZĘŁA SIĘ DANA SCENA! Tak nie może być, bez żadnego softu, specjalisty czy nawet, niech będzie, cholernego paska postępu.
Nie ma co się jednak rozwodzić nad wadami, bo jedna z nich to króciutki fragment (całe dochodzenie w stylu CSI trwa około 3-4 minut), a druga to po prostu styl prowadzenia filmu (chociaż powiem szczerze, że ukryte kamery, choć nie są powiewem świeżości, z pewnością są miłą chwilą oddechu od tej kamery). Polubiłem małe smaczki w postaci np. sceny w supermarkecie, gdzie Allison pożera surowe mięso, oczywiście pod wpływem płodu (Allison jest weganką), polubiłem również ostatnie sceny w domu młodej pary, mocne, soczyste, ale w pełni zrozumiałe z punktu fabularnego.
Dlaczego więc "Diabelskie nasienie" zbiera tak słabe recenzje? Szczerze mówiąc, nie wiem. Oczywiście, film nie jest dziełem wybitnym, ale co ważniejsze (i co powinno wiele osób zrozumieć) nie jest to w żadnym stopniu remake "Dziecka Rosemary", myślę po prostu, że jest to bardziej nowoczesne podejście do tematu, w dodatku przy użyciu nowoczesnych technologii. Efekty komputerowe nie drażnią, wręcz przeciwnie, pomagają w wywieraniu wpływu na widza (vide scena, w której siostrzenica Samanthy wchodzi do pokoju dziecka i zastaje tam opętaną kobietę), Allison Miller odrabia lekcje i daje solidny popis, mam pewne problemy co do roli Zacka, dość szybko staje się męczący przez swoje kręcenie, jest również trochę nijaki.
Poza tym, film ogląda się dobrze, 1.5 godziny przelatują szybko, sprawnie i z paroma skokami adrenaliny. I o to między innymi chodzi w horrorze. Polecam, dajcie "Diabelskiemu nasieniu" szansę.

środa, 21 maja 2014

Podróż w Przeszłość (3): "Ju-on 2"

Jeżeli jest film, który ukształtował moje spojrzenie na horror i zaszczepił pasję do tego gatunku, to bez wątpienia będzie to "Ju-on 2", film definiujący horror i niejako wprowadzający azjatycki kino do stawki największych i najstraszniejszych. Ale czym tak na prawdę jest "Klątwa 2"? Po sukcesie "Ringu" i poprzedniej "Klątwy" Takashi Shimizu po raz kolejny przestraszył świat swoją opowieścią. Opowieścią znaną, łączącą motywy kręgu życia i japońskiej mitologii. Wszystkie Sadako, Kayako i towarzyszki to przedstawiciele yurei, mściwych duchów, które umarły śmiercią gwałtowną (zabójstwo, samobójstwo) lub doznały przed zgonem wielkiej krzywdy. Onryo to najbardziej złośliwe duchy, których jedynym celem jest zemsta. I właśnie z tym mamy do czynienia w "Ju-on 2", Kayako i jej synek zostali zamordowani we własnym domu przez męża kobiety, który to później popełnił samobójstwo. Tak właśnie narodziła się tytułowa klątwa, która nigdy się nie zatrzyma, zataczając krąg i wciągając do niego kolejne ofiary. Przekonuje się o tym Kyoko, która wracając ze swoim mężem z planu zdjęciowego, ulega wypadkowi samochodowemu, w którym traci swoje nienarodzone dziecko. Okazuje się, że cała ekipa telewizyjna została przeklęta przez Kayako za filmowanie w jej domu, a sama Kayako nie spocznie dopóki nie zemści się na wszystkich. Niedługo później Kyoko dowiaduje się, że nosi w sobie już 3,5-miesięczny płód, dzięki czemu klątwa zatoczy kolejny krąg. I nie ma sposobu na zatrzymanie mściwego ducha, jest tylko śmierć...
Pamiętam, że po pierwszym obejrzeniu filmu bałem się za sobą gasić światło, tak bardzo zdołał wystraszyć mnie Shimizu. Fakt, miałem 13 lat, aczkolwiek nie ujmuje to sile tego obrazu. Azjatyckie kino ma zgoła inne podejście do strachu na ekranie. Filmy rozwijają się powoli (czasami wręcz nieznośnie), atmosferę buduje brak muzyki albo jej minimalna ilość, ustępując miejsca dźwiękom otoczenia, jeśli występuje jump-scare, to raczej dla spotęgowania napięcia, prawie nigdy nie jest to ostateczne rozwiązanie sceny. Jeśli przebrnie się przez japońskie dialogi (zwracam na to uwagę tylko dlatego, że nie wszyscy tolerują wydźwięk natywnego języka w przypadku horroru i faktycznie, czasem ton wypowiedzi aktora nie zawsze dobrze pasuje do sceny czy też gatunku), to mamy do czynienia z ucztą dla oka i porządną dawką adrenaliny.
Warto też zwrócić uwagę na to, że groza z Azji wcale nie zaczęła się od "Klątwy" czy "Ringu", bo już na początku istnienia kina Azjaci eksperymentowali z gatunkiem (niedługo przebrnę przez "A page of madness" z 1926 roku i napiszę co nieco). Ale odbiegam od tematu. Patrząc z perspektywy czasu da się zauważyć dwa elementy wybijające się z całego filmu. Pierwszym bez cienia wątpliwości jest sama postać Kayako, mściwy duch z tragiczną przeszłością, która tuż przed zabójstwem wydaje ten dźwięk, ten przeszywający psychikę i powodujący dreszcze dźwięk, niekończący się zwiastun śmierci.
Brr, ciągle przechodzą mnie ciarki przy tym dźwięku. Drugim elementem, który wyróżnia "Ju-on 2" jest konsekwencją, z którą w każdej scenie Shimizu dąży do przestraszenia widza. Tu nie ma subtelności, tu idzie się na całość, wszystkie sceny są rozgrywane do bolesnego końca. Tam, gdzie amerykańskie straszaki kończą ujęcie, tam Shimizu jeszcze dokłada cegiełkę, rozciąga ten moment po mistrzowsku, jeszcze głębiej wwiercając się w psychikę widza i jeszcze mocniej wystawia go na przerażające widoki. Moją ulubioną sceną w filmie, doskonale obrazującą to co przed chwilą napisałem, jest ostatnia scena, w której Kayako rodzi się powtórnie, dopełniając kręgu Klątwy i na nowo wyruszając w świat w celu uśmiercania kolejnych ofiar:
Mother!
Ju-on 2 — MOVIECLIPS.com
Takie właśnie sceny dają miejsce w panteonie sław horroru i Takashi Shimizu może być spokojny o swoje miejsce w hierarchii gatunku.
Smutne jednak jest to, że jestem prawie pewien, iż film nie zestarzeje się zbyt dobrze. "Ju-on 2" dla niektórych jest po prostu zbyt powolny. Zdecydowanie odradzam również oglądanie obrazu w towarzystwie, jest to bowiem film, który należy obejrzeć samemu, ze słuchawkami na uszach tylko po to, by móc delektować się niesamowitą atmosferą i wyłapywać te małe dźwiękowe smaczki. Z drugiej strony jest to film, od którego warto zacząć znajomość z azjatycką kinematografią grozy, razem z "Ringiem", "Opowieścią o dwóch siostrach" czy też japońską ekstremą z "Ichi the Killer" i "Guinea Pig" w roli głównej. "Ju-on 2" jest bardzo ważne dla gatunku, zdefiniowało nowe podejście do horroru, dało nam dostęp do grozy z Azji i zajmuje specjalne miejsce w moim sercu jako film, który nakierował mnie ku fascynacji gatunkiem i dzięki któremu jestem tu gdzie jestem. Zdecydowanie polecam.

piątek, 25 kwietnia 2014

Dlaczego się boimy? cz.1

Gdy ktokolwiek zadaje mi pytanie o przyczynę strachu wśród ludzi, wzbudza to we mnie jedynie uśmiech politowania. No bo skąd można to wiedzieć, w końcu każdy boi się czego innego, nie można generalizować tej kwestii. Byłoby to mniej więcej tak samo, gdybym zapytał „Dlaczego się śmiejemy?”, pytanie takie obejmie zbyt duży zakres odpowiedzi, gustów, pragnień czy marzeń.
Dlatego bardziej odpowiednie może wydawać się pytanie „Dlaczego w zasadzie CHCEMY się bać?”. Choć tu też można wybrać kilka odpowiedzi, które stworzą ogólny zakres tych przyczyn. Zdrowa adrenalina, zmierzenie się ze strachem (w przypadku np. gier komputerowych, w filmach jest nieco inaczej, ponieważ nie możemy przecież bezpośrednio zaangażować się w wydarzenia), dobra zabawa w gronie znajomych itd. Przyczyn strachu należy wg mnie szukać w pewnych trendach, a żeby te poznać, musimy nieco cofnąć się w czasie.

Szlak przetarł „Frankenstein” z 1910 oraz 1931 roku, zwłaszcza ta druga wersja, dźwiękowa, jedna z trzech największych (obok „Drakuli” i „Mumii”) produkcji tamtych czasów. Przerażenie wzbudzała w ówczesnych widzach świadomość, że mogą żyć ludzie, których pragnieniem jest poczuć się jak Bóg, śmiać się Śmierci prosto w twarz. Słowa „Nareszcie wiem, jak to jest być bogiem” na zawsze weszły do kanonu, poza tym mogliśmy wtedy obserwować swego rodzaju eskalację przemocy, w końcu potwór zabija małą dziewczynkę (ku jego obronie, robi to nieświadomie, co jednak nie zmienia faktu), a sam film wyrywa się z ram spokojnych, majestatycznych wręcz horrorów na rzecz wartkiej akcji i dynamicznej pracy kamery, co będzie widać w późniejszy sequelach.
Wampiry, duchy, wilkołaki. Istoty nadprzyrodzone nie wzbudzały od razu fascynacji, jaką darzone są te istoty zwłaszcza dzisiaj. W końcu czy jest coś bardziej przerażającego od nieznanego? Dziwi to trochę, ponieważ wampiry są obecne w każdej kulturze świata od czasów najdawniejszych. Na przykład Brahmaparush to niezwykle brutalny wampir, który miał żyć gdzieś w północnych Indiach, pijący krew z ludzkich czaszek, lubujący się w jedzeniu mięsa oraz owijania się narządami wewnętrznymi w celu odbycia swoistego tańca (polecam „The Vampire Encyclopedia” Matthew Bunsona). O ile jednak bestie wzbudzają strach z powodów wiadomych, o tyle wampir w „Drakuli” z 1931 roku był czymś innym. Był niezwykle tajemniczym mężczyzną, nigdy nie zabijał w sposób okrutny ani nie ujawniał swoich planów, był raczej cichym zabójcą. Jednocześnie stał się symbolem wampira romantycznego, wysublimowanego, całkowicie odmiennego od chociażby indyjskiego potwora. Wilk w owczej skórze czy raczej wampir w ludzkim przebraniu, to było przerażające, ponieważ mógł to być przecież każdy z obecnych na sali kinowej, czy też każdy przechodzień spotykany wieczorem.
Każdy temat kiedyś się wyczerpuje, a w latach 40. nastąpił przesyt. Lata 50. przyniosły dwa ważne dla horroru wydarzenia: bombę atomową i zimną wojnę (nie brzmi to pewnie elegancko, ale dla tego gatunku inspiracją niestety są właśnie tego typu zdarzenia). Widzowie bali się wtedy wszystkiego, co miało jakikolwiek związek z eksperymentami nuklearnymi czy relacjami USA-ZSRR. Nie dziwi więc wysyp filmów o stworach z laboratoriów (film „One!” opowiada o powstaniu gigantycznych mrówek-mutantów, choć to i tak nie wszystko. Wyobraźcie sobie film o zabójczych krabach czy jednookiej i monstrualnej amebie), głębin morskich („To przybyło z głębi morza” o gigantycznej ośmiornicy) czy przebudzonych ze snów dinozaurach („Bestia z głębokości 20 000 sążni”). Zdarzyło się również coś niezwykle intrygującego. Japończycy, którzy najbardziej ucierpieli w wyniku bombardowań atomowych, uczynili ze swojego strachu symbol i stworzyli „Godzillę”, która obecnie, w wieku już 60 lat, nadal cieszy się ogromną popularnością i często gości na ekranach kin. Patrząc na te filmy dzisiaj nie pozostaje nic innego niż uśmiechnąć się z politowaniem, jakość tych produkcji jest raczej kiepska. Niemniej jednak można się setnie ubawić, patrząc jak gigantyczne mrówki terroryzują Amerykę.
Gdzieś obok tych wszystkich blockbusterów brytyjska wytwórnia Hammer postanowiła ożywić i odświeżyć klasyczny wizerunek potworów studia Universal. Nowe wersje „Frankenstein’a” (w latach 1957-1973 wyszło siedem filmów z szalonym naukowcem i jego kreacją, gdzie jasno świeciła gwiazda Petera Cushinga), „Drakuli” (osiem filmów z udziałem Christophera Lee, niekwestionowanej gwiazdy kina grozy) czy „Mumii”, tym razem w kolorze, na nowo wzbudziły strach, potęgowany właśnie nową technologią (coś, czego dzisiaj nie potrafi zrobić 3D).
Lata kolejne to wykształcenie się w kinie grozy strachu przed człowiekiem. Wraz z nadejściem slashserów i gore zabójczy stali się właśnie ludzie, nie zawsze szaleni, nie zawsze pochodzący z nieznanych okolic. Bardzo często byli to sąsiedzi, ludzie, których widzowie mogli znać, z którymi niejedno przyjęcie się odbywało. Właśnie wtedy strach podszedł na maksymalnie bliską odległość. Zwłaszcza gore miało swoją rolę we wzbudzaniu przerażenia. To człowiek mordował, niekiedy z dużą brutalnością. Nie były to stwory nierealne, takie, które nie mogły nas nawiedzić nigdzie indziej niż na sali kinowej. To mogło nas spotkać podczas powrotu z kina, gdzieś w ciemnej uliczce, gdzie nikt nie usłyszy naszego krzyku…
Przechodząc do lat współczesnych niestety obserwuję wtórność produkcji. Horrory azjatyckie wciąż korzystają ze swojego folkloru (nie zrozumcie mnie źle, to wspaniałe, lecz chciałoby się zobaczyć co innego niż opowieści o tych samych duchach i klątwach), a produkcje takie jak Ichi the Killer czy Guinea Pig są zbyt brutalne dla większości widzów. Amerykańskie kino stawia na nieudolne remake'i, europejskie kino ma kłopoty ze zdefiniowaniem swojego podejścia do gatunku, a wybijających się filmów jest bardzo mało. Obrazy niezależne cierpią właśnie z powodu swej niezależności i braku promocji, co powoduje znikomą ilość widzów i trudnodostępność filmów.
Tyle słowem dygresji, dlaczego więc się boimy? Nie wiadomo, strach może być kwintesencją tego, co siedzi w każdym człowieku indywidualnie. Poza tym horror ma sporo innych funkcji, nie zawsze musi straszyć, choć jest to cel prymarny i tego należy się trzymać. I to chyba jest piękne, ponieważ nie znając wspólnego mianownika, horror jest chyba najbardziej różnorodnym gatunkiem w kinie.