środa, 14 listopada 2018

"Czarne Lustro" ("Black Mirror") 2011-, sezon 1 odcinek 2, "Fifteen million merits"


Czarne Lustro miało chyba jedno z najmocniejszych wejść w historii seriali. Mało który pierwszy odcinek dowolnej serii był tak wstrząsający, a jednocześnie tak bardzo dotykający rzeczywistości, w której się obracamy. Jednocześnie premierowy epizod wyznaczył drogę, po której będziemy się od tej pory poruszać, czyli raczej pesymistyczna wizja tego, do czego może doprowadzić coraz szybszy rozwój technologiczny. Drugi odcinek pierwszej serii osadzony jest w nieokreślonej przyszłości, gdzie ludzie mogą kupić swój los przy pomocy Waluty. Walutę zyskują poprzez... jazdę na rowerze stacjonarnym. Dzięki zarobionym pieniądzom mogą realizować swoje marzenia, te mniej i bardziej przyziemne. Mogą również utonąć w tych bardziej przyziemnych przyjemnościach. Są tacy, którzy marzą o sławie, więc chcą dostać się na przesłuchania do talent show. Jedną z takich osób jest Abi, która marzy o karierze wokalistki. Zauroczony nią Bing (główny bohater naszej opowieści) postanawia jej pomóc i odmawiając sobie przyjemności (takich nawet jak wyłączanie ogłupiających reklam czy filmów porno) zarabia dla niej zawrotną sumę 15 milionów Kredytów i funduje jej udział w przesłuchaniu. Okazuje się jednak, że pragnienie sławy ma swoją cenę, bardzo gorzką pigułkę, którą Abi postanawia przełknąć dla tego przyziemnego marzenia, dla sławy. Abi zostaje gwiazdką filmów dla dorosłych, gdzie codziennie jest odurzana narkotykami i traktowana jak zabawka. W Bingu następuje załamanie, postanawia więc wszcząć bunt, dostać się do programu i tam wygłosić swój ostatni w życiu manifest.


“I haven't got a speech. I didn't plan words. I didn't even try to I just knew I had to get here, to stand here, and I wanted you to listen. To really listen, not just pull a face like you're listening, like you do the rest of the time. A face that you're feeling instead of processing. You pull a face, and poke it towards the stage, and we lah-di-dah, we sing and dance and tumble around. And all you see up here, it's not people, you don't see people up here, it's all fodder. And the faker the fodder, the more you love it, because fake fodder's the only thing that works any more. It's all that we can stomach.
“Actually, not quite all. Real pain, real viciousness, that, we can take. Yeah, stick a fat man up a pole. We laugh ourselves feral, because we've earned the right, we've done cell time and he's slacking, the scum, so ha-ha-ha at him! Because we're so out of our minds with desperation, we don't know any better. All we know is fake fodder and buying shit. That's how we speak to each other, how we express ourselves, is buying shit. What, I have a dream? The peak of our dreams is a new app for our dopple, it doesn't exist! It's not even there! We buy shit that's not even there. Show us something real and free and beautiful. You couldn't. Yeah? It'd break us. We're too numb for it.
“I might as well choke. It's only so much wonder we can bear. When you find any wonder whatsoever, you dole it out in meager portions. Only then until it's augmented, packaged, and pumped through 10,000 preassigned filters till it's nothing more than a meaningless series of lights, while we ride day in day out, going where? Powering what? All tiny cells and tiny screens and bigger cells and bigger screens and fuck you!
“Fuck you, that's what it boils down to. Fuck you for sitting there and slowly making things worse. Fuck you and your spotlight and your sanctimonious faces. Fuck you all for thinking the one thing I came close to never meant anything. For oozing around it and crushing it into a bone, into a joke. One more ugly joke in a kingdom of millions. Fuck you for happening. Fuck you for me, for us, for everyone. Fuck you!”
Przemówienie Binga wchodzi w głowę boleśnie, jakby za każdym razem ktoś wbijał nam gwóźdź i nie przestawał. Razem z naszym bohaterem wyrzucamy z siebie emocje skumulowane przez wydarzenia wcześniejszych scen, przez to jak społeczeństwo zostało sprowadzone do roli trybików w tej bezlitosnej maszynie, jak życie zostało zastąpione przez nic nieznaczące awatary, jak podzielono ludzi, stawiając ich w określonym odgórnie porządku społecznym. I dla kogo to wszystko? Warto zwrócić uwagę, że wspomniany wcześniej przeze mnie talent show, Hot Shots, to jedyna szansa na ucieczkę z tego marazmu, z narzuconej przez społeczeństwo roli. Tak przynajmniej myślą ludzie, którzy codziennie wsiadają na te rowery i podróżują po wirtualnym świecie dla wirtualnej waluty, dla wirtualnych przyjemności, które ostatecznie nic nie znaczą. Oczyszczająca przemowa Binga nie wzrusza Machiną, pożera ona chłopaka, czyniąc z niego kolejny trybik, wprowadzając na wyższy szczebel w hierarchii, przestawiając z miejsca na miejsce. Bing prowadzi swój własny show, podczas którego wypluwa anarchistyczne hasła, żeby po zakończeniu kręcenia wrócić do swojego świata, tym razem z daleka od bycia szarym obywatelem. Jest kimś pokroju gwiazdy, jest gospodarzem własnego programu, zaakceptował to z czym tak długo i uporczywie walczył. Czy główny bohater epizodu się poddał? Czy nie starczyło mu już determinacji, żeby postawić kropkę nad i? Nie wiemy, został kupiony, nam pozostaje się zastanowić, czy przypadkiem to my nie jesteśmy trybikiem jakiejś machiny. Ileż to razy zdarza nam się wykonywać niezrozumiałe czynności dla wirtualnego poklasku? Jaką cenę jesteśmy w stanie zapłacić, aby choć na chwilę stanąć w blasku reflektorów? Ktoś może powiedzieć "Przecież to tylko serial", ale spójrzcie na patologiczne streamy, na ludzi którzy są gotowi na wszystko dla łapek w górę, komentarzy czy innych bonusów. Fabuła Fifteen million merits nie musi być tak daleko osadzona w przyszłości, przecież może dotyczyć każdego z nas, wystarczy spojrzeć w głąb siebie. Tak czy inaczej, odcinek jest mistrzowski, fantastycznie zbudowany świat, genialne aktorstwo, zwłaszcza dwójki naszych głównych bohaterów, wizja świata przyprawiająca o dreszcze i pozostawiająca niemiłe myśli na sam koniec. Warto jednak zastanowić się nad pytaniami, które stawia nam w tym odcinku Czarne Lustro. W mojej opinii jest to jeden z najlepszych odcinków, jakie do tej pory obejrzałem, kropka. 

poniedziałek, 5 listopada 2018

"Uciszyć zło" ("Malevolent"), 2018, reż. Olaf de Fleur Johannesson


O filmach produkcji Netflixa mówi się wiele, spektrum głosów oscyluje raczej w trzech znanych nam płaszczyznach: słabe-takie sobie-dobre. Rzadko spotyka się jednak przedstawicieli tej ostatniej grupy, wydaje mi się, że Netflix nie bardzo jeszcze wie, jakie filmy powinien produkować, więc rzuca w nas wszystkim, troszeczkę bez testów. Cóż, od mnogości produkcji nikt nie umarł, ważne żeby nie zagubić się w coraz większej bibliotece serwisu. Wracając jednak do dzisiejszego tematu, Malevolent (darujcie, ale polski tytuł Uciszyć zło jest po prostu kiepski) jest horrorem o grupie młodych ludzi specjalizujących się w wypędzaniu z domostw tych, którzy ziemski żywot mają już za sobą i nie mogą się z tym pogodzić, przez co nawiedzają swoich bliskich. Zadaniem naszej przeuroczej grupy jest kontakt z duchami i próba przekonania ich, że czas już przejść na drugą stronę, co czynią przy pomocy swojego medium, Angeli, która dar odziedziczyła po swojej tragicznie zmarłej matce. Zanim jednak zaczniecie się ekscytować, że "nie brzmi to przecież tak źle", powiem że nasi spece od egzorcyzmów są zwykłymi oszustami, którzy wykorzystują naiwność ludzi celem szybkiego zarobku. I tak się składa, że zgłasza się do nich kolejna klientka, Pani Green, której mentalny spokój zakłócają trzy niespokojne duszyczki zamordowanych podopiecznych kobiety. Oczywiście nasze medium na prawdę doznaje wizji, akcja się rozkręca, są dziwne wypadki, niewyjaśnione zjawiska, i całkiem zgrabny twist. W czym więc problem?



Jak dla mnie mogłaby z tego wyjść co najwyżej zgrabna krótkometrażówka. Na dłuższą metę (co i tak nie mówi wiele, film trwa zaledwie 89 minut) Malevolent po prostu niczym nie przyciąga, nie jest z pewnością filmem strasznym, na to zdecydowanie zabrakło umiejętności. Oczywiście fabuła jest dość prosta i po wstępnym przedstawieniu postaci i sytuacji już wiemy, jaki będzie finał. Oczywistym jest przecież fakt, że Angela będzie miała te same zdolności, które doprowadziły jej matkę do szaleństwa, jej sceptyczny brat "nawróci się" pod wpływem wydarzeń w domu Pani Green, a prawie wszystkie postacie trafi szlag. Tu nawet nie ma co epatować ostrzeżeniami spoilerowymi, bo jeśli ktoś ogląda filmy pełnometrażowe, niekoniecznie z pasji, w pewnym momencie zaczyna dostrzegać cechy wspólne. No ok, ale nawet przewidywalna fabuła może ukrywać pewne smaczki, prawda? Pewnie i może, ale tutaj tego nie uświadczymy, pójście na łatwiznę widać tu na całej linii. Kolejnym problemem jest pewna wstrzemięźliwość w pokazywaniu pewnych scen. Rozumiem, nie trzeba epatować krwią i flakami, natomiast nie wykorzystano w filmie potencjału jaki wnieśli scenarzyści, zwłaszcza w końcowych scenach, gdzie widać tortury, widać morderstwo. Można było to pokazać, a zakryto jedynie niedoskonałości warsztatowe. Morał typu "To ludzie są większym zagrożeniem od duchów" widziałem już tyle razy, że miło by było zobaczyć jakiś powiew świeżości w tym temacie, niestety sztampa przykryła wszystko.

Czy warto obejrzeć Malevolent? Niekoniecznie, chyba że na potrzeby tekstu lub dla odznaczenia kolejnej pozycji na swojej liście. Zastanawia mnie jak długo jeszcze Netflix nie będzie przykładał wagi do jakości swoich produktów. Trochę ucieszyła mnie wieść, że na platformie z okazji Halloween co tydzień będą pojawiały się nowe produkcje, natomiast warto popracować nad tym, żeby nie było potrzeby tak bardzo żałować swoich wyborów. Jeśli ta platforma chce promować niedoświadczonych twórców, to powinna do tego stworzyć kategorię inną niż tylko "Netflix Originals", bo w takim tempie sama nazwa serwisu może zacząć się źle kojarzyć, a jest na niej za dużo dobrego, żeby szargać swoje dobre imię.

środa, 3 października 2018

"Czarne Lustro" ("Black Mirror"), 2011- , sezon 1, odcinek 1, "The National Anthem"


Technologia jest wspaniała. Dzięki niej mogę tu pisać, dzięki niej mamy dostęp do najświeższych informacji z całego świata, dzięki niej możemy podglądać co dzieje się na Ziemi i w kosmosie, oglądamy filmy, słuchamy muzyki, mamy telewizję, Youtube'a, Twittera... No właśnie, a co by było, gdyby właśnie te cuda postępu stanowiłyby coś na wzór chleba i igrzysk? Co, gdyby była to tylko pożywka dla mas? Nie tak dawno na portalu filmowym www.film.org.pl prowadziłem dość burzliwą dyskusję na temat tego, co dzieje się na Youtubie, jak nisko znajdują się standardy i oczekiwania widzów, jak bardzo na wzór ludzi starożytnych pragniemy krwi i rozrywki, rozumiane przez każdego bardzo indywidualnie. Między innymi takie pytania stawia Black Mirror w swoim premierowym odcinku, dodatkowo kładąc nacisk na kulturę błyskawicznej informacji i tego, jak łatwo rozprzestrzenić najbardziej szkodliwe informacje, doprowadzając jednostkę do najbardziej rozpaczliwych czynów. Zarys fabularny jest dość prosty, otóż porwana została księżniczka Susannah, ulubienica Brytyjczyków, można powiedzieć że jest ona ich maskotką, kimś bez kogo nie wyobrażają sobie dalszej egzystencji. Porywacz ma jedno żądanie, swego rodzaju manifest. Mianowicie chce, aby premier Wielkiej Brytanii, praktycznie najważniejsza osoba w państwie zaraz po królowej, odbył stosunek płciowy... ze świnią. Taką prawdziwą. Na żywo, w prime time, na oczach milionów telewidzów. Czy to ponury żart, czy księżniczka faktycznie jest w niebezpieczeństwie? Dlaczego lud, ten sam lud, który wybiera swoich przywódców, chce żeby premier tak bardzo się upodlił? Dlaczego na Twitterze i Youtube jest to najbardziej rozchwytywany temat w historii obu portali? I przede wszystkim, czy warto tracić godność na rzecz jednej osoby, nawet "maskotki państwowej"?


Te i wiele innych pytań twórcy serialu narzucają nam praktycznie od razu, bez zabawy w przydługie wstępy, szybko przedstawiane nam są postaci tego dramatu, od razu również przechodzimy do sedna, nie jest to tani thriller polityczny, a (mimo skali wydarzenia) dość intymnie nakręcony epizod. Wygląda to jak bardzo luźna analogia pięciu etapów akceptacji śmierci: najpierw jest zaprzeczanie (przecież to nie może być prawda, ktoś robi sobie bardzo ponure żarty), gniew (który towarzyszy premierowi przez większość odcinka, złość na nieudolność współpracowników czy gniew bezsilności, gdy nie ma już żadnego wyjścia), targowanie się (próba fortelu poprzez podstawienie aktora porno do finalnej sceny), depresja (ten stan przejmuje stery w okolicach aktu trzeciego i towarzyszy nam już do końca epizodu) i wreszcie akceptacja (tego chyba nie muszę opisywać). Tutaj jednak akceptacja nie przynosi ukojenia, przeciwnie, niszczy życie premiera, rujnuje jego psychikę, choć światełkiem w tunelu wydaje się odbiór jego czynu przez opinię publiczną. No właśnie, powróćmy na chwilę do samego clue epizodu. Trzeba przyznać, że jest to mocne otwarcie, od samego początku ciężko uwierzyć w to, co dzieje się na ekranie, na nieprzygotowanego widza czeka ciężko nakreślony ton, przede wszystkim kolorystycznie, jest szaro, ponuro, brakuje życia w kadrach. Jest to efekt zamierzony, tu nie ma się z czego cieszyć, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę jacy tak naprawdę są ludzie, jak bardzo potrafią się zacietrzewić, aby znaleźć tanią rozrywkę, zwłaszcza kosztem polityka. Twórcy pokazują nam drugą stronę internetowego medalu, bo przecież jak łatwo z upodlenia ludzkiego zrobić spektakl, jak łatwo jest sprowadzić kogoś do psychicznej nędzy tylko dla swojej rozrywki. Najmocniejszym momentem całego odcinka jest scena, w której premier zdaje sobie sprawę, że kompletnie nie ma wyjścia, nie może już się cofnąć, jest pod presją zarówno opinii publicznej jak i (co najważniejsze) rodziny królewskiej. Nie może uciec, nie pod okiem kamer. Jest jak szczur w pułapce, z której nie ma już odwrotu.


Finał jest ciosem w twarz, jest zarówno bolesny, jak prowokujący do myślenia, nie jest to z pewnością katharsis na jakie mogliśmy liczyć. I tu leży siła Black Mirror, mimo tego że zarzuca się serialowi, iż wali w depresyjne tony, to nie sposób nie zwrócić uwagi na fakt, że tak właśnie tutaj miało być. Zostać zmuszonym do myślenia to wcale nie jest nic niedobrego, przeciwnie, czy technologia nie idzie w kierunku, w którym nie będzie już miejsca dla wolnej myśli, czy media społecznościowe staną się oskarżycielem, sędzią i katem jednocześnie? Zwróćcie uwagę na to, że jest wiele przypadków, w których mamy z tym do czynienia, społeczny lincz przeniósł się z podwórek czy wsi do social media i The Natonal Anthem na to właśnie próbuje zwrócić naszą uwagę, tak właśnie miało to wyglądać. Zaiste, zaczęło się od trzęsienia ziemi.


poniedziałek, 1 października 2018

"Death Note" (2017), reż. Adam Wingard


"Co to, k... jest?!" i "Jak to się stało?", takie pytania nasuwały mi się przez cały czas oglądania tego wiekopomnego działa. Nasuwa się znane polskie pytanie "Panie, a kto to panu tak spierdolił?", no bo inaczej nie da się opisać tego, co dzieje się przez 101 minut na ekranie. A przecież Adam Wingard nie jest beztalenciem, potrafi nakręcić co najmniej przyzwoity film, "V/H/S" był bardzo dobry, udało mu się nawet nie popsuć nowego "Blair Witch". I w przypadku ekranizacji tak szalenie popularnego anime, jakim jest "Death Note" wystarczyło nie odejść od materiału źródłowego i porządnie zrobić film. Nie, w zasadzie olać to, po prostu wypromować na Netflixie japońskie produkcje, które mimo typowej dla tego regionu specyfiki robienia filmów, dość wiernie oddają klimat pierwowzoru. No ale wszystko musi być robione po amerykańsku, z typową dla nich pompą, patetycznością i niestety ze wszystkimi niedobrymi cechami, które cechują kino amatorskie, a nie powinny cechować poważnych produkcji, nawet z takiej korporacji jak Netflix. Chyba jedynie "Dragonball: Ewolucja" wzbudził we mnie tak negatywne uczucia w stosunku do ekipy, która "pracowała" nad tym "filmem". Rozebranie "Death Note" (serio, "Notatnik Śmierci" brzmi jak kolejny tytuł dla jakiejś teen drama.... oh, wait) na czynniki pierwsze wymagałoby czasu, cierpliwości i nerwów ze stali, ponieważ na samych porównaniach moglibyśmy oprzeć kilkanaście wypracowań maturalnych, a ja osobiście chcę z tego tekstu wyjść w miarę bez szwanku.

Historia jest znana wszystkim tym, którzy z zapartym tchem śledzili mangę lub anime, w tym przypadku postanowiono nieco pokręcić, trochę pokombinować, tak żeby było trochę zgodnie z oryginałem, a trochę z marzeniami rozpieszczonych nastolatek, choć wydaje mi się, że Wingard nastoletni bunt już przeszedł. Jest sobie Light Turner (w tej roli Nat Wolff, gwiazda takich arcydzieł grozy jak Gwiazd naszych wina czy Papierowe miasta), genialny uczeń liceum (of course!), trochę samotnik, trochę wyszydzane dziecko samotnie wychowującego go policjanta (of course! x2). I tenże Light znajduje sobie Notatnik. Chłopak odkrywa, że przy jego pomocy może oczyścić świat ze wszelkiego zła, z ludzi którzy plugawią planetę swoją marną egzystencją, i rozpoczyna krucjatę, w której pomoże mu Ryuuk, bóg śmierci i sprawca całego zamieszania. Pomaga mu w tym Mia (Margaret Qualley, która jest znana z... ), która zafascynowana Notatnikiem staje się prawą ręką Yagamiego, tfu, Turnera. Przeciwko etosowi Lighta staje znany detektyw-geniusz, L, (w tej roli najmniej brytyjski brytyjczyk w historii kina, Lakeith Stanfield), który nie cofnie się przed niczym, żeby powstrzymać tego, który bawi się w boga.


Problemów w tym filmie jest tak wiele, że zacznę i skończę na jedynej pozytywnej kwestii z tego "obrazu". Willem Dafoe jako Ryuuk (lub raczej jako jego głos) sprawdza się dobrze i mógłbym nawet rzec, że w anime z anglojęzycznym dubbingiem byłby fantastycznym dodatkiem. Sam Ryuuk jest niestety tylko marionetką, pustym manekinem, który kompletnie nic nie wnosi do historii. Nie wiemy dlaczego Notatnik został zrzucony na Ziemię, nie wiemy co Ryuuk robi z Lightem, zachodziłem w głowę jaki to wszystko ma sens, skoro nie wiemy po co Shinigami bawią się z ludźmi. Dochodzi nawet, kurwa, do tego, że Ryuuk gdzieś znika, jakby nawet Dafoe miał to wszystko głęboko w dupie. I żeby nie było, nie twierdzę, że anime było krystalicznie czyste, ba, uważam nawet, że momentami nieco zboczyło z głównego tematu, troszkę wydłużając swój żywot, niemniej jednak zakończenie jest absolutnie fantastyczne, wszystko się dopełnia. Tutaj? Finał na festynie z zakończeniem nie tyle przekombinowanym, co po prostu durnym, sequel-baitowym, no nóż się w kieszeni otwiera.

Nic w tym "filmie" właściwie nie gra. Jeśli atakujesz tak wielką i uznaną markę, jak "Death Note", to musisz mieć na względzie, że jeśli nie oddasz hołdu uwielbianemu tytułowi, czeka Cię klęska i wieczne potępienie. Muzyka? Śmietnik byle jakich nagrań tak nieznaczących, że nie jestem sobie przypomnieć żadnego utworu. Sceneria? Kurwa, szkoła średnia. Że co? Czy każdy amerykański film o w miarę młodym człowieku musi, ale to MUSI większą część swojej akcji zawiązywać w liceum? Jaki to ma sens i jakie to ma odniesienie do czegokolwiek? Ok, Raito też był studentem, ale nie miało to żadnego wpływu na fabułę, szkoła służyła tylko jako miejsce do rozmyślań głównego bohatera, nie była centrum wszechświata, w filmie brakowało jeszcze jakiejś strzelaniny, byłoby 10/10. Mia? Pusta skorupa, postać laleczki, która nie znaczy ostatecznie nic, oprócz okazjonalnego bycia diabełkiem na ramieniu Light'a. L? No, proszę państwa, mamy hit. Pomijając kontrowersje dotyczące jego koloru skóry... Chociaż wróćmy na chwilę, L nie był czarny, koniec tematu. L był Brytyjczykiem, cechował go stoicki spokój i wyrachowanie, pod fasadą wiecznie nienasyconego dziecka krył się chłód i premedytacja godna największego drapieżnika. Dla Netflixa? Chuj, L będzie czarny, będzie Amerykaninem, będzie miał temperament 5-latka i będzie nosił maskę. Kurtyna, proszę państwa, osiągnięto tutaj szczyt gówna, wyżej już chyba nie wejdziemy bo ślisko przecież i szkoda się dalej brudzić.

Normalnie pod akapitami zamieściłbym jakiegoś screena, tak dla skontrastowania ściany tekstu. Ale tyle, ile umieściłem, to i tak za dużo, gdyż ten pseudo-film jest po prostu żenujący. Nic tam się nie trzyma kupy, tylko dzięki Willemowi Dafoe ta kupa osiąga dla mnie nieco lepszy wynik od "DB:E", ale to i tak nic dobrego. Nie ma się co dziwić, gdy do swojego projektu przyciąga się armię amatorów, raperów, piosenkarzy (serio, rzućcie okiem na IMDB) i ludzi, którzy nigdy nie zagrali w poważnym filmie. Omijać szerokim łukiem, oglądać tylko pod wpływem...

niedziela, 11 lutego 2018

"Tylko kochankowie przeżyją" ("Only lovers left alive"), 2013, reż. Jim Jarmusch

Fakt, że jeszcze nic nie napisałem o tym dziele sztuki, jest zatrważający. Jestem szczerze zakochany w tym filmie, chyba żaden obraz w moim życiu nie zdołał mnie tak strasznie zahipnotyzować, przygarnąć w miłosnym uścisku i pozostawić z żalem, że to wszystko się już skończyło. Po drugim seansie, całkiem niedawno, zacząłem zauważać coś więcej, niż prostą historię o zjednoczeniu kochanków, ten film jest po prostu ucztą dla oczu i uszu, narkotykiem, który wprowadza w 123-minutową ekstazę. Dość powiedzieć, że film rozgrywa właściwie pięciu aktorów, w tym naszą główną dwójkę, czyli Tildę Swinton i Toma Hiddlestona. Ten pozorny minimalizm jest tylko przykrywką, bo klimat filmu jest tak absorbujący, że w ogóle nie zwracamy uwagi na malutką scenę.
Więc o czym ten obraz traktuje? Gdybym miał określić to jednym zdaniem, to wydaje mi się, że najlepszym stwierdzeniem będzie "Codzienne życie wampirów we współczesnym świecie, ich radości i bolączki, życie wśród ludzi oraz wieczne namiętności". Tylko Kochankowie Przeżyją to film, który nigdzie się nie spieszy, bo w jakim celu nieśmiertelna istota ma się spieszyć? Adam (Tom Hiddleston) jest kolekcjonerem najrzadszych instrumentów muzycznych (w szczególności strunowych), komponuje, jest typowym samotnikiem, jako wampir trzyma się z dala od skupisk ludzkich, żyje w opuszczonym domu w równie opuszczonym Detroit (fantastyczna sekwencja przejażdżki Adama i Eve po ulicach miasta), co jakiś czas zagląda do niego Ian, człowiek, który zajmuje się spełnianiem życzeń Adama, sprowadza dla niego nawet najrzadziej spotykane przedmioty, oczywiście za sowitą opłatą. Adam jest wyraźnie znudzony swoją egzystencją, uważa ludzi za "zombie", którym brak własnej woli, brak tej iskry stwórczej, jedyne co potrafią to niszczyć samych siebie i wszystko dookoła. W pewnym momencie myśli nawet o samobójstwie, za pośrednictwem Iana zakupuje nabój ze specjalnego drewna, jednak to tak drastycznego aktu nigdy nie dojdzie.. Gdzieś tam, w świecie czeka na niego ona, jego nieśmiertelna kochanka, jedyny powód do radości i ktoś, kto pcha go przodu. Ewa jest przeciwieństwem Adama, jest pełna energii, uwielbia przebywać wśród ludzi, fascynują ją ich zachowania i zwyczaje. Poza tym warto zwrócić uwagę na kolorystykę ubrań naszych bohaterów, ona odziana w biel bądź inne jasne ubrania, kolor włosów również stoi w kontraście do tych Adama, jej zachowanie jest zgoła inne niż jego, Adam w pewnych sferach jest wręcz malkontentem, niechętnym do interakcji, z wyjątkiem może muzyki, której z chęcią słucha, ba, nawet udaje się obojgu wyjść do klubu, aby posłuchać utworów przez Niego tworzonych.
Z powyższego opisu wcale nie wygląda to zbyt poważnie, ot opowiastka o dwóch wamiprach, którzy pragną jedynie swojego towarzystwa, brzmi prawie jak romans. Nic bardziej mylnego, film niesamowicie nadrabia atmosferą, nawet tak zwyczajne dla krwiopijców rzeczy jak transakcje z ludźmi (np. gdy Adam kupuje potrzebną mu krew od lekarza pracującego w pobliskim szpitalu) mają w sobie pewną dozę napięcia, szczyptę do tego dodaje w tych scenach pewien minimalizm dźwiękowy, który powoduje, że nigdy nie wiemy czy znudzony życiem mężczyzna nie będzie miał dość i nie zaatakuje, choć w dłuższej perspektywie nie będzie mu się to opłacać. Tylko kochankowie przeżyją nie jest filmem brutalnym, przemocy nie ma w tym prawie wcale, krwi jak na film o wampirach prawie nie ma tzn. nie w tym sensie co zawsze. Samo żywienie jest celebrowane niczym najświętszy rytuał, nasza para nigdy nie pozwala sobie na obżarstwo, ponieważ nie chcą aby ta chwila została splugawiona prymitywnymi zwyczajami. Wyłącznie z odpowiedniego kielicha, w odpowiednim nastroju, duchowym czy muzycznym, w zaciszu własnej prywatności.
Nie zrezygnuję z powtarzania swoich słów, gdy mówię, że ten film jest hipnotyczny, wciąga niesamowicie, jednocześnie jest tak odświeżającym doświadczeniem, że gdybym od razu powtórzył seans, wcale nie poczułbym zmęczenia ani znudzenia. To jest niespotykane, zwłaszcza gdy ciągle mówi się, jak to uwielbia się horrory z krwi i kości. Na domiar wszystkiego Tylko kochankowie przeżyją jest filmem zabawnym, tylko nie w sensie typowej, głupawej komedii, w której zrywamy boki ze śmiechu, to jest humor ciepły, dobrze dobrany do sytuacji na ekranie, a przede wszystkim nie jest to humor odwracający uwagę od meritum opowiadanej nam historii, czyli zjednoczenia wiecznych kochanków.
Co więc powiedzieć więcej? Nic, tu trzeba usiąść, nalać sobie dobrego trunku i przez dwie godziny rozkoszować się tym dziełem. Polecam.