niedziela, 23 czerwca 2019

"Czarne lustro" ("Black Mirror"), 2011- , sezon 2 odcinek 2, "White Bear"


Oglądając Czarne Lustro i żyjąc w czasach obecnych nie sposób nie ulec wrażeniu, że serial ten bardzo często albo znalazł albo zaczyna znajdować odzwierciedlenie w rzeczywistości. Czy triumf technologii nad humanitarnością czy też całkowite oddanie się bożkowi Internetu. Ba, samemu zdarza mi się czas wolny spędzić na Youtube, gdy jestem w domu i niespecjalnie chce mi się cokolwiek robić. Podczas pisania tekstów związanych z Czarnym Lustrem zawsze staram się zwrócić uwagę na to, w jaki sposób tematyka danego odcinka może nas dotknąć i jak moglibyśmy się w takiej sytuacji zachować. Sukces serialu polega m.in. na tym, że pobudza on w dość prowokacyjny sposób nasze mózgi do działania, do przewartościowania pewnych spraw, co prowadzi do swego rodzaju rachunku sumienia. W tym epizodzie cały aspekt technologiczny jest przesunięty nieco na drugi plan, prawie nie ma rzeczy, które skojarzyłyby nam się natychmiast z science-fiction, a sceneria która wygląda nieco na post-apokaliptyczną jest tylko teatrem, a my jako publiczność zmuszeni jesteśmy do refleksji.

Bowiem jak często jest tak, że tylko pasywnie, z kamerą naszego smartfona w ręku, uczestniczymy w danym wydarzeniu (niezależnie od wydźwięku)? Bardzo często widzimy ludzi, którzy biernie przyglądają się tylko zamiast działać, czekając na bohatera aby móc taką chwilę uwiecznić. W sytuacjach gdy nas spotyka jakaś krzywda, nie chcemy żeby ktoś nas filmował, raczej oczekujemy w takich sytuacjach pomocy. Victoria Skillane, bohaterka tego odcinka, budzi się w nieznanym sobie domu, z bólem głowy, zabandażowanym rękami i rozsypanymi na podłodze pigułkami. Na telewizorze, który ma przed sobą, wyświetla się jedynie jakiś dziwny symbol, kobieta nie pamięta co się wydarzyło przed wybudzeniem. Wychodząc na zewnątrz spotyka Jem, która wyjaśnia Victorii, że sygnał emitowany jest z nadajnika "White Bear". Tenże sygnał zamienił innych ludzi w widzów, którzy w żaden sposób nie komunikują się z kobietą, jedynie obserwują i nagrywają. W międzyczasie na kobiety poluje grupa łowców, którzy mają za zadanie zabić tych, których sygnał nie zmienił. Victoria musi dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi, a przede wszystkim przetrwać.


Do pewnego momentu odcinka Victoria pozostaje bezimienna, nie wiemy kim jest, skąd pochodzi i co uczyniono, aby kobieta znalazła się w tej sytuacji. Dość interesujący zabieg, ponieważ jeśli nie znamy historii osoby, łatwiej jest nam się z nią utożsamić, koncept czystej karty, "tabula rasa", działa tutaj tak, że bardziej empatycznie patrzymy na naszą bohaterkę. Zarówno z powodu sympatii do Victorii, jak i z czystej ciekawości tego kto za tym wszystkim stoi, chcemy aby wszystko się powiodło, nie kibicujemy ekipie, która stara się zabić ku uciesze widowni. Zamknięte drzwi często jednak kryją niewygodną prawdę, i nie inaczej jest tutaj, w interesującym twiście okazuje się, że.. Zresztą jeśli widzieliście którykolwiek odcinek Czarnego Lustra to wiecie, że wszyscy skrywamy jakieś tajemnice i boimy się ich odkrycia (jest jeden genialny odcinek w trzecim sezonie, ale o tym jeszcze porozmawiamy).

Drugi odcinek drugiego sezonu serialu trzyma poziom, może nie jest on tak dosłowny i wciskający w fotel, jak niektóre z uprzednio prezentowanych, ale wymusza na widzach pewną refleksję dotyczącą nas samych. Jak zawsze wbijana jest nam mała szpileczka, bo czy po trochu nie zamieniamy się w takich bezwolnych obserwatorów?  Ba, widzów...

piątek, 3 maja 2019

"10 Cloverfield Lane" (2016), reż. Dan Trachtenberg


Trylogia Cloverfield, choć dosyć luźno powiązana, ma jedną wspólną cechę, która jest bardzo charakterystyczna: suspens. Jest to ogromna zaleta, ponieważ w przypadku filmów o wielkich potworach atakujących Ziemię czy też inwazji obcych cywilizacji, z reguły dostajemy w twarz kawalkadą efektów specjalnych i potworów zalewających ekran. Czasem wydaje mi się, że budowanie napięcia jest jak sztuka antyczna, obecnie  zapomniana, a praktykowana przez nielicznych twórców, albo młodych chcących się przebić, albo mistrzów tej sztuki. Nie odbiegając jednak od tematu, na ten film czekaliśmy pełne osiem lat, w pewnym sensie zapominając już o pierwszym obrazie z tej trylogii. I tak, nadal zamierzam nazywać tę serię trylogią, chociażby ze względu na tematykę inwazji obcych cywilizacji, która z każdą kolejną częścią będzie się rozwijać, żeby osiągnąć apogeum w "The Cloverfield Paradox". 


Tak ogólnie wydaje mi się, że właśnie 10 Cloverfield Lane było najbardziej reklamowaną częścią sagi, trzecia odsłona gdzieś tam mignęła mi na Netflixie i gdyby nie oczywiste powiązanie tematyczne, pewnie nie miałbym niedługo o czym pisać. Wróćmy jednak do meritum, bo mamy przed sobą film z gatunku tych, które bardzo lubię, minimalizm łączący się z atmosferą osaczenia, który ma jednak jedną, mocno mnie rażącą, wadę. 

Po wypadku samochodowym Michelle budzi się w bunkrze. Właścicielem lokacji jest mężczyzna imieniem Howard (John Goodman), z którym mieszka Emmett (John Gallagher Jr.). Po opatrzeniu ran Howard informuje kobietę, że doszło do inwazji kosmitów i powietrze jest zatrute do tego stopnia, że nawet wychylenie nosa poza drzwi bunkra grozi natychmiastową śmiercią. W pewnym momencie zarówno Michelle jak i Emmett orientują się, że w historii Howarda pojawia się co raz więcej dziur i niedopowiedzeń, przez co oboje zaczynają kwestionować to, co jest im wmawiane. Gospodarz na początku zachowuje się jak miły wujek, który po prostu czuje się samotny. Jednak gdy dwójka jego gości zaczyna węszyć i zadawać niewygodne pytania, żeby dociec prawdy, Howard się zmienia, staje się nieufny, podejrzliwy, jakby obudziło się w nim drugie oblicze, które wszędzie widzi wrogów. Postępująca paranoja mężczyzny musi się skumulować w trzecim akcie, kiedy Michelle w końcu się buntuje i stawia czoła Howardowi. Przy okazji pobytu w bunkrze kobieta uczy się kilku bardzo przydatnych umiejętności, w tym konstrukcji kostiumu, dzięki któremu będzie mogła przetrwać cokolwiek na nią czeka poza schronem. Michelle po wielu trudnościach, po morderczym pojedynku z Howardem, wychodzi na zewnątrz i...


... I tu rodzi się coś, co nazwę rysą na diamencie. Zanim jednak przejdę do rzeczy, odpowiem na zarzuty, które w tym miejscu zaczęliście zapisywać. Rozumiem, że film można rozpatrywać jako opowieść o próbie uwolnienia się Michelle, być może z toksycznej relacji, być może ogólnie można spojrzeć na to jako metaforę dotychczasowego życia kobiety, niewiele wiemy o jej przeszłości, ale skoncentrowanie uwagi głównie na naszej bohaterce pozwala wysnuć pewne wnioski. I wiem, że sceny, które następują po wyjściu Michelle z bunkra mogą symbolizować fakt, że od przeszłości do końca nigdy nie da się uciec i trzeba ogromnej determinacji, żeby walkę podjąć. Natomiast proponuję również spojrzeć na 10 Cloverfield Lane z perspektywy psychologicznego thrillera. Kulminacyjną sceną filmu jest eksplozja domu Howarda. Po tym następuje krótka przerwa na oddech, kamera skupia się wokół Michelle, żeby zasugerować nam, że to co wmawiał kobiecie "gospodarz domu", jest bujdą i wytworem szalonego umysłu. Potem jednak wszystko rozbija się o ziemię, mamy pokazane zakończenie faktycznie związane z inwazją kosmitów, być może nawet tego samego rodzaju jak w Pierwszym Kontakcie w Cloverfield. I nie było by w tym nic złego, ale w moim odczuciu pokazano za dużo, odzierając trochę obcych z ich tajemniczości. Tak samo było w pierwszym filmie, ale tam atak był jednostkowy, tutaj wystarczyłoby chyba poprzestać na pokazaniu skali ataku.

I tak, 10 Cloverfield Lane jest przede wszystkim świetnym thrillerem psychologicznym, nie ma znaczenia jaką ideologię sobie do tego dopiszemy, czy idziemy w metaforyczną ucieczkę z toksycznego związku, czy raczej dosłowną opowieść o szaleństwie jednostki w obliczu nieuchronnej zagłady. Film nie nudzi, trzyma w napięciu, ma znakomitą atmosferę i finał absolutnie nie psuje całokształtu, po prostu brakło niewiele do perfekcji, tyle. Polecam.

wtorek, 12 marca 2019

"Projekt: Monster" ("Cloverfield"), 2008, reż. Matt Reeves


A więc Projekt:Monster? Nie wiem, ile zapłacono komuś, kto przetłumaczył dość prosty i enigmatyczny tytuł Cloverfield na język polski, ale nie było warto. No, ale dość już narzekań, bo film jest bardzo dobry. Sam zamysł jest stosunkowo prosty i tłumaczy zastosowanie found footage, które w tamtym czasie mogło już się powoli nudzić. Przypomnę, mamy rok 2008, jesteśmy świeżo po [REC], a świat oszalał na punkcie tej specyficznej metody kręcenia filmów. Osobiście fanem nie jestem, no ale jeśli ktoś robi coś dobrze, no to trzeba przyklasnąć. Jednocześnie trzeba dość nowatorsko podejść do tematu inwazji na naszą Planetę (oczywiście poza tym, że potwory atakują tylko Stany, ale to też dobrze, gdyby kosmici odwiedzili Łódź, to raczej pomogliby odbudować miasto), co też musi kompletnie zaangażować widza. Więc, albo robimy film długi i ciekawy, albo kręcimy szybko, chaotycznie i podnosimy poziom adrenaliny.

W ramach świętowania związanego z poważnym awansem Roba, dziewczyna jego brata, Beth, oraz jego przyjaciele organizują mu pożegnalne przyjęcie-niespodziankę. Na przyjęciu na chwilę pojawia się również Lily, wielka miłość Roba, który nadal kocha swoją byłą partnerkę. Oboje nie potrafią jednak zapomnieć o przeszłości i Lily opuszcza imprezę, zostawiając Roba w podłym nastroju. Niedługo później miasto atakuje jakaś ogromna kreatura i przyjęcie zamienia się w rozpaczliwą walkę o przetrwanie. W trakcie ucieczki Rob kontaktuje się z Lily, która jest uwięziona w swoim mieszkaniu, mężczyzna wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice decyduje się na niemal samobójczą wyprawę po dawną ukochaną. Towarzyszą mu Beth (z jakiegoś powodu), jego brat Jason (aczkolwiek niezbyt długo), jego przyjaciel Hudson oraz Marlene, w której Hud się podkochuje.


Niemal wszystkie aspekty tego filmu współgrają ze sobą, tempo jest niezłe, found footage działa w tym filmie na korzyść budowania atmosfery w późniejszych momentach filmu, w pierwszej połowie za to buduje ciekawą scenerię dla późniejszych wydarzeń. Obserwujemy imprezę, ostatnią dla Roba, widzimy jak reagują jego bliscy, znajomi, współpracownicy, jak bolesne dla mężczyzny było rozstanie z Lily i jak kobieta niekomfortowo czuje się w towarzystwie nie swoich znajomych. Wszystko to składa nam się na zbudowanie sceny, po której poruszają się nasi aktorzy, druga połowa filmu natomiast to sukcesywne burzenie przedstawionego nam świata, wprowadzenie potwora przypominającego słynne kaiju i zmiana tonu oraz tempa narracji. I mimo, że wyraźnie widzimy podział między aktami filmu, tranzycja odbywa się bardzo płynnie, dzięki czemu widz nie ma czasu się znudzić. Nawet jeśli nasi bohaterowie przemierzają długie tunele nowojorskiego metra, robiąc przerwę na umacnianie więzi między sobą, to reżyser nie daje im odpocząć, zostają zaatakowani, jedna z postaci nie wyjdzie z tego niestety cało (choć trzeba nadmienić, że odbywa się to bardzo widowiskowo). Na szczęście Cloverfield nie epatuje swoim potworem, skupiając się raczej na walce o przetrwanie w upadającym mieście, i dobrze, wystarczy spojrzeć w kierunku Japonii, żeby pooglądać sobie walki potworów, tutaj jako wstęp do większej całości widzimy jakby początkową fazę inwazji, pierwszy atak który ma przede wszystkim jak najmocniej zranić wroga. Biorąc pod uwagę to, co dzieje się w 10 Cloverfield Lane oraz Cloverfield Paradox, taka hipoteza ma bardzo dużo sensu.

No, ale film idealny nie jest. Przede wszystkim frustruje mnie coś, co jest jednocześnie motorem napędowym całej fabuły. Nielogiczna dla mnie jest cała ta wyprawa po Lily, która swoją drogą musi dysponować niebywałą siłą woli, żeby zapomnieć o tym, że jej noga została przebita na wylot wielkim metalowym prętem. Same obrażenia nie przeszkadzały jej również w wydostaniu się z helikoptera i ucieczce przed potworem. Dzień Świra, powiadam Wam. Pozostali uczestnicy Wyprawy mają jakieś tam mgliste motywacje, więc tu się nie czepiam, ale motywacja Roba jest dla mnie co najmniej wątpliwa.

Ale to wszystko, Cloverfield to kawał dobrego kina, fajny zaczątek dość ciekawego uniwersum, o czym będzie później. Jeśli macie 80 minut wolnego, to zachęcam.

czwartek, 21 lutego 2019

"Dead Space" (2008)


Gry komputerowe bez wątpienia są medium, które bez cienia przekory można postawić obok filmu. Oczywiście, są ludzie, którzy będą tutaj bić pianę, ale pozwólcie mi przedstawić pewną teorię, bo jak pewnie zauważyliście, zdecydowana większość popełnianych przeze mnie tekstów ma dość jasny związek z X muzą. Kinematografia grozy jest dla mnie najważniejsza, ale uwielbiam również gry, w tym, rzecz jasna, horrory. Nie trzeba mędrca, żeby stwierdzić, że poprzez pośredni udział w poczynaniach głównego bohatera, jesteśmy bardziej zaangażowani przez co zdecydowanie łatwiej nas nastraszyć. Kwestia tego, czy oglądamy w sumie nie znaczących nam bohaterów czy też stajemy się uczestnikiem wydarzeń, jest bardzo istotna w odbiorze wydarzeń i bodźców. Cały profil psychologiczny i porównania są tematem na osobną rozprawkę, tutaj posłużą mi jako wstęp do opisania dla mnie jednej z najlepszych, a z pewnością jednej z najbardziej rewolucyjnych dla mnie gier wideo, Dead Space.

Jeśli przeczytacie sobie zarys fabularny gry, to nie da się nie ulec wrażeniu że Visceral Games mocno inspirowało się Obcym. USG Kellion, na którego pokładzie służy nasz główny bohater, Isaac Clarke, otrzymuje sygnał alarmowy z USG Ishimura, statku kopalnianego. Clarke, razem z Komandor Zach Hammond oraz specjalista komputerowy Kendra Daniels udają się na statek, aby zbadać sytuację. Po wejściu na pokład, nasza załoga odkrywa, że statek jest opuszczony, a w środku grasują niebezpieczne potwory, szerzej znane jako Nekromorfy. Brzmi znajomo, prawda? To brzmi niemal kropka w kropkę jak w filmie. Dead Space mocno rozwija tę formułę, dodając do mieszanki groteskowo wyglądające potwory, niesamowicie gęstą i dającą ciary atmosferę, dodatkowo nie przeszkadzając graczowi żadną muzyką czy też niepotrzebnymi elementami dźwiękowymi. Wszystkie odgłosy wydaje Ishimura, czy są to pracujące maszyny, czy po prostu cisza, wszechogarniająca, straszna, czasami przerywana przez kontakt z załogą Kelliona lub przez potwory, które nachodzą nas co jakiś czas, wyskakując z szybów wentylacyjnych, czyhając za rogiem lub po prostu atakując z bojowym okrzykiem na... ustach.. wargach.. no nie wiem, krzyczą.


Walka, jak przystało na survival horror, musi być emocjonująca. Tutaj Visceral poszło o krok dalej, walka jest nerwowa, często sami sobie przeszkadzamy panikując jak małe dzieci. Smaczku dodaje fakt, że potworów nie da się tak po prostu zastrzelić czy też pociąć jakimś ostrym narzędziem. Nie, nie, nie, jesteśmy w kosmosie i mamy do czynienia z bestiami, które nie zareagują na byle wystrzał. Nekromorfy trzeba rozczłonkować i na 200% upewnić się, że trup to trup, bo nigdy nie wiadomo. I właśnie to wywołuje największą panikę, przy jednym wrogu jest jeszcze w miarę ok, natomiast w grupie wcale nie jest raźniej, tu nie ma litości, jeden błąd i po nas. Swoją drogą, animacje śmierci bohatera są chyba jedynym powodem, dla którego warto w tej grze ginąć, są one soczyste, brutalne i jeśli tylko na to pozwolimy, będziemy mogli sobie pooglądać jak głębokie wnętrze ma Isaac.

Gameplay w Dead Space jest pierwszorzędnej jakości, jednocześnie prosty i skomplikowany, to od nas zależy jakim bohaterem będzie nasz Pan Inżynier. Czasem gra nam pomaga, chociażby poprzez pomoc w znajdowaniu właściwej ścieżki. Jednym klawiszem możemy sprawdzić gdzie powinniśmy pójść, żeby poczynić progres. Jednocześnie jest to fantastycznie pokazane, taki technologiczny smaczek, tu nie ma miejsca na magię, no chyba że czarną, ale to chyba też nie to. Do samych straszaków idzie się przyzwyczaić, choć twórcy gry są bardzo kreatywni w podejściu do rozgrywki. Czasem jesteśmy wrzucani w stan nieważkości, gdzie mamy do wykonania wszelakie zadania, a nawet jedną walkę z bossem. Wszystko to fajnie wpisuje się w tematykę strachu związanego z eksploracją kosmosu i tym, że nigdy nie wiem, co czeka nas w tej nieskończonej otchłani. W horrorze było to wykorzystane nie jeden raz, ale w grach komputerowych rzadko udawało się uczynić zagrożenie tak rzeczywistym i niemal namacalnym jak tutaj, za co ogromne propsy.

Dead Space jest zdecydowanie wart polecenia i wszelkich pochwał. Szkoda, że EA to EA ("And EA is shit", cytując Jima Sterlinga) i Visceral Games już nie istnieje, kto wie, co jeszcze moglibyśmy ujrzeć, gdyby pozwolono im wykonywać swoją robotę. Warto pograć, zwłaszcza, że nie jest to drogi tytuł. Polecam.

poniedziałek, 11 lutego 2019

"Nie otwieraj oczu" ("Bird Box"), 2018, reż. Susanne Bier


Nie podoba mi się ten film. Proszę, najkrótsza recenzja świata, epitafium domorosłego krytyka filmowego, coś co chyba będzie napisane na moim nagrobku. I to nie jest tak, że nie lubię każdego filmu, który oglądam, z takim nastawieniem już dawno cała ta zabawa zbrzydła by mi i najwyżej dostałbym wrzodów. Do Bird Box (pozwolę sobie tutaj na używanie oryginalnego tytułu, polski brzmi jak tytuł questa nadawanego przez NPC-a, który chce się Ciebie pozbyć) podchodziłem optymistycznie, bo i założenie brzmi całkiem fajnie. Oto bowiem ziemię (a konkretnie na Stany Zjednoczone, bo oczywiście, że tak) zaatakowało... cóż, tutaj miała leżeć zdaje się siła filmu, ponieważ byt, który nas odwiedził jest tak tajemniczy i potężny, że samo spojrzenie wystarcza, aby oszaleć i (w większości przypadków) odebrać sobie życie. Koncept świetny, nie ukrywam, że byłem tym scenariuszem zaintrygowany, choć może w nie sięgnąłbym po tę produkcję, gdyby nie niesamowity hype, który otaczał film ze wszystkich stron. A jak mawiał Yosemite Sam, Jeśli nie możesz z nimi wygrać, to się do nich przyłącz

Zaznaczę w tym momencie, że będę spoilerował cały film, więc jeśli, drogi Czytelniku, jeszcze nie oglądałeś filmu i bardzo Ci na tym zależy, no to daj sobie spokój z tym tekstem, póki co, wolę przeprowadzać merytoryczne dyskusje, niż rozpalać niepotrzebne emocje.

Film zaczyna się dość chaotycznie, bo praktycznie od razu jesteśmy wrzuceni w wir wydarzeń, Sandra Bullock przedstawia dwójce dzieci proste, ale bardzo istotne w kontekście przetrwania zasady, z których jedna jest najważniejsza: nie zdejmujcie z oczu przepasek, które Wam dałam. Po wprowadzeniu zaczynamy akcję właściwą, czyli oglądamy jak doszło do tego, że Bullock w ogóle przebywa w tym pomieszczeniu z dwójką dzieci. Poznajemy innych bohaterów, ich historie i sposoby radzenia sobie z sytuacją. Oczywiście dwójka bohaterów zakochuje się w sobie i płodzą dzieci, miłość ponad rozsądek, chciałoby się powiedzieć.


Trzeba sobie jedną rzecz powiedzieć wprost. Nie ma nic złego w sztampie, o ile jest ciekawa, jest zrealizowana poprawnie i generalnie potrafi widza wciągnąć oraz pozostawić po sobie dobre wrażenie. Bird Box jest nudny, jest w nim zero dramaturgii, i mimo tego, że prostym zadaniem wydaje się podążanie tropem, który wyznaczyło już wielu twórców, to ni cholery w tym potworku suspensu. Nawet sceny, które mogły być na prawdę przerażające, padają ofiarą nieudolnego prowadzenia. Weźmy za przykład sceny, w których trójka pozostałych przy życiu postaci przebywa w łodzi, podróżując ku Ziemi Obiecanej. Jaki tu jest zmarnowany potencjał, można pisać prace magisterskie, a licencjat można by bronić 10 lat. Nie wiem, może nie potrafię dostrzec kunsztu aktorskiego Sandry Bullock, ale tam się do ciężkiej cholery nic nie dzieje. W jednej scenie jakiś szaleniec próbuje zerwać opaskę z oczu kobiety, by ta "mogła to ujrzeć". Serio, scena z przysłowiowej dupy, chyba tylko po to, żeby przerwać monotonię kolejnych scen. W dodatku kończy się tak szybko jak się zaczęła, nie pozostawia żadnego śladu na bohaterce, nie robi się ona bardziej czujna, nie jest wyczulona na kolejne dziwne odgłosy (co jest chyba motywem przewodnim tego filmu), NIC SIĘ NIE DZIEJE. 

Ktoś może powiedzieć, że się czepiam, że film jest oparty na mitologii Cthulhu, że tych bytów nie można oglądać na własne oczy, ponieważ może to wpędzić w szaleństwo, którego ludzki umysł nie pojmuje. Punktem zaczepienia są tutaj rysunki, które przynosi Gary i faktycznie coś w tym jest, rysunki przedstawiają postaci z mitologii Lovecrafta i samo doszukiwanie się podobieństw jest jedynym elementem, który w miarę ratuje Bird Box przed byciem kompletną stratą czasu. Ba, może ktoś sięgnie po prozę mistrza i znajdzie w tym swoją niszę (swoją drogą, warto poczytać o Cthulhu, świetna lektura), więc ten obraz nie jest tak całkiem beznadziejny.

Niemniej jednak, Bird Box jest rozdmuchanym produktem, który dzięki dobrej kampanii reklamowej w postaci idiotów i "Bird Box Challenge" obejrzało mnóstwo widzów. Dla mnie jednak był to czas stracony, a biorąc pod uwagę zwłaszcza to, że film trwa ponad 2 godziny, które mogłem spędzić na oglądaniu np. antologii horrorów młodych reżyserów (takich serii na Netflixie nie brakuje, o czym wkrótce), to tym bardziej jest mi szkoda. Nie polecam.