piątek, 13 lutego 2015

"Death Note" ("Desu Noto"), 2006-07, reż. Tetsuro Araki

Bogowie Śmierci czasami się nudzą. Ileż można w końcu grać w kości i rozmawiać, każdy potrzebuje rozrywki. Ryuuk ma dość nudy i "gubi" Notatnik Śmierci w świecie ludzi. Znajduje go młody i genialny student, Yagami Light, który szybko zdaje sobie sprawę, że Notatnik to nie jakiś mało wyrafinowany dowcip, a potężna broń, którą wykorzysta w walce ze złem. Nie z siłami zła, to by było zbyt proste, Yagami chce oczyścić świat z przestępców, ludzi którzy dopuszczają się złych uczynków i tym podobnych. Sprawą tajemniczych zgonów przestępców zajmuje się L, ekscentryczny (delikatnie rzecz ujmując, o czym za chwilę) i jednocześnie nieprawdopodobnie błyskotliwy detektyw, który rozpoczyna z tajemniczym Kirą grę, w której stawka jest dużo większa niż się początkowo wydaje.
Tak przedstawia się fabuła "Death Note", 37-odcinkowego anime, które prosty dość koncept zabawy w Boga przedstawia w iście rewolucyjny sposób. Oto bowiem za pomocą prostego środka, którym jest notatnik, umożliwia zwykłemu człowiekowi dokonywanie sądu i egzekucji wedle własnej interpretacji. Yagami skrzętnie z tego korzysta, stawiając sobie za cel oczyszczenie świata z wszelkiego zła, którym wg niego są ludzie. Do Notatnika załączonych jest kilka zasad, np. twarz osoby, której imię i nazwisko wpisujemy, musi być w naszych myślach, inaczej nie będzie efektu. Lub jeśli nie napiszemy przyczyny śmierci, to ofiara umrze na zawał serca w przeciągu 40 sekund. Jeśli natomiast podamy przyczynę śmierci, to wszystkie szczegóły muszą zostać spisane w ciągu kolejnych 6 minut i 40 sekund. Ciekawa jest tu jednak idea Shinigami (Boga Śmierci), którego rozpoznać może tylko i wyłącznie osoba, która dotknie zeszytu. Najciekawszy wg mnie zapis to ten, który mówi, że po śmierci użytkownik zeszytu nie może trafić ani do Piekła ani do Nieba.
"Death Note" bardzo śmiało stawia przed widzem pytania: Co byś zrobił z władzą, jaką daje Notatnik? Stałbyś się sędzią i katem czy zrobiłbyś coś dla większego dobra? Jak rozumieć większe dobro? Anime prowadzi dialog ze swoim widzem, jednocześnie pokazując, jak radzi sobie młody człowiek, postawiony przed wyborem ścieżki, którą ma się udać. I mimo, że myślimy, iż droga, którą obrał Raito (Yagami Light w oryginale nazywa się Raito Yagami, znaczenie imienia jest to samo, "światło") jest całkowicie słuszna, to z tyłu głowy siedzi wątpliwość, czy z moralnego punktu widzenia osądzenie innych należy właśnie do Yagamiego. Na początku serii widzimy, jak Light ratuje młodą dziewczynę przed grupą motocyklistów i zaczynamy mu kibicować. Później jednak zastanawiamy się, jak my byśmy postąpili, i kiedy Kira (pseudonim pod którym ukrywa się Raito) wpisuje co raz więcej nazwisk do Notatnika, wątpliwości stają się większe. Jak definiujemy złą osobę? Czy tak samo potraktujemy złodzieja jabłek i rabusia, który ukradł staruszce torebkę?
Na to pytanie stara się odpowiedzieć L, genialny detektyw, choć nieco ekscentryczny. Siedzi tylko w pozycji kucznej (twierdzi, że znacząco poprawia to jego zdolności dedukcyjne), telefon komórkowy trzyma w bardzo dziwny sposób i je tylko słodycze. Nie zmienia to jednak faktu, że L jest jedną z najciekawszych postaci w historii anime, dzięki czemu przyciąga przed ekran chorych na Syndrom Jeszcze Jednego Odcinka. Pojedynek, który toczy z Kirą, jest bardzo intensywny, pełen zwrotów akcji i ryzykownych decyzji. Przykładowo gdy w jednym z początkowych odcinków L podstawia jednego z więźniów jako siebie, Kira natychmiast wpisuje nazwisko swojej ofiary. Pewny zwycięstwa odlicza sekundy do egzekucji i gdy na ekranie ukazuje się wielka, gotycka litera "L" z wiadomością od prawdziwego detektywa, pojedynek rozpoczyna się na prawdę, gdyż L nie tylko wie w jakim kraju mieszka Kira, ale także w jakim mieście, co sprawia, że Light musi podjąć wszelkie możliwe środki ostrożności. Gdy zobaczycie, co potrafi Light w celu ochrony swojej misji, szczęka opadnie Wam niejeden raz.
Fabuła jest absolutnie rewelacyjna, staje się jeszcze lepsza, gdy zaczyna się gmatwać, do końca trzymając na krawędzi fotela. Muszę jednak przyznać, że ostatnie 10-15 odcinków jest nieco pohamowane, jedno wydarzenie troszeczkę psuje cały efekt, nie mogę Wam jednak zdradzić co się stanie, ponieważ jest to chyba najważniejszy moment w całym anime. Na szczęście twórcy uniknęli rozdrobnienia historii przez postacie poboczne. Akcja toczy się w zamkniętej grupie kilku osób i nawet gdy przedstawiane nam są nowe, nie tracimy na jakości. W zasadzie oprócz jednego zwrotu akcji nie ma się do czego przyczepić, pozostaje z zapartym tchem śledzić świętą misję Kiry (Kira=Killer=Zabójca). Słowa ogromnej pochwały należą się kompozytorom muzyki do "Death Note". Ścieżka dźwiękowa jest mistrzowska, żaden utwór nie odstaje od reszty, od pompatycznych numerów orkiestralnych poprzez spokojne melodie, które powoli zarysowują przebieg akcji ("L's Theme" to mój osobisty faworyt). Co jakiś czas zdarza mi się przesłuchać OST z anime i nie traci ono na jakości, absolutny plus.
Czy jestem w stanie napisać coś złego o "Death Note"? Postaci, które pojawiają się w trzeciej części serii (dzieląc anime na standardowe, 12-odcinkowe części), choć nie psują całokształtu, niewiele także dodają, co troszeczkę zaburza przebieg oglądania i gdyby nie fantastyczna fabuła, to miałbym problem ze śledzeniem tego tytułu. I w zasadzie to wszystko, DN jest wciąż moim ulubionym anime i nie mam w kwestii wad nic więcej do dodania.
"Death Note" jest kolejnym tytułem, który zdecydowanie udowadnia, że anime to nie bajki dla dzieci. Absolutnie dojrzała i mocna historia, która zadaje widzowi trudne pytania, jednocześnie podając własne odpowiedzi, rewelacyjna ścieżka dźwiękowa oraz niezapomniane postaci tworzą doskonały zestaw, dzięki któremu 37 odcinków kończy się zdecydowanie zbyt szybko. Absolutnie polecam.

sobota, 24 stycznia 2015

"Następny jesteś Ty" ("You're next"), 2011, reż. Adam Wingard

Adam Wingard to jeden z reżyserów nowej młodej fali horroru. Człowiek, który w 2012 roku stworzy świetne "V/H/S", rok wcześniej daje światu nowy film z podgatunku "home assault", tym razem bardziej w konwencji slashera. Bo tak na prawdę "Następny jesteś Ty" takim właśnie tworem jest i choć przyznać trzeba, że dzięki kilku głupotkom nie będzie to tytuł legendarny (polecam "Funny Games"), to z pewnością zajmie wysoką pozycję w moim prywatnym rankingu filmów na "czwórkę". Ale od początku..
Rodzina Davisonów zbiera się w domu rodziców, aby uczcić ich rocznicę ślubu. To, że nie jest to rodzina bez problemów dowiadujemy się w zasadzie od pierwszego spotkania Crispiana i Drake'a, w zasadzie żadne z rodzeństwa za sobą nie przepada, szybko jesteśmy świadkami awantury pomiędzy braćmi. W czasie sprzeczki nieznany sprawca za pomocą kuszy zabija Mięso Armatnie nr 1 (wybaczcie, ale formuła slasherów wymaga na mnie używanie oficjalnych imion dla postaci, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły). Wtedy właśnie rozpoczyna się walka o przetrwanie, podczas której Davisonowie muszą się zmierzyć z bezwzględnymi zabójcami oraz wilkiem w owczej skórze...
Absolutną gwiazdą filmu jest Erin, grana tu przez Sharni Vinson ("Step Up 3D"). Postać ta jest absolutną definicją słowa "badass", nie tylko od początku zachowuje zimną krew, ale równie szybko zaczyna walczyć z napastnikami, nie jest bezbronną ofiarą. Ba, do tego stopnia nią nie jest, że opracowuje różne zmyślne pułapki, które koniec końców skutecznie niweczą plany antagonistów. I choć nie wypada psuć zakończenia, to w finałowej scenie jest rewelacyjna, skutecznie odpierając ataki dwojga oponentów. Bez mrugnięcia udziela pomocy, mam jednak jedno zastrzeżenie w scenie podczas której wiecznie (jej zdaniem) niedoceniana przez rodzinę Kelly, pragnie pomóc i pobiec po kogokolwiek, wtedy właśnie ani Erin ani ktokolwiek z rodziny bez żadnych wątpliwości zawierza powodzenie całej tej szalonej operacji właśnie Kelly. I jakkolwiek efektownie się to nie kończy, to jest to właśnie jedna z tych głupotek, które odejmują trochę od całej oceny.
Szkoda właśnie, że reszta postaci jest w zasadzie tłem dla Erin i jej zmagań z mordercami. Oprócz Drake'a (Jon Swanberg) nikt jakoś nie wpadł mi w oko, nikogo nie jestem w stanie specjalnie wyróżnić, nawet Felix, który ma do odegrania większą rolę w całym przedsięwzięciu, gdzieś przepada, wtapia się w tło. I choć ktoś mógłby to powiedzieć, że z fabularnego punktu widzenia to ma sens, to ja powiem, że pojawia się jak królik z kapelusza, a jego rola i tak nie jest do końca zaznaczona. Crispian znika na 3/4 filmu, żeby pojawić się ostatniej scenie, której równie dobrze mogło zabraknąć, a film i tak skończyłby się lepiej. Cóż można powiedzieć o reszcie rodziny? Mięso armatnie. No ale takie właśnie są slashery, co prowadzi do kolejnego punktu programu, zabójstw.
Sceny śmierci są soczyste, niektóre brutalne, niektóre nieco mniej, wszystko jednak wpasowuje się doskonale w wydarzenia na ekranie, scena o której wspomniałem, choć proste, to zasługuje na szczególne uznanie. Mnie najbardziej przypadło do gustu zabójstwo w końcowej scenie, podczas walki Erin z dwojgiem napastników. Nie będę Wam psuł tej przyjemności, warto jednak przeczekać do finału.
"Następny jesteś Ty" nie jest oczywiście filmem niepozbawionym problemów. O ile to co widzimy i słyszymy jest na dobrym poziomie, to kilka logicznych błędów ciągle razi. W jednej ze scen Davisonów zapomina, że jeden z napastników ma w zanadrzu kuszę i radośnie debatuje przy oknie (nawet Erin o tym zapomina, a zostało wcześniej ustalone, że pierwszy z morderców doskonale zna teren, na którym wykonuje swoją pracę i potrafi przemieszczać się pomiędzy lokacjami dość szybko). W jednej z kolejnych Drake odurzony Vicodinem i zirytowany tym, że ma strzałę w plecach wyciąga ją, żeby na widok własnej krwi natychmiast zemdleć. I choć wiem, że to raczej normalna reakcja, to cała sytuacja wygląda przekomicznie, co w horrorze bazującym na atmosferze osaczenia nie powinno mieć miejsca.
Największym problemem, dzięki któremu za pierwszym razem zakończyłem seans po 15 minutach było nieznośnie ślamazarne tempo pierwszej połowy obrazu. Całe przedstawienie postaci (z którego w zasadzie nie dowiadujemy się niczego sensownego) wydłuża film i to nie w sposób, który wbija w fotel. Warto się wprawdzie przemęczyć, nie zmienia to faktu, że pan Wingard powinien lepiej przemyśleć całą sprawę.
"Następny jesteś Ty" to solidna produkcja. Podgatunek home assault może z dumą prezentować swoje kolejne dziecko. I choć oczywistym jest, że film ten nie jest mistrzostwem świata, to około 90 minut spędzonych przed ekranem monitora nie było dla mnie czasem straconym. Takie obrazy warto oglądać, rzecz jasna przymykając najpierw na głupotki i niedociągnięcia. Zdecydowanie polecam.

wtorek, 6 stycznia 2015

Podróż w przeszłość (4): "Milczenie owiec" (1991), reż. Jonathan Demme

Zaskakujące dla mnie jest to, jak wiele psychologicznych horrorów miało wpływ na moją fascynację gatunkiem. Poczynając od gier ("Silent Hill", "Resident Evil") poprzez filmy ("Ju-On 2") rozwijałem zarówno siebie jak i pasję, która zapłonęła parę lat temu. I choć przyznaję, że bardziej krwiste pozycje nie są mi obce (ba, uwielbiam slashery i filmy o zombie, uważam również że scena gore jest źle rozumiana i niedoceniana), to właśnie filmy takie jak "Milczenie Owiec" miały na mnie największy wpływ. Wchodzimy więc w nowy rok z przytupem, będę dzisiaj wyłącznie chwalił, jedziemy!
Współcześnie dość rzadko się zdarza, żeby adaptacja książki odniosła sukces zarówno wśród widzów, jak i krytyków. Thomas Harris pisząc swoją książkę nie miał zapewne pojęcia, jak ważną franczyzą stanie się "Milczenie Owiec" (rozrośnięte obecnie do pięciu filmów i serialu) oraz jak charakterystyczną postacią w świecie horroru będzie Hannibal Lecter. Ale od początku, tym którzy jakimś cudem nie widzieli filmu, należałoby przedstawić pokrótce fabułę obrazu Jonathana Demme.
W mieście szaleje seryjny morderca skrywający swoją tożsamość pod pseudonimem "Buffalo Bill", który nie dość że swoje ofiary torturuje, zabija, to na dodatek odziera je ze skóry. Młoda agentka FBI, Clarice Starling, musi podjąć współpracę z innym zabójcą, Hannibalem Lecterem, znanym z gustowania w ludzkim mięsie. Od pierwszego spotkania tych dwojga rozpoczyna się gra psychologiczna, w której to Lecter skutecznie punktuje słabości Starling (graną tu przez Jodie Foster), natomiast młoda agentka specjalna musi wyciągnąć informacje od doktora jednocześnie odkrywając samą siebie i walcząc z demonami przeszłości.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że jest to film legendarny. Wszelkie pochwały wobec obrazu Demme'a zostały już pewnie wypowiedziane, mimo wszystko warto to powtórzyć. Atmosfera gniecie i nie puszcza, rzadko kiedy ogląda się tak ciężkie filmy. Widać to zwłaszcza w scenach z Lecterem (Anthony Hopkins wycisnął z 16 minut, w których był na ekranie, absolutne maksimum), to właśnie rozmowy z agentką Starling jednocześnie napędzają fabułę i nadają jej tempo, dość powolne trzeba przyznać, jednak tempo, które w połączeniu z atmosferą dają niesamowity efekt. I choć przyznać trzeba, że Buffalo Bill blednie przy postaci doktora Lectera, to i on wykorzystuje w pełni potencjał postaci. Jest psychopatyczny, nie ma żadnych skrupułów i posiada swój chory rodzaj motywacji.
Ale skąd tu inspiracja do pasjonowania się horrorem? "Milczenie owiec" dobitnie pokazuje, że największym potworem może być człowiek, Twój sąsiad, Twój szef, współpracownik, sprzątaczka, ktokolwiek. Hannibal Lecter jest miłośnikiem kultury wyższej. Oczytany, piekielnie inteligentny psycholog-meloman, który zdecydowanie potrafi oczarować swoją charyzmą, żeby chwilę później podać Twój mózg na talerzu, oczywiście dobrze wypieczony. Stąd właśnie "Milczenie owiec" gości tutaj, jest to film, który zdecydowanie potrafi przytłoczyć atmosferą i choć ze strachem może mieć to mało wspólnego, to jednak uczucie silnego niepokoju jest tu najważniejszym czynnikiem. Nie da się z jednej strony ukryć, że bez postaci Hannibala Lectera ciężko by było stworzyć podobną historię, tak na prawdę to wokół doktora kręci się fabuła zarówno tego, jak i reszty filmów.
Z całego serca polecam "Milczenie owiec" tym, którzy jeszcze nie mieli okazji obejrzeć tego znakomitego obrazu. Zrozumiecie wtedy, że potwór kryje się w każdym z nas.

piątek, 26 grudnia 2014

"Kotoko" (2011), reż. Shinya Tsukamoto

Przyznam na samym początku, że musiałem przeczytać recenzję "Kotoko", żeby w pełni zrozumieć znakomitość tego filmu. Dopiero potem zdałem sobie sprawę, że interpretacja obrazu Tsukamoto, znanego i uwielbianego undergroundowego twórcy klasyków takich jak "Tetsuo: Człowiek z żelaza" czy "Tokyo Fist" jest dość jednoznaczna. Chciałem zacząć ten tekst od stwierdzenia, że samotne macierzyństwo to potężna orka. Pójdźmy krok dalej i przedstawmy pokrótce fabułę "Kotoko".
Kotoko (w tej roli Cocco, gwiazda J-popu) jest samotną matką z trudem godzącą swoją pracę (która nie jest mi do końca znana, gdyż ludzie siedzą i podkreślają te same zdania, kredkami lub czymkolwiek innym) i wychowanie syna, Daijiro. Na razie nie brzmi najgorzej, prawda? Dorzućmy do tego przypadłość polegającą na tym, że Kotoko widzi ludzi podwójnie tzn. widzi ich dobrą i makabrycznie złą stronę (podobnie do ostrej psychozy maniakalnej). Nie mogąc odróżnić, które odbicie jest prawdziwe, jej życie jest ciągłym koszmarem, co zresztą widać w kilku bardzo ciekawych i niepokojących scenach. Kotoko tnie się regularnie, żeby sprawdzić czy to co odczuwa jest prawdą czy złym snem. Cała ta sytuacja doprowadza do najbardziej przerażających dla niej omamów, podczas których wydaje jej się, że zabija swojego synka. Doprowadza to do utraty władzy rodzicielskiej, Daijiro trafia do siostry głównej bohaterki. Niedługo potem Kotoko poznaje Seitaro Tanakę, znanego autora książek, który przyciągnięty jej śpiewem zaczyna ją prześladować, co doprowadza do bardzo dziwnego i niepokojącego związku (miłość ponad wszystko czy już obsesja?).
Dalej jest dobrze, ale tylko na chwilę. Nie chcę zdradzać, co dzieje się do końca filmu, ale warto wytrzymać, ponieważ Tsukamoto nie idzie ku szczęśliwemu zakończeniu. I całe szczęście, ponieważ zepsułoby to ideę obrazu, czyli pokazanie przegranej z góry walki Kotoko z samą sobą, jej chorobą i samotnością.
"Kotoko" zawdzięcza swój sukces wspaniałej kreacji Cocco, która włożyła w rolę cały wachlarz swoich umiejętności. Nie tylko cudownie śpiewa (co swoją drogą doskonale wpisuje się w wydarzenia prezentowane na ekranie i kreuje fantastycznie niepokojącą atmosferę), ale pokazuje też warsztat aktorski, którego może pozazdrościć niejeden hollywoodzki aktor czy aktorka. Dawno nie czułem się tak nieswojo oglądając psychologiczny horror, momentami nawet można się przestraszyć (przyznaje, że dzieje się to głównie podczas majaków bohaterki, aczkolwiek jest dobrze), wszystko w tej warstwie jest tak, jak być powinno. Drugą ważną postacią jest tu sam reżyser, który wcielił się (tradycyjnie sam bierze na siebie jakąś rolę i to niekoniecznie epizodyczną, w "Tetsuo" zagrał głównego bohatera) w Tanakę, prześladowcę Kotoko, która ostatecznie się z nim związuje (inna sprawa, że charakter tego związku jest... um... delikatnie rzecz ujmując chory). Tanaka zakochuje się w kobiecie, która znęca się nad nim fizycznie, nie chce przyjąć jego oświadczyn i wcale nie traktuje go jak swojego mężczyznę. Problem w tym, że on jest zakochany do szaleństwa, przyjmuje to rozmiary wręcz obsesyjne.
Opowiedziałem wcześniej, że "Kotoko" to horror o tym, że macierzyństwo, dzięki nieustannym trudom, niemocy przy radzeniu sobie gdy wszystko się wali (jest w filmie taka ikoniczna scena, gdy Kotoko przeżywa załamanie, kiedy nie może uspokoić dziecka, przypala swój obiad, doznaje oparzenia od patelni, żeby w końcu usiąść pod ścianą i kompletnie pęknąć), rzekłbym wręcz że dla samotnej kobiety to może być najgorszy koszmar. Tsukamoto jednak nie drwi, ba jest jak najbardziej daleki od tego, film jest swego rodzaju hołdem dla wszystkich strudzonych matek, które samotnie muszą radzić sobie z utrzymaniem i wychowaniem dziecka, dokładając do tego chorobę psychiczną głównej bohaterki czyni swoje dzieło czymś więcej..
Gdybym miał przed czymś przestrzec potencjalnego widza "Kotoko", to z pewnością powiedziałbym, że film wymaga cierpliwości w odbiorze. Tempo jest powolne, ale służy podkreśleniu ogromu wyzwań, którym musi nasza bohaterka sprostać. Nie sposób nie zgodzić się również z twierdzeniem, że mamy tu do czynienia raczej z dramatem psychologicznym aniżeli z horrorem. Z drugiej strony gdy popatrzymy na sceny majaczącej na jawie Kotoko czy momenty w których do akcji wkracza Tanaka możemy wysunąć śmiałe argumenty w przeciwną stronę. Moim zdaniem jest to jak najbardziej horror psychologiczny i to wyjątkowo udany. Potrafi jak mało który film wryć się w psychikę i wiercić tam dziurę, niejednokrotnie wywołując uczucie niepokoju. Warto poświęcić 1,5 godziny na seans, obraz pokazuje, że kino azjatyckie na prawdę jest warte uwagi. Szczerze polecam.

piątek, 19 grudnia 2014

"Tokyo Ghoul" (2014), reż. Shuhei Morita

Anime to wyjątkowo ignorowane medium w społeczeństwie. Oceniane jako miałka rozrywka (padają oczywiście określenia w stylu "chińska bajka", ale zaściankowych teorii nie trzeba komentować) dla ludzi, którzy wychodzenie z domu i kontakty społeczne traktują jako ostateczną konieczność, anime co chwilę pokazuje, że jest czymś więcej. Tytuły takie jak "Gilgamesh" czy "Wolf's Rain" wyrastają ponad standard, z jakim polska publika miała do tej pory do czynienia (przyznać trzeba, że "Tsubasa" czy "Yataman" nie były mistrzostwem scenopisarstwa). Gdyby zagłębić się dalej w listę dostępnych serii, każdy znalazłby dla siebie coś, co odpowiadało by gustom każdego z nas. Jako, że pasjonuje mnie horror, to ten właśnie gatunek jest u mnie na pierwszym miejscu w kategorii poszukiwanych. Znaleźć jednak tytuł, który może kogoś wystraszyć jest zadaniem karkołomnym. Nie dlatego, że jest to niemożliwe, dzieje się tak dlatego, ponieważ w japońskiej animacji dominują raczej tytuły gore, seriali stawiających na atmosferę jest stosunkowo niewiele (pamiętam niedawno odkryte "Kakurenbo", krótkometrażową wariację na temat zabawy w chowanego), stąd też dzisiaj spojrzymy na świeżutkie anime, "Tokyo Ghoul".
"Tokyo Ghoul" to anime, które oprócz krwistej treści, stara się również wywrzeć wpływ na psychikę widza, poniekąd odnosząc sukces. "TG" odpowiada historię Kanekiego, który pewnego dnia poznaje tajemniczą kobietę, która okazuje się ghoulem, istną plagą Tokio, istotą żywiącą się ludźmi w celu podtrzymywania sił życiowych. Chłopaka ratuje cud w postaci zawalonej konstrukcji budowlanej, która przygniata jego i Rize. Ratuje go również nowoczesna medycyna, dzięki której część organów ghoula zostaje przeszczepiona Kanekiemu. Prowadzi to jednak do tego, że chłopak staje się hybrydą człowieka i ghoula, z apetytem na ludzkie mięso, ale również z ogromną blokadą psychiczną, która stawia pytanie "kiedy człowiek przestaje być człowiekiem?".
Dalej obserwujemy rozwój Kanekiego, wspomagany przez Anteiku, organizację "dobrych ghouli" oraz przez poznanych Ghouli, Tokę (wieczne wkurzona dziewczyna z miękkim sercem), Higami (13- letnią dziewczynkę, która po zabójstwie jej matki, znajduje brata w osobie Kanekiego) i resztę bardzo interesujących i niekiedy absolutnie szalonych postaci (Tsukiyama przewodzi stawce, ghoul-kanibal z dziwnym fetyszem na punkcie Kanekiego, przebija go chyba tylko Suzuya, absolutny świr, którego nie sposób nie uwielbiać). Wszystkie te persony są niezwykle interesujące, a ich historie potrafią nie tylko przerazić, ale niekiedy również poruszyć serce (przykładem niech będzie historia Nishio i jego miłości do ludzkiej kobiety).
Poruszyłem jedynie wierzchołek góry lodowej. Mamy jeszcze CCG, czyli policję zajmującą się eksterminacją ghouli, no i rzecz jasna złych ghouli, które dzielą się na kilka grup (póki co mamy koniec pierwszego sezonu i zostały one dopiero naruszone, więc nie mogę ich tu opisać), opisanie każdej postaci po kolei zajęło by zdecydowanie zbyt dużo czasu, pierwszy sezon skupia się głównie na Anteiku i Kanekim.
O "Tokyo Ghoul" można mówić w samych superlatywach. Animacja jest rewelacyjna, szybka i płynna, doskonale ukazuje każdy szczegół walk, postaci i efektów jakie wywiera na nich każda akcja. Jest krwawo, aczkolwiek mam ogromny zarzut do studia Funimation. Dlaczego w 2014 roku, w anime z kategorii horror i +18 mamy do czynienia z cenzurą? Zabieg marketingowy? Czekacie, żeby wydać edycją "X-rated" na DVD? Nieładne zagranie zwłaszcza, że najbardziej efektywne dla fabuły i efektowne dla widza sceny są bardzo krwawe i oglądanie ich w negatywie bardzo psuje zabawę. Animacja w tym anime działa bardzo mocno w kwestii straszenia. Na szczęście obyło się bez tanich straszaków, mamy tu do czynienia z mocnym wierceniem psychiki (ostatnie dwa odcinki to już jazda bez trzymanki), twórcy nie cofają się przed niczym, i całe szczęście, dawno nie oglądałem tak mocnego anime, które zachowuje swoją strukturę od początku do końca, choć trzeba przyznać, że środkowe dwa trzy odcinki raczej zwalniają tempo, co jednym może wydawać się dobre aby wziąć oddech, mnie jednak przydałoby się dalsze zawiązanie akcji.
Podobny zarzut mam pod względem głównego bohatera serialu. Walka Kanekiego o zachowanie człowieczeństwa jest fantastyczna, ukazana doskonale pod względem graficznym i dźwiękowym. Ostatnie dwa, trzy odcinki to również rewelacja, gdy młody ghoul ma już dość tortur i daje się zabrać "ciemnej stronie mocy" w bardzo efektownym finale sezonu. Za to środek? Wolny, Kaneki prawie zostaje odsunięty na bok, tak bardzo nic nie znaczy dla fabuły, pojedyncze zrywy i jego interakcja z Higami niespecjalnie ratują sytuację. Ogólnie rzecz biorąc, lubię Kanekiego, chciałbym jednak, żeby jego postać trochę bardziej ewoluowała w trakcie trwania anime.
Cóż więcej można powiedzieć? Obecnie nakręcony został jeden sezon, drugi planowany jest na początek 2015 roku i szczerze mówiąc nie mogę się doczekać. "Tokyo Ghoul" to bardzo dobre anime, wymykające się standardom "od zera do bohatera", które nie oszczędza na efektowności, jednocześnie wiercąc widzowi dziurę w głowie, efektywnie stosując presję na psychice. Polecam zdecydowanie zapoznanie się z tytułem, nawet jeśli nie jesteście miłośnikami japońskiej animacji.